Anno 2189
Autor: Tomasz Zera
Html: skrypt by pBT
Właśnie wracam do domu po ciężkiej pracy w międzynarodowej sławy firmie komputerowej Bajt AD2050. Informatycy w tej firmie zarabiają przysłowiowe kokosy. Szkoda tylko, że jestem tam tylko zwykłym buchalterem. Ale w dzisiejszych czasach to i tak dobra posada. A więc wracam do domu po ciężkiej pracy, zaczyna już zmierzchać, a chodzenie o tej porze bez 120 kg masy i 50 cm w bicepsach, albo po prostu nieuważne chodzenie może okazać się niebezpieczne. Otocznie jest po prostu ,,prześliczne''. Obskurne, wymalowane i pewnie niejednokrotnie mające styczność z moczem nie tylko zwierzęcym, (o czym świadczy bardzo charakterystyczny aromat) mury. Parka zakochanych kotów ganiająca się po okolicznych śmietnikach. I ten wielki pan, który stanął w odległości mniej więcej 1 metra ode mnie i chyba zapragnął zrobić komuś krzywdę. Tak samo wysoki jak i szeroki, a wysoki to on na pewno jest. Z łysej głowy wystające dziwne druty grubości palca wskazującego (mojego palca, który do najgrubszych raczej nie należy) uświadomiły mi, iż jest to cyborg, przynajmniej w jakimś stopniu. Chociaż w dzisiejszych czasach około ¾ społeczeństwa ma co najmniej w ¾ zmechanizowane ciała lub przynajmniej ma jakieś elementy skonstruowane z elementów nieorganicznych. Do czego owe druty służą to się chyba nie dowiem nigdy, możliwe, żeby szybciej znokautować przeciwnika lejąc go z ,,bańki''. Jak mawiała moja babka grunt to nie wpadać w panikę, jednak jak tu nie wpadać w panikę gdy nad tobą stoi dwumetrowy ( w każdej płaszczyźnie) drab z dredami z metalu. Hmmm.....chyba będę musiał zmienić bieliznę jak wrócę do domu, a to wszystko dlatego, że jednak wpadłem w panikę. Myślę, że uciekając przed tym prymitywnym i niewykształconym obywatelem Warkoksu pobiłem rekord świata w biegach średnio dystansowych. No przynajmniej rekord małego miasteczka pokroju tego, w którym teraz biegam jak kretyn wśród ciemnych, śmierdzących zaułków - Warkoksu. Mały powierzchniowo i pod względem ludności jest uznawany za stolicę - światową stolicę koksu i innych dragów (ale chyba nie od tego się nazwa wzięła). A więc tak uciekam i uciekam, a nie przyszło mi nawet do głowy by sprawdzić czy to coś mnie jeszcze goni(czy mnie w ogóle goniło). Nie goniło. Narkotyki jednak mają jedną zaletę (jedyną) - przynajmniej taki mięśniak ze zlasowanym mózgiem, zanim cię złapie zapomni po co cię gonił. Aż boję się pomyśleć co się stało z przechodniem obok na nieszczęście (przechodnia oczywiście), kiedy złapała tego delikwenta tymczasowa skleroza. Trudno, to nie moje zmartwienie. Ktoś przecież musi podtrzymywać reputację miasta, w którym co wieczór umiera średnio 4.5 osoby. W dzisiejszych czasach, przy odrobinie szczęścia, można uratować człowieka, któremu przypadkowo straciło się wszystko od pępka w dół. Nieważne, bo już widzę moje mieszkanie. Piękne, obdrapane i ,,obszczane'' przez okolicznych lumpów mieszkanie przydzielone mi przez moją bogatą firmę o międzynarodowej sławie - Bajt AD2050 z numerkiem na drzwiach - 3456. Tak sobie myślę czasem, czy to jest wszystko na co mnie stać?? Czy tak właśnie chcę żyć? Ech... Podchodzę do zamka reagującego na dotyk właściciela. Ostatni krzyk mody, taki bajer niepotrzebny i strasznie mnie denerwujący. Wchodzę do mojego mieszkania ufundowanego przez międzynarodową informatyczną firmę - Bajt itd., w której pracuję. Wchodzę i aż mi się nie chce przechodzić drugą nogą progu. Tak samo ,,piękne'' jak z zewnątrz. Kładę się na niewygodne łóżko i próbuję zapomnieć o dzisiejszym, kolejnym zmarnowanym...nie to za mało powiedziane, kolejnym intensywnie oddziałującym na moje komórki reagujące na zjawiska negatywne ,dniu.
* * *
Nawet nie pamiętam kiedy zasnąłem. Śniło mi się kilka dziwnych rzeczy, których po obudzeniu zwykle się nie pamięta. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła dochodzący zza okna oraz krzyki pijanej kobiety - sąsiadki, a zarazem zarządczyni tej kamienicy. Miłą kobiecina, oczywiście ,gdy nie jest akurat pijana, czyli w niedzielę i na święta. Przy niej nie musiałem prawie korzystać z kalendarza. Wstałem z niewygodnego łóżka. Stanąłem przed nieco zniszczonym już lustrem. Stał przede mną zmarnowany i wychudzony człowiek, który mimo dość młodego wieku wyglądał jakby wiele w życiu doświadczył, a tak naprawdę od skończenia wyższej szkoły na prowincji pracuje tylko jako zwykły księgowy w międzynarodowej sławy firmie komputerowej - Bajt AD2050. Ta praca nie była taka ciężka, praca sama w sobie nie, ale pracodawca był ciężki. Ciężki nie tylko w dosłownym tego słowie znaczeniu. Bill - kierownik działu (bo o nim mowa) poza ogromną tuszą miał również ogromne poczucie niespełnienia i zmarnowanej ambicji i odreagowywał niepowodzenia na nas - swoich podwładnych ( bo było nas naprawdę wielu). Obrałem kierunek na kuchnię, gdzie zrobiłem sobie jajko na miękko. Było trochę zbyt ścięte. Mimo to zjadłem je ze smakiem. Na stołówce związkowej dawali nam tylko niesmaczną, bogatą (podobno) w błonnik papkę mającą dostarczyć nam jedynie energii na kolejne godziny pracy oraz w jakimś stopniu zaspokoić głód. Własnego jedzenia do pracy brać nie można było, chociaż nie wiem z jakich powodów. Nikt nam się nie tłumaczył. Nikt nam się nie musiał tłumaczyć. ,,Oni'' byli od wydawania rozkazów i formułowania przepisów. My tylko musieliśmy ich przestrzegać. Umyłem zęby i po krótkim zastanowieniu wziąłem jednak prysznic. Nie lubiłem tego. Obwody źle znoszą kontakt z wodą. Nawet te ,,niby'' sprawdzone. Tak, ja też należałem do tych ¾ ,,społeczeństwa zmechanizowanego'' - byłem cyborgiem (przynajmniej w jakimś stopniu). Było to właściwie kilka niezbędnych przewodów w moim mózgu. Coś jak mini komputer, a w rzeczywistości mający funkcje dobrego, ale zwykłego kalkulatora. Przynajmniej nie miałem problemów z rachunkami. Kąpiel bolała jak zwykle. Chirurdzy skopali robotę. Ale po co mieli się trudzić dla szarego obywatela Warkoksu. Podszedłem do okna. Za nim rozpościerał się krajobraz Apokalipsy. Świat został całkowicie zmechanizowany i zniszczony. Roślinności dawno już nie było, a przynajmniej nie w wystarczającej ilości, aby dostarczać tlen. Stąd specjalne agregatory. Niebo. Podobno kiedyś było błękitne i piękne. Dziś jest właściwie szare. I to nie ważne czy jest noc, czy dzień. Ono zawsze było i będzie szare. Przede mną rozpościerał się las kominów. A z każdego z nich wydobywał się siarczysty, ciemny i trujący dym, pnący się ku niebu podtrzymując jednocześnie jego konsystencje - konsystencje spalin i smogu. Greenpeace (gdyby jeszcze istniał) by się pewnie w tym momencie rozwiązał, a jego członkowie popełniliby zbiorowe seppuku (co zresztą zrobili dobrych kilka lat temu). Moi rodzice należeli do Greenpeace. Bolała mnie ich strata, ale czego się nie robi w imię ideałów. Gdyby nie pewne ,,ulepszenia'' w mym umyślę, pewnie bolałoby mnie to bardziej, ale jakoś nie umiałem okazywać emocji. Sąsiadka skończyła ,,biadolić''. Pewnie usnęła. A miała to być podobno jedna z ładniejszych dzielnic tego przebrzydłego miasteczka. Ubrałem się. Założyłem marynarkę, wziąłem teczkę i ruszyłem ku drzwiom. Nigdy nie lubiłem tego momentu. Użeranie się z drobnymi pijaczkami, których obudziłem wychodząc z domu stawało się już powoli tradycją. Nie chciało mi się chodzić. Złapałem taksówkę i skierowałem się w kierunku wielkiej budowali w centrum tego zapyziałego miasta - budowli należącej do międzynarodowej sławy firmy komputerowej Bajt AD2050.
* * *
Z okna taksówki przyglądałem się przechodniom. Wszyscy byli podobni. Nowoczesny świat wyraźnie dążył do uniformizacji. Przykra sprawa. Zawsze byłem inny i podobało mi się to. Chcę być inny. Skoro władze włożyły tyle trudu w industrializacje tego miasta, tego świata, to mogli go chociaż posprzątać. Świat, a przynajmniej to miasto wyglądało ohydnie. I było ohydne. Nikt tu nie dbał o porządek. I to nie tylko o porządek w znaczeniu braku bałaganu. Chodzi mi ogólnie o sytuacje w społeczeństwie. Zupełnie zanikły zasady moralne. Dziś zabicie kogoś na ulicy nie jest żadnym problemem. Jedynym problemem tego społeczeństwa jest brud, nędza i ubóstwo. A pieniądze są przecież tak im potrzebne do kupienia narkotyków, że kradną je od innych, którzy również potrzebują pieniędzy w tym samym celu. I koło się zamyka. I chyba nigdy nie przestanie się kręcić. Ale już widzę ogromy napis - Bajt AD2050. Znaczy to tyle, że jestem na miejscu. Znowu nawał pracy. Znowu ta papka. Znowu ten gruby Bill...
* * *
Wyszedłem z taksówki. Podziękowałem kierowcy skinieniem głowy i dałem mu dokładnie tyle, ile zażądał. Ani centa więcej. Przed wejściem na teren międzynarodowej sławy firmy komputerowej - Bajt AD2050 musiałem przejść rutynową kontrolę. Zwykłą kontrolę, którą mam nadzieję przechodzi każdy pracownik w tym mieście, bo niby czemu tylko ja mam cierpieć. Najpierw badania krwi, potem sprawdzenie tęczówki oka (ale nie, nie można było skorzystać ze zwykłej podczerwieni itp. Trzeba było pobrać tkankę, a to nie było przyjemne), odciski palców, badanie moczu, itp. Itd. Łącznie zajmowało mi to około godziny. Komu to było potrzebne? Nareszcie mogłem się udać do swojego stanowiska pracy. Wyglądało jak ....zwykłe stanowisko pracy buchaltera z firmy komputerowej. Wąż takich stanowisk wił się przez całe ogromne piętro budynku. Po około 15 minutach znalazłem moje krzesło, biurko, moją ściankę działową, komputer oraz szafki. Tak one były moje, przynajmniej na czas zatrudnienia, ale zawsze to coś. Na ekranie komputera widniały już instrukcje i polecenia z centrali (czyt. Od grubego Billa). Przeczytałem. To co zwykle. Nudne kontrole finansowe przedsiębiorstwa. No to mam roboty na kilka, kilkanaście godzin.
* * *
Stukam w klawisze już dobre kilka godzin. Wybijam rzędy cyfr niezrozumiałych dla zwykłego śmiertelnika. Liczę, rachuję, dodaję, mnożę ,a potem wszystko odejmuję. Tylko wstukuje odpowiednie liczby. W sali nie słychać nic, poza odgłosem wstukiwania odpowiednich liczb. Typowa monotonia. W tej pracy na początku myślisz, że ktoś zrobił ci podły żart, bo tego się nie da zrobić. Gdy po godzinie zdajesz sobie sprawę, że to nie żart dopada cię swoistego rodzaju nostalgia. Potem jest już tylko ciężka praca. Po niecałych pięciu godzinach myślisz tylko o przerwie, potem o niej zapominasz, a gdy ona nadchodzi, jesteś zbyt zmęczony, żeby na nią iść. Jestem mniej więcej w tym momencie pracy, w którym nieustannie myśli się o przerwie. O tej przebrzydłej papce, która to niby ma zaspokoić głód. Byłem zmarnowany, zużyty. Już dawno zdałem sobie sprawę z tego, że nic nie osiągnę. Nic ze mnie nie będzie. Byłem jak mechanizm wciskający odpowiednie guziki na klawiaturze i rachujący jak kalkulator. Właśnie tym byłem. Kalkulatorem. Gdy bateria się zużyje kalkulator się wyrzuca. To samo zrobią ze mną.
* * *
Rozległa się głośna syrena. Sygnał nadejścia upragnionej przez większość przerwy. Wstałem od biurka i posłusznie poszedłem za resztą do stołówki. Grzecznie, gęsiego podchodziliśmy do kucharek z małym metalowym talerzykiem, na który nakładano nam szaro - zieloną pakę. W stołówce panował rozgardiasz. Każdy teraz szukał jakiegoś miejsca do siedzenia. Ja wolałem zjeść na stojąco. Po co się przepychać. Ciekawie to wyglądało. Jak na masowej demonstracji. Ale w pewnym momencie coś jakby mnie uderzyło. Obróciłem głowę i w przeciwległym kącie zauważyłem stojącego dokładnie tak samo jak ja, opartego o ścianę i jedzącego obrzydliwą papkę.................siebie. Nie wiele myśląc zacząłem przeciskać się przez tłum, rozpychając się łokciami. Ze względu na moją masę i budowę nie przychodziło mi to łatwo. Na moment straciłem ,,się'' z oczu. Podbiegłem do kąta, ale ,,mnie'' tam już nie było. Pomyślałem chwilę, że to przecież niemożliwe. Chyba po prostu jestem przemęczony i zaczynają pojawiać mi się halucynacje. Przerwa trwałą jeszcze kilkanaście minut poczym wszyscy rozeszli się do swoich stanowisk. Przez dalszą część dnia praca jakoś mi nie szła. Nie mogłem przestać myśleć o dziwnym zdarzeniu, które przytrafiło się mi na stołówce.
* * *
Powrót do domu tym razem nie okazał się kłopotliwy. Byłem trochę zdezorientowany. Jak mogłem widzieć samego siebie?? To na pewno halucynacje. Powinienem odpocząć. To na pewno wina pracy. Wszystkiemu winna jest praca i ta przebrzydła firma. Widzę mój dom. Moje życie to monotonia, jedna wielka monotonia. Pobudka, praca, dom, sen i znowu pobudka i znowu praca i tak dalej. Podszedłem do drzwi. Czujnik zareagował dopiero przy piątym przyłożeniu kciuka. Cholerna elektronika. Cholerna technologia. Zdjąłem ciuchy i nie myśląc ani o kąpieli, ani o kolacji ułożyłem się na twardym łóżku i ,,wpadłem w objęcia Morfeusza''.
* * *
Nastał ranek. Znowu słyszę ,,skrzeczenie'' tej starej, zapijaczonej baby. Głupie lumpy na zewnątrz wydawały odgłosy podobne do odgłosów ,,rzygania'' i krztuszenia się. Głupie lumpy. Głupia baba. Głupia praca.....Nie wyspałem się. Myśl o spotkaniu ,,mnie'' wczoraj na stołówce nie dała mi zasnąć. A przecież to na pewno była zwykła halucynacja. Zwykłe delirium. Szybka kąpiel, śniadanko, czyli to co zwykle. Moje życie nie jest skomplikowane. Tym razem środkiem lokomocji wybranym przeze mnie w celu dostania się do pracy były nogi. Krótki spacer dobrze mi zrobi. Sklepy, budynki, nawet te pseudoskwerki wydają mi się być pseudoimitacją piękna. Nic mnie nie cieszy. Właściwie to już sam nie wiem czy mi się to wszystko nie nie podoba. Właściwie to nawet nie wiem jak wygląda piękno. Jednak jest coś co przyprawia mnie o mdłości. Ten wielki szyld z napisem - Bajt AD2050. Znowu kontrola, znowu poszukiwanie swojego stanowiska, znowu durne instrukcje. Chyba poczułem zmęczenie.
* * *
Sygnał przerwy nadszedł szybciej niż zwykle. Tak przynajmniej mi się wydawało. Trochę się obawiałem. Obawiałem się kolejnych halucynacji. Papka jak zwykle była ohydna. Rozglądałem się uważnie, ale niczego i nikogo chociażby podobnego do mnie nie zauważyłem. Odetchnąłem z ulgą, jednak podczas powrotu do stanowisk przez moment mignęło mi jakby odbicie mojej twarzy. Zacząłem się przepychać, nikomu nie oszczędzałem ,,ciosów'' łokciami. Byłem coraz bliżej. Bliżej i wreszcie złapałem moją ,,Zjawę''. Gdy przyjrzałem się twarzy osobnika w moich ramionach zrobiło mi się słabo. Zamroczyło mnie i przysiadłem na podłodze. Mój sobowtór wykorzystał ten moment do ucieczki. To na pewno nie byłą halucynacja.
* * *
Dojście do siebie zabrało mi niewiele czasu. W napływie wyrozumiałości i współczucia, albo po prostu widząc moją niezdolność do pracy Bill puścił mnie wcześniej do domu. Odbije się to oczywiście na mojej dniówce. Tym razem wziąłem taksówkę, gdyż nie byłem w stanie samodzielnie dojść pieszo do mojego domu. O co w tym wszystkim chodzi?? ,,To'' nawet nie wyglądało jak brat bliźniak. ,,To'' było identyczne jak ja. Nie wiem co z tym wszystkim zrobić. Nie mogę tego przecież zostawić bez echa. Będzie trzeba zaczerpnąć pomocy. Pomocy kogoś, bardziej rozgarniętego ode mnie. Kogoś, kto umie dotrzeć do każdej informacji. Byle by ta była zawarta gdzieś na komputerze i zawierała w sobie same zera i jedynki.
* * *
Xawery był podobnie jak ja pracownikiem tej międzynarodowej sławy firmie pseudokomputerowej - Bajt AD2050. Z tą różnicą, iż był on informatykiem. Dokładniej specem od sieci, telekomunikacji, itp. Nie był na żadnym kierowniczym stanowisku, ale były dwie rzeczy, które mogły być mi pomocne. Po pierwsze - znałem Xawerego od dobrych kilku lat. Wiele razy chodziliśmy na piwko do przydrożnego baru, gdy tylko urywaliśmy się z zajęć na studiach. To były piękne lata, które już niestety nie powrócą. Po drugie - Xawery od dziecka był miłośnikiem komputerów i wszystkich zjawisk z nimi związanych, przez co zresztą niejednokrotnie wpadał w poważne tarapaty. Człowiek ten, byle miał dostęp do komputera i sieci, mógł zrobić praktycznie wszystko. Kiedyś takich ludzi zwało się hakerami, przestępcami komputerowymi i wsadzało się ich do paki. Dziś uważani są za geniuszów i zarabiają przysłowiowe kokosy w firmach takich jak nasza. Xawery, w przeciwieństwie do mnie, lubił swoją pracę, jednak uważał, iż czuje się niespełniony. Taka malutka przysługa dla mnie nawet go nie zmęczy, a będzie miłą odskocznią od trudów i nudów życia codziennego. Nie musiałem go wiele namawiać. Przysługa ta kosztowała mnie zaledwie kratę ,,wody ognistej'', ale opłaciło się. Wystarczyło wkraść się do głównego systemu Bajta AD2050 i dowiedzieć się paru spraw. Ja w tym czasie spokojnie rachując kolumny cyfr miałem oczekiwać na tak upragnioną przeze mnie informację. Kim jest ten człowiek? Kim jest mój sobowtór i o co w tym wszystkim chodzi? Xaweremu mogłem zaufać jak nikomu innemu. Nikt inny nie zrobi dla przyjaciela, za zwykłą skrzynkę wódki tak wiele jak mój drogi kumpel Xawery. Możliwe, że gdyby nie był alkoholikiem i pijakiem to zrobiłby karierę. No cóż, nikt nie wie co szykuje dla nas los.
* * *
Co zajmuje mu tak wiele czasu? Czemu jeszcze nie dostałem odpowiedzi, które tak bardzo mnie interesują? Może Xawery wcale nie jest dobrym kumplem i bez mrugnięcia okiem wsypał starego przyjaciela? A może nie zdołał ulec pokusie i zanim wykonał robotę ,,urżnął się w pień'' i śpi gdzieś w najlepsze. Gdy tak rozmyślałem zdenerwowany coś wyskoczyło mi na ekranie. Był to komunikat :'' Witaj. Znalazłem coś ciekawego, ale większość została fachowo zabezpieczona i nie potrafię się do niej dostać. Zaraz Ci to przekopiuję na twój komputer. Aha masz tu hasło wstępu na ostatnie piętro. Może ci się przydać. Czyż nie jestem genialny?''. Ten człowiek mnie zadziwia. Fakt, dobrze wiedziałem co potrafi, ale ,że aż tyle... Ostatnie piętro. Na ostatnim piętrze nie było nic, tylko stare magazyny, ale mimo wszystko dostęp na nie był zamknięty. Po co mam tam wchodzić? Pasek kopiowania doszedł do końca. Ostrożnie otworzyłem przesłany mi dokument. Sporo plików. Chrzanić rachunki, tu chodzi o mnie. Po godzinie czytania jedyne czego soę dowiedziałem to to, że coś tu się kiedyś niedobrego działo, ale nic poza tym. Kilka dat. Dat, które znać mogłem tylko z lekcji historii. ,,Czerwiec 2030 - badania są w toku i na razie przynoszą wynik pozytywny [...] wystąpiły pewne problemy na linii mózg - maszyna [...] 03. wrzesień 2030 - sukces, coś ruszyło [...] wystąpił kłopot z dawcami [...] duże kłopoty, trzeba wstrzymać badania.''Nic z tego nie rozumiem. Opisane tu wydarzenia miały miejsce ponad 150 lat temu. Otwieram kolejne pliki i czytam.'' Udało się, zrobiliśmy to jako pierwsi, wchodzimy przełomem w Nową Erę [ ...] wiedza ta może okazać się niebezpieczna i destruktywna w skutkach, trzeba ją ukryć [...] 21 styczeń 2050 - Zespół placówek badań genetycznych przeistoczony w niewielką firmę zajmującą się komputerami [...] Teraz możemy swobodnie prowadzić nasze badania i nikt nam nie przeszkodzi[...]dawcy mogą być za dużym zagrożeniem, trzeba będzie przeznaczyć ich do likwidacji[...] w sali nr 2156 wybuchł pożar, prototyp uciekł''. Dość tego. Nie mogłem tego dłużej czytać. To jest chore. Otwieram kolejny plik o wiele mówiącej nazwie ,,password''. Wiele informacji tam nie było, poza tymi najważniejszymi :'' identyfikator: dr Weber, hasło: 90987cz12a4, identyfikator: dr Stanley Higins, hasło: 90876cz09a4, [...]'' O co w tym wszystkim choidzi? Sala 2156. To musi być na ostatnim piętrze. Znane są mi bowiem tylko sale do numeru 2000. Xawery jest geniuszem. Jak on wyszperał te wszystkie zapiski? Musiał się wkraść do głównej bazy danych. Stąd te hasła. Wlazłem w wielkie gówno i chyba z niego nie wyjdę, póki się czegoś nie dowiem. O co w tym wszsytkim chodzi?
* * *
Sygnał przerwy nadszedł dość niespodziewanie. To dobrze. Miałem już dość czytania tych wszystkich, niezrozumiałych dla mnie wypocin jakiegoś ześwirowanego profesorka. Zamiast na stołówkę, przemknąłem się niezauważony do windy. Nic z tego. Winda dojeżdża tylko do przedostatniego piętra. Nieźle się zabezpieczyli. Trudno. Pozostają mi schody. Kiedy wreszcie doszedłem do celu mej ,,podróży'' przerwa właśnie się skończyła. Może nie zauważą mojej nieobecności. Zresztą, chyba nigdy nie zważali na moją obecność. O dziwo, żadnych strażników, żadnych kamer. Tylko wielkie metalowe drzwi. Byłem tu raz, kiedyś, ale chyba nie pamiętam po co i kiedy. Podszedłem do małej klawiaturki i zaryzykowałem wpisanie hasła. Wybrałem pierwsze z listy. Dr Weber. A więc teraz będę doktorem Weberem. Nawet ładnie. Udało się. Drzwi stanęły przede mną otworem. Ukazały mi się dwa rzędy drzwi. Jedne na jednej ścianie, drugie na drugiej. W powietrzu unosił się dziwny zapach. Tak jakby siarki, czy czegoś podobnego. Było ciemno. Nie zaryzykowałem zaświecania światła (o ile istniała w ogóle taka możliwość). Dotychczas mijane drzwi okazały się nie współpracować ze mną jak drzwi wejściowe. Po co ja tu właściwie przyszedłem? Przecież nawet nie wiem czego i gdzie szukać. Zawahałem się czy iść dalej. Czy jets w ogóle sens iść dalej, gdy ktoś krzyknął za mną coś, czego nie zrozumiałem. Powoli odwróciłem głowę. Ujrzałem młodą, chyba ładną dziewczynę stającą i wpatrującą się we mnie jakby mi coś na głowie urosło. Właściwie to nawet nie wiem czy była ładna. Czy ja kiedyś widziałem coś ładnego?? Przecież to i tak jest iluzją. Tak. Wszystko jest iluzją. Przynajmniej dla mnie. Podeszłą do mnie. Zapytała o godność. '' dr Weber'' odparłem bez zastanowienia. ,,proszę za mną''. Posłusznie poszedłem za tą kobietą do małego pokoiku, którego wcześniej nie zauważyłem. ,,Hasło'' odrzekła wpisując coś na klawiaturze swojego komputera. Zmusiłem do pracy chyba każdą komórkę mojego
Mózgu. Każdy obwód mojego mózgu. Aż czułem przepływające prądy szukające w zakamarkach pamięci tego hasła. Tego jednego. Przymknąłem lekko powieki. Przed oczyma powoli ukazywały mi się znaki, które natychmiast przekazywałem rozmówczyni. 9......0.....9......8......7.......c....z.....1.....2......a......i ...4. ,,Tylko bez i'' powiedziałem otwierając oczy i dumnie patrząc w oczy chyba pięknej istoty. Po chwili niezręcznego milczenia ,,Dzień dobry panie Weber, przepraszam, że pana nie poznałam, za te niedogodności, ale jestem tu nowa''. Szczęście się chyba do mnie uśmiecha. To dobry znak. ,,hmm...To ja już pójdę, tak''. Wyszedłem. Ciągle idąc po ciemku natrafiłem na ogromne drzwi, inne, różniące się od pozostałych. Różniące się przede wszystkim wielkością. Znowu klawiaturka. Ciekawe, czy tym razem się uda. Wystukałem hasło, powoli, żeby tylko się nie pomylić. Usłyszałem szczęknięcie. Znak, że mechanizm hydrauliczny zwalnia ucisk i drzwi stają otworem. Wszedłem do środka. Nikogo nie było. To dobrze. Nie każdy tu przecież musi być ,,nowy''. Prawdziwy dr Weber z pewnością nie jest. Zaryzykowałem zapalenie światła. Widok, który się mi ukazał zaskoczył mnie, potem przeraził, by na końcu wywołać we mnie mdłości. Zwymiotowałem. Niemiłe uczucie. Te palenie w gardle. Rzadko wymiotuję, stąd może ten brak przyzwyczajenia. Stał tam rząd szklanych kopuł. Coś jakby dużych słoików, a w każdym z nich było coś. Nie, nie człowiek. To nie mógł być człowiek. Człowiek składa się z tkanek żywych, krwi, mięsni, kości. Nie składa się z przewodów. Człowiek nie jest przecież robotem. Ale to nie były roboty. Roboty przecież nie mają żywego mózgu oraz czegoś co faktycznie przypomina tkanki. Zrobiło mi się słabo. W jednym ze słoików zobaczyłem siebie. Tym razem nie zemdlałem ,mimo tych dziwnych kształtów migających mi przed oczyma. Zachwiałem się. Chwyciłem się blatu stolika. Leżał tam notes. Zwykły zapisany notes formatu A4. Przysiadłem pod ścianą i zacząłem czytać ,, Tworzenie androidów właściwie opanowaliśmy do perfekcji. Ciągle potrzebny jest oryginalny genotyp dawcy, ale już pracujemy nad utworzeniem własnego, idealnego, a co najważniejsze sztucznego kodu DNA. Ciągle korzystamy tylko z kilku genotypów. Zaledwie kilka się przyjęło. Reszta obumiera z nadzwyczajną szybkością. Co ciekawe, przyjęły się genotypy ludzi żyjących przed Nową Erą. Przed całkowitym zmechanizowaniem świata. Może to przez rośliny. Może one wytwarzały lepszy tlen niż my i nasze agregatory. Eksperyment delta powiódł się. Związki [...}''. Dalej ciągnął się niezrozumiały dla mnie bełkot szaleńca. O co chodzi. Ja....ja nie pamiętam Starej Ery. Nie żyłem w niej. Niemożliwe to pomyłka. To marna prowokacja. Jakim prawem skradziono moje DNA. Bo to ja jestem dawcą. Na pewno. Przecież gdybym był androidem, to......bym chyba wiedział. Rzuciłem notes w kąt. Musiałem znaleźć dowód. Dowód na to, że jestem normalnym, żyjącym śmiertelnikiem. W tej półce nic. W następnej to samo. Jest jakaś kartoteka. Dziwna. Przeglądam całą. Aż dziwne ,że jeszcze nikt tu nie przyszedł. Podział ze względu na nazwiska dawców. Szukam swojego.....nie ma. To pomyłka. Przyjęte genotypy i nie przyjęte. Przejrzę przyjęte. Przecież widziałem na stołówce swoją imitację. Pot zalewa mi oczy. Ciężko widzę, ciężko oddycham. Znalazłem. W gąszczu nazwisk odnalazłem moje. Ale to nie było nazwisko dawcy. Nie....to musi być pomyłka. Odnajdę, tego niby dawcę i wszystko wyjaśnię. Przecież to ja jestem dawcą. Muszę być dawcą. Paul McDagherty. Miejsce zamieszkania do cholery. Gdzie ten klon mieszka. Brak. Jak to brak do cholery, przecież jak żyje to musi gdzieś mieszka....Zachwiałem się. Głęboki oddech. Jeszcze jeden. Jeszcze jedno spojrzenie. Mogłem po prostu źle zauważyć. Nie, wszystko w porządku. Wybiegłem nie zważając na to, czy ktoś mnie zauważy, czy nie. Nie zważałem na krzyki, na zapytania kim jestem. Na próby zatrzymania mnie przez strażników. Wybiegłem z tego przebrzydłego budynku. Na ulicę. Zwymiotowałem. Przyzwyczajone gardło nie odczuło już tego aż tak bardzo.
* * *
Cmentarz centralny. Właściwe zabytek. Groby ludzi zmarłych kilkadziesiąt, kilkaset lat temu. Ludzi żyjących w Starej Erze. Ceramiczne, pięknie zdobione nagrobki. Ogromne pomniki i krzyże. Dziś szkoda na to czasu. Wystarczy tylko aluminiowa płyta z imieniem i nazwiskiem. Czy ja będę w ogóle miał swoją płytę? Biegnę, szukam, rozglądam się. To jak szukanie igły w stogu siana. Minąłem jedną alejkę, potem drugą. Minąłem monumentalne krypty rodzinne. Ogromne pieczary obrośnięte mchem i będące świadectwem niszczącej działalności czasu. Szukam. Rozglądam się. Jest. Z daleka zauważyłem. Swoją twarz. Zdjęcie nagrobkowe. Przecież żyję. Podchodzę bliżej. Jest jakiś napis. Wygrawerowany napis:
,,Paul McDagherty
ur. 12.04. 1986 zm. Śmiercią tragiczną 24.01.2050''