Kolor tła: Kolor tekstu:

   Światło : Serce z serca

Autor: Zabójca Smutku
Html: skrypt by pBT


   
   


    Na górze szerokiej,
    Pod ciemnym obłokiem,
    Dwa trony,
    Dwaj bracia z łon innych,
    Szczyt passą zła obarczony,
    Ramionami ciemności,
    Tajemnicę okrywa...
   
    W imię zmarzniętej góry,
    W mglistym soku przyszłości,
    Wojnę toczą dwie siły,
    Z ich dłoni rzucone kości!
   
    A wy,
    Strażnicy białej bramy,
    Patrzycie z gościńca białego,
    Jak wzgórza krwią oblewane,
    Zasmucają Pana miłego!
   
    Niegdyś zacne umysły,
    Zdradą teraz zatrute,
    Grotami z ich cięciw,
    Mężne serca kłute...
   
   
   
    A Adgam,
    Już w waszej opiece,
    Biali templariusze,
    Miecz z palców Bożych wykuty,
    Skryty w dobrych dłoniach,
    Krew nie długo zawrze,
    W nędznych zdrajców skroniach...
   
    Na śnieżnej, starej górze,
    Smutna matka wojna,
    Upuściła kilka włosów,
    I stopami zgniotła skały,
    Mrok już przyszedł,
    Wraz z nim burza,
    A dzieciątka zapłakały,
    Za swymi ojcami,
    Co miecze skrzyżowali,
    Ze złem starożytnym,
    Co szczyt góry opętało
    Już płaczą niebiosa,
    Bo wiedzą co się stanie,
    I wiele już się stało!
   
    A zło na górze kryte,
    Co mędrcom zasłoniło oczy,
    Kiedyś dobra się bało -
    Teraz wśród ludzi kroczy...

   
   
   
   
   

Rozdział Pierwszy

Początek zniszczenia


   
    Posoka horyzontów ukazała się pod białym gołębiem. Unosi się on nad chmurami. Czerwone promienie słońca, które wyścielają górną stronę niebios, niczym maki na rześkich łąkach, płyną tutaj strumyczkami, oblewając powietrzną drogę wyłożoną gęstymi chmurami. Ptak zniżył lotu i zaczął nurkować w otchłań morza cumulusów, pchanych przez wiatr na południe kontynentu. Gołąb przebił się przez chmury i przywitało go pustkowie, szeroka skalna pustynia rozciągająca się na długie mile. Ziemie te, wyglądają z tej wysokości, jak szeroki stół, obłożony pogniecionym szarym papierem, układającym się w wzgórza. Pod podłogą niebios wiatr jest zimny i silny. Gołąb zatoczył koło i zleciał jeszcze niżej. Teraz, rozciągają się pod nim dwa pasma gór, leżących blisko siebie. Ich ramiona, których końce są w tej chwili niewidoczne, obejmują chyba dłońmi, wschód i zachód. Ich środek, zamknął właśnie przejście jakiejś licznej karawanie, przedzierającej się przez skalne poszycie. Bordowe słońce, którego oblicze przerzedza chmury, zwiastuje wieczór, zaś ten jest znakiem tego że noc jest tuż, tuż. Gołąb poleciał w stronę nieznajomych, przelatując nad wąską przełęczą, połkniętą przez ciemności. Przełęcz była na tyle daleko od karawany iż ta dotarła by do przejścia w momencie przebudzenia północy. Widok tych, którzy właśnie wchodzą w paszczę gór, zbliżył się do ptaka, aż w końcu gołąb przeleciał nad ich głowami. Było ich ponad stu. Ciągnęli za sobą zmęczone konie i wozy wypełnione zapasami. Ptak minął koniec karawany i znów zatoczył koło by spojrzeć na nią od strony północy. Wyglądało to jakby młody wąż, pełznął w stronę ciemnego półksiężyca, pozbawionego jakiegokolwiek światła. Od tej strony, z wysokości kilkudziesięciu stóp, wewnętrzne ramiona gór wyglądały o wiele bardziej złowieszczo. Światło licznych ludzkich głów powoli wygasało, ocierając się o skórę czarnej doliny, aż w końcu kompletnie zgasło jak zdmuchnięta świeczka. ,,Gdzież idziecie głupcy?!'' - pomyślał ptak i zawrócił. Uniósł się w stronę północnych ziem, których początek, był ledwo widoczny na horyzoncie, obrośnięty migoczącym szeregiem drzew.
   
* * *

    Niebo nad głowami mężczyzn było przepiękne niczym kwiat - jedyny możliwy do zobaczenia kwiat na tym pustkowiu. Daleko przed nimi, ciągnęła się ciemność, która towarzyszyła górom. Góry te były wysokie, a szczyty ich ostre jak zwieńczenia mieczy. Tworzyły kolczasty pas, po którego środku, widoczne było przejście na drugą stronę ku ziemiom południa. Widok ten miał w sobie coś niedobrego, nawet słońce nie wpadało do doliny u stóp gór. Zaniepokoiło to nieco mężczyzn a konie zrobiły się jakieś niespokojne. Nad głowami idących przeleciał gołąb, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi. Ptak poleciał za ich głowy, jakby czymś wystraszony. Ponad setka strażników, odzianych w skórzane zbroje i dzidy w dłoniach tupotała o wnętrze doliny, obarczona ciszą i ciemniejącym niebem. Wewnątrz karawany, otoczony szeregiem swych ludzi, szedł odziany w złotą kolczugę mąż, o panieńskim wyrazie twarzy. Tuż za nim biegł parobek, widocznie jego sługa. Na jego głowie błyszczała łysina, otoczona po bokach dwiema dolinkami brązowych włosów. Ledwo nadążał za tempem rosłych wojowników. Ci patrzyli na niego z pogardą i ironicznymi uśmiechami.
    Zmęczeni wojownicy, mieli już dość długiej drogi, która u stóp rodzącej się nocy, zaciągnęła ich między potężne dłonie szczytów, których obecność nie sprzyjała wyprawie. Czoło gór zbliżało się coraz bardziej a na niebie z którego w końcu zniknęły chmury, zaczęły pojawiać się gwiazdy. Noc zbliżała się długimi krokami. Wiatr powiał chłodem.
    - panie! Nie mamy już sił a konie padają - odezwał się jeden z wojowników.
    - Wytrzymajcie jeszcze chwilę, zbliżamy się do przełęczy. U jej stóp, przystaniemy na odpoczynek i rozbijemy obóz od strony wschodu. Tam przeczekamy noc i ruszymy na drugą stronę gór - odpowiedział człowiek w złotej kolczudze. Był on panem ludzi których prowadził przez góry.
    - dobrze, królu Zaccheus'ie - odpowiedział z szacunkiem wojownik.
   
   
* * *

   
    Nadszedł zmrok a do przełęczy brakowało już kilkudziesięciu metrów drogi.
    Niski sługa spojrzał na króla.
    - mój królu - powiedział niskim, nieco piskliwym głosem.
    - o co chodzi Mordragu?
    - może nie powinniśmy nocować po tej stronie przełęczy? Może przejdźmy na drugą stronę i przenocujmy tam, gdzie dociera światło księżyca?
    Zaccheus przez chwilę milczał bo to pytanie dało mu do myślenia - tu w dolinie, zapanował mrok a księżyc schował się za szczytami gór. Coraz gęstsze ciemności stwarzały niebezpieczeństwo ze strony tego, co było w tej chwili niewidoczne. Król spojrzał na swych zmęczonych ludzi, zawahał się i opowiedział
    - Nie... nie Mordragu. Wszyscy są zmęczeni a przełęcz jest dość długa i jeszcze bardziej by nas wycieńczyła. Przystaniemy u jej wejścia.
    Słowa te przygnębiły sługę króla. Mordrag nie chciał nocować w dolinie. Wprawdzie tutaj wiatr nie wiał tak mocno jak na otwartym pustkowiu, ale góry oblane ciemnością i wszechobecna cisza, kojarzyły dolinę bardziej z cmentarzyskiem, niż z miejscem odpowiednim do spania. Przełęcz była już blisko a niektórzy rozpalili pochodnie. Kilkanaście świateł ognia, podkreślających sylwetki ludzkie, wkroczyło w sukno ciemności otulające piersi gór. Gwiazdy patrzyły na to z niepokojem, a cisza miażdżyła bezlitośnie spokój, który znikał tutaj niczym rozwiany przez wiatr. Karawana ,dotarła w końcu do wejścia na przełęcz. Z wnętrza górskiej drogi, gwizdał i huczał nieprzyjazny zimny wiatr, również namaszczony grobową ciszą. Czarne jak smoła skały trudne były do odróżnienia od ciemności, mieszającej się przed nosem. Szeroka i wysoka ściana skalnej bramy, pożerała światło, pozostając w zmroku. Żadnych ptaków, żadnych owadów - na marne było by szukać w tej dolinie jakiegoś życia a jeśli jakieś istniało, to mrok go nie pokazywał, łudził tylko oczy i wypaczał zmysły. Wszyscy zeszli na lewą stronę. Część ludzi rozpalała ogniska, reszta mocowała konie do drewnianych kołków, które wbijano w twarde podłoże. Sieć kilkunastu kłębków ognia, rozjaśniła nieco przełęcz pokazując kawałek drogi i skały które ją wyścielały. Czarna skała trudna była do rozpoznania a ciemności które się z niej sączyły oblewały całą dolinę. Wojownicy pozasiadali wokół ognisk, prawiąc na temat ciężkiej drogi i tego jak wspaniale sobie z nią radzą. Widok północy, nie połknięty jeszcze przez mrok, podtrzymywał dobrego ducha, którego tutaj wszystkim brakowało. Szczyty gór gryzły niebo zasłaniając księżyc który spał po drugiej stronie. Gwiazdy które były widoczne tutaj, u stóp przełęczy, świeciły słabiej niż zwykle. Ich światło gasło od niepokoju który unosił się na zimnym wietrze i tłamsił umysły. To nie było dobre miejsce. Opanowane przez noc nawet za dnia, martwiło duszę.
    Ale mało kto to zauważał.
   
   
* * *

   
    Mordrag chciał trzymać się blisko króla, ale ten poszedł między swych strażników, którzy zebrali się wokół niego nie pozwalając przejść niskiemu słudze. Biedaczyna poczuł się niechciany i zawrócił w stronę ogniska palącego się za jego plecami. Siedziało przy nim z piętnastu chłopa, wszyscy o szerokich ramionach, odziani w skórzane zbroje, gdzieniegdzie wzmacniane siatką z kolczugi. Mordrag chciał usiąść w ich gronie i ogrzać obolałe stopy, gdy jeden z wojowników warknął do niego
    - wymiataj stąd kurduplu! Słyszałem jak namawiałeś króla, byśmy szli jeszcze dalej! Skoro taki mądry z ciebie doradca, to siedź przy swoim panie i praw mu rady!
    - ale... - wybąknął Mordrag cichym wystraszonym głosem
    - jak nie masz miejsca to połóż się między konie! Nie warz się leżeć blisko mnie bo obiję ci mordę nędzny robaku na sługach króla!
    Ryknął znów jeden z siedzących a reszta zaczęła śmiać się z Mordraga wytykając go palcami. Ten prędko czmychnął w stronę koni. Słyszał za sobą nieustający śmiech strażników. Zatrzymał się obok wysokiego wierzchowca i rozłożył sobie koc. Położył się i poczuł twardą ziemię nakrapianą kamieniami która zaczęła torturować jego plecy. Przechylił się na lewy bok i patrzył na ludzi przy ogniskach. Czuł się jak nędzny robak od którego go wyzywano. Nie myślał już o ciemnościach, o górach które wzbudzały w nim strach. Teraz czuł gniew połączony ze smutkiem. Gdybym tylko był waszego wzrostu, to bym wam pokazał! - myślał patrząc na wojowników właśnie pałaszujących chleb i pijących miód. Od tego widoku zrobił się głodny i przerzucił się na drugi bok. Teraz patrzył na konie. Biedne zwierzęta, wycieńczone i poranione przez skały, nie chciały spać. Były czymś podenerwowane. Kręciły się nerwowo i cicho parskały, patrząc na przełęcz i smołowate góry. Niebo nabrało jakby innej barwy a gwiazdy świeciły jeszcze słabiej. Cisza przerwana śmiechem i rozmowami wojowników wcale nie uspokoiła Mordraga. Zimny wiatr nocy wiał teraz po jego łysinie i ciele - przestraszony przez tych oprychów nie zdążył wziąć sobie koca. Ale nawet nie myślał wracać do nich i patrzeć na ich twarze, znów słuchać ich wyzwisk i śmiechów. Był wiernym sługą Zaccheus'a, służył mu pomocą i radą od długich lat a ludzie króla nim gardzili. Mordrag myślał czasami czy to ze względu na jego wygląd, czy też na to, że tyle czasu spędza z królem. Dlaczego mną gardzą? Czyżbym był lizusem w ich oczach? Przecież chcę tylko służyć memu królowi. Nędzne świnie! Niech mnie zostawią w spokoju! - pomyślał Mordrag a z jego oczu popłynęło kilka łez. Z minuty na minutę był coraz bardziej zmęczony, powieki zamykały mu się pod ciężarem licznych myśli, kłębiących się w głowie. Głosy strażników cichły, nie patrzył już na konie. Zamknął oczy i myślał o Sheerman'ie - stolicy podległej jego królowi. Mordrag przypominał sobie łąki otaczające stolicę, jej wnętrze nasycone pięknymi dziedzińcami i salą tronową króla. W tejże sali, Mordrag spędzał najwięcej czasu siedząc obok tronu, dumny ze swej pracy. Już myślał o powrocie do kochanej Sheerman, do jego ciepłego łóżka i pucharu napełnionego słodkim winem. Tam był szanowany. Tam nikt nim nie gardził. Tam było jego miejsce, a nie na tym przeklętym pustkowiu, wśród okropnych czarnych gór, siedzących nad jego głową niczym sępy. Omamiony myślą powrotu do domu, zmęczony Mordrag, pogrążył się we śnie.
   
   
* * *

   
    Wiatr zahuczał w dolinie. Łoskot licznych końskich kopyt, zatupotał za plecami Mordraga a ten przebudził się i zerwał na nogi. Spojrzał na północ i zobaczył jak wszystkie konie uciekają z doliny. Już miał krzyczeć, obudzić wszystkich, gdy nagle machnął głową w stronę ognisk i zauważył że są pogaszone. Nogi ścierpły mu w bezruchu, cisza kłuła jego uszy. Przepełniony zdziwieniem, rozglądnął się wokół ognisk i powozów i opanował go strach - wszyscy zniknęli! Lekki dym unoszący się nad ogniskami, porozrzucane wszędzie koce, ucieczka koni i znów ta chorobliwa cisza - w tej dolinie, dzieje się coś złego. Wiatr wył raz mocniej, raz słabiej - śpiewał monotonną pieśń samotności, która wzięła w uściski biednego sługę króla. Mordrag zbliżył się do ognisk. Drewno jeszcze się żarzyło - Musiały zostać zgaszone chwilę wcześniej - pomyślał Mordrag. Rozglądnął się dookoła ale wszędzie była ciemność - po królu i żołnierzach ani śladu. Potargane koce świadczyły o tym że wszyscy musieli wstać. Gdzie poszli? Gdzie oni są?! Mordrag spojrzał w stronę przełęczy. Było tylko jedno wytłumaczenie - wszyscy zniknęli w przejściu między skałami. Sługa króla wziął głęboki oddech. Mimo głosu w głowie mówiącego: Stój! Nie idź tam! Mordrag z biciem serca powoli zbliżył się do przełęczy i wszedł w jej ciemności. Dziwne dźwięki wydobywały się z wnętrza gór. Wiatr, wiejący między skałami wyścielającymi przejście, huczał tu jeszcze mocniej i niósł dziwny zapach, jakby zapach siarki. Przełęcz była szeroka na cztery metry i tworzyła długi korytarz, którego koniec skryty był w ciemnościach. Mordrag robił powolne kroki macając skały prawą dłonią. Był tak wystraszony, że nawet dźwięki własnych kroków wzbudzały w nim lęk, a wnętrze przełęczy, połykało go jakby, trawiąc jego obecność w coraz większych ciemnościach. Cóż ja bym oddał za jedną pochodnię! - myślał Mordrag ale po chwili doszedł do wniosku, że to może lepiej że nie widzi tego co skrywa przełęcz. Droga dłużyła się coraz bardziej a korytarz był nieco szerszy niż na początku. Drodze towarzyszył bez przerwy, bezlitosny wiatr, przepełniony dziwnym odorem. Mordrag przystanął i spojrzał w górę. Przynajmniej widział dobrze gwiazdy, zawieszone pod sufitem nocy. Popatrzył na nie przez chwilę i ruszył dalej, myśląc co go zaraz spotka. Droga skręciła lekko w lewo, potem w prawo, potem znów w lewo aż w końcu za zakrętem rozszerzyła się na boki. Mordrag potknął się o coś zimnego. Cofnął się krok do tyłu i wymacał na ziemi dzidę o szerokim ostrzu - większość ludzi króla nosiła taką broń. Mordrag przez chwilę ucieszył się ze znaleziska ale potem zaczął dochodzić do okropnych wniosków. Poszli bez ostrzeżenia, zostawili wszystko i gubili broń po drodze? Cóż się z nimi działo? - myślał Mordrag. Spojrzał przed siebie i wyostrzył wzrok. Gwiazdy świeciły tu mocniej a także skrawek księżyca wdzierał się zza skał. Wierny sługa zobaczył dwie drogi - pierwsza prowadziła dalej w tym samym kierunku, druga wyżłobiona w lewej ścianie przełęczy, jakby ciągnęła się w górę. Mordreg podszedł bliżej i zobaczył że na drodze po lewej, leżą kolejne graty żołnierzy. A więc pójdę w lewo - pomyślał Mordrag. Ku jego zdziwieniu, im dalej szedł wybraną ścieżką, tym więcej rzeczy znajdywał. Broń, hełmy, pasy - co chwilę miał je pod nogami. Gubili odzienie? Nie... to nie jest normalne. Im dzieje się coś złego! Muszę pomóc! - myśl taka przeleciała w głowie Mordraga, popłynęła do jego dłoni, a ta chwyciła za sztylet schowany w małej pochwie u boku. Łysy karzeł, nabrał większej odwagi i zaczął biec wąską drogą z dłonią zaciśniętą na sztylecie. Biegł bez ustanku a droga zaczęła nagle wznosić się wysoko, tworząc swego rodzaju schody. Mordrag biegł pod górę, poczciwa myśl obrony króla, a nawet jego wstrętnych żołnierzy, nie pozwalała myśleć o zmęczeniu. Koniec drogi zakończył się na szczycie półki skalnej. Mordrag zatrzymał się sapiąc i przełykając ślinę, pochylony ku stopom. Stał właśnie na płaskiej skalnej powierzchni. Wiatr wiał cholernie mocno. Mordrag spojrzał w końcu przed siebie. Ku radości ujrzał króla klęczącego przy przepaści. Po chwili jednak zobaczył drugą postać, odzianą na czarno, na głowie miała kaptur. Za ich plecami na ziemi leżała pochodnia. Czarna postać wyraźnie trzymała Zaccheus'a za kark. Oboje wpatrzeni byli w horyzont, u którego stóp spoczywała przepaść - wzniesienie te było wysoko nad przełęczą. Mordrag poczuł nagle lęk. Nie wiedział czemu. Uskoczył na lewo i skrył się za głazem który ze względu na jego wzrost, pochłaniał całą jego sylwetkę. Sługa króla przywarł plecami do skały i nasłuchiwał tego co się dzieje. Król i ciemna postać o czymś rozmawiali. Dlaczego nie podejdę? Dlaczego go nie obronię?! Przecież jestem jego najwierniejszym sługą! - myśl ta dudniła w głowie Mordraga. Miał rację. Zawsze jeśli chodziło o króla, nie zważał na siebie, a teraz... teraz był nędznym tchórzem który schował się za kamieniem. Choć zły był na siebie to jednak nie umiał się przemóc i wybiec na środek. Mógł tylko słuchać. Rozmowę tą otaczała zła aura, która kłuła w serce Mordraga niczym setki ostrzy. Coś syczało w jego umyśle, coś jakby wpłynęło do jego krwi i rozrywało go od środka. Łapał powietrze do płuc i starał się usłyszeć choćby fragment rozmowy która toczyła się za głazem. Zaciskał dłoń na sztylecie aż do bólu, a zimno metalu z którego był wykonany, jakby przeniosło się na jego ciało. Chłód który go opanował, darł jakby skórę na policzkach i szczypał w oczy, a dłoń którą trzymał tę mizerną broń, zamieniała się miejscami z jego umysłem. Zrobiło się tak zimno, że widział swój oddech. Trząsł się cały. Przyłoży lewy policzek do skały i poczuł jej cierpki dotyk. Wpatrzył się w kamienne ściany kilkanaście metrów dalej, które otoczyły od wschodu szczyt tego wzgórza. O czym oni rozmawiają? O co chodzi? - myślał Mordrag. Postarał się oddychać powoli i wyostrzył słuch.
   
   
* * *

   
    Zapach siarki. Zapach siarki napłynął do nozdrzy Zaccheus'a. Otworzył oczy. Całe jego ciało wypełniał ból. Powoli zauważył że klęczy na krawędzi wysoko osadzonego wzgórza. Przed nim leżał horyzont a na nim ziemie wschodu - słodkie ziemie z których pochodził. Nie wiedział co się z nim dzieje. Stracił czucie w ramionach i nogach. Spróbował obrócić głowę gdy nagle przeszył go ból płynący w dół kręgosłupa. Czyjaś dłoń trzymała go za kark mocno zaciskając palce.
    - witaaaaj...Zaccheusieeee - wysyczał cichy głos a dłoń na karku króla zacisnęła się jeszcze bardziej, dając mu kolejną porcję bólu. Z cierpienia otwarł usta jeszcze szerzej, wypuszczając powietrze, nabrane do płuc z bólu przenikającego jego ciało. Ostatkiem sił, król powoli wyszeptał
    - kim...kim jesteś?...
    - spójrz przed sieeeebie... To zobaczysz kim jesssssstem - odpowiedział głos który również sprawiał królowi ból. Zaccheus pomrugał oczami, otworzył je tak szeroko jak mógł i zajęczał z przerażenia spowodowanego tym, co zobaczył. Zamiast widoku pustkowia w raz z horyzontem krain wschodu, król ujrzał morze ognia, połykające stolice wszelkich ras i rodów. Fale ognia przetaczały się w różne strony niszcząc wszystko co było na ich drodze. Słyszał wybuchy płomieni, przeplatane tysiącami krzyków cierpienia i agonii. Ujrzał lasy i łąki stojące w ogniu, widział jak morze wrze od gorąca połykającego świat, widział jak przeróżne istoty rozrywane są na strzępy, dźgane, miażdżone, spalane żywcem. Widział niewiasty opłakujące swe dzieciątka, widział wzgórza zalewane krwią, ludzi popełniających samobójstwa, zabijających się nawzajem, gwałcących i rabujących. Tłumy uciekały przed walącymi się gościńcami, grady strzał szatkowały niewinnych, wszelki żywioł ryczał i szalał, a śmierć była ogromna. Tam gdzie jej nie było, ci co żyli, chcieli ją znaleźć ale nie mogli - cierpieli smagani przez języki ognia i ostrza z nich wychodzące. Zwierzęta padały a inni dusili się w odorze ich gnijących ciał. Wiatr wiał teraz w stronę Zaccheus'a niosąc zapach spalenizny. Wszelkie dobro obracane było w ruinę. Gorące morze zalewało resztki życia i topiło je we wrzących odmętach zniszczenia. Cały ten widok rozciągał się aż po horyzont. Zaccheus zaczął krzyczeć, jęczeć i zalewać się łzami. Chciał odwrócić wzrok, ale ręka na jego karku zaciskała się coraz bardziej, nie pozwalając wykonać żadnego ruchu. Tym czasem morze ognia zalewające te wszystkie okropieństwa i cierpienia, pokazywało oczom króla setki ich oblicz. Dźwięki krzyków, rozrywanych ciał i łamanych kości już nie dobiegały z ognistych fali i tego co połykały. Dźwięki te powoli zamieszkały w głowie Zaccheus'a i roznosiły się po całym jego ciele. Obrzydliwe głosy syczały w umyśle nieszczęśnika raniąc wszystko co napotkały w jego świadomości. On wciąż płakał i krzyczał a z każdą próbą ruchu, ból zalewał jego ciało.
    - o co chodzi Zaccheusi'ieeeeee? Nie możesz patrzeć na moją wizję? Przecież chciałeś wiedzieć kim jeesssssstem - znów zasyczał głos nieznajomego a dłoń na karku króla zacisnęła się do tego stopnia, że miał wrażenie że czuje jak pęka mu kręgosłup. Okropny widok masakry i królestw stojących w ogniu, targał jego dusze i rozrywał wnętrzności. Zaccheus poczuł że coś spływa z jego czoła zalewając całą twarz i napływając do ust. Król poczuł smaki krwi - kilka stróżek ściekało mu po twarzy zalewając oczy i usta, ściekając na jego piersi. Krople tej krwi opadając na skały, wydawały ogromny huk - dźwięk jakby góry pękały na pół. I ogromny ryk wydał Zaccheus ze swych piersi. W tej właśnie chwili jego serce pękło na pół, od cierpienia które mu pokazano. Król uniósł głowę ku niebiosom i nie przestawał krzyczeć.
    - w raz z twym sercem... pęka twoja duszaaaa... warknął nieznajomy a król drugi raz ryknął z całej siły, miażdżony przez ból, który tym razem, wypełnił jego wnętrze. Krew znów spływała z jego głowy.
    - dlaczego...dlaczego mi to robisz?!!! - ryknął Zaccheus targany przez cierpienie.
    - ty... Zapoczątkujesz to co widziałeś...
    - co?! Chyba oszal...
    Zaccheus nie zdążył dokończyć bo znów przeszył go ból .
    - Ty żeś widział moje oblicze... a widzieć mnie... to widzieć koniec... samego sieeeeebie! - zasyczał głos, teraz o wiele głośniej a słowa które wypowiadał, niczym złe zaklęcia, raniły umysł, serce i duszę króla, łącząc je w jedną ciemną kulę, ulepioną ze smutku który widział. Ten cierpiał przeogromnie, powoli pochłaniany przez siłę, która sączyła się z ust tego kto targał jego kark. Łzy na jego twarzy mieszały się z krwią i razem zastygały na ciele króla w ciemną skorupę, w którą obrastała również jego dusza. Nie mógł nic zrobić. Zatopiony w morzu cierpienia, wsłuchany w dźwięki kończących się światów, opuszczał swe ciało i duszę, opuszczał to kim jest, opuszczał wspomnienia i to co kochał, opuszczał zmysły, uczucia, wrażliwość i człowieczeństwo, opuszczał swą wiarę i życie. Nie był w stanie mówić. Tracił samego siebie, klęcząc tu, na skraju przepaści, zniewolony przez największe zło.
    - służyć mi będziesz i twoje imię... oznaczać będzie to... co widziałeś... staniesz się... Zaccheus'em... królem smutku... A to samo... Spotka twych pobratymców...
    Król ryknął aż zadrżało całe pustkowie, a smutek jego losu, zasłonił gwiazdy nad wszystkimi dziedzińcami tego świata. Morze ognia wciąż paczyło wzrok króla. Zły duch zaczął mieszać mu zmysły, napłynął do jego kończyn, wypijając krew z żył które wysychały jak pnie powalonych drzew. Przygniatany ciężarem nieszczęścia król, ryczał swym głosem z bólu. Okrzykiem cierpienia żegnał się z samy sobą aż w końcu jego głos ucichł. Dusza Zaccheus'a umarła, zniewolona przez mroczną postać.
    - powsssstań... - syknął nieznajomy.
    I powstał. Powstał Zaccheus. Król Smutku. Zwany wśród aniołów, Początkiem Zniszczenia.
   
   
Autor: Zabójca Smutku

   



    PS. Proszę tych którzy to przeczytają o rzetelne opinie - ta książka to moja przyszłość i centrum jej wartości... proszę o wasze słowa... niedługo może przeczytacie kolejne rozdziały. Proszę także o rady co do tego, co miałbym zrobić gdy książka będzie gotowa. Mam 14lat, nie mam pojęcia o wydawaniu książek... Dziękuję i pozdrawiam zarządców szuflady...
   
    Zabójca Smutku


Strona główna   Szuflada   Skomentuj