Kolor tła: Kolor tekstu:

   Ciemne oblicze nieba

Autor: Agnieszka Łyżczarz
Html: skrypt by pBT


    Wysunął się naprzód przed całą grupę. Postanowił, że będzie udawać, że tropi nową zwierzynę. Tak naprawdę chciał chwilę pobyć sam, żeby pomyśleć nad tym i owym, ale starał się nie oddalać bardziej niż na rzut oka od grupy. Jednak po chwili przystanął i spojrzał na zegarek. Dopiero dochodziła ósma rano, a odniósł głupie wrażenie, że wieczór nadchodził. Gdyby działo się to na Ziemi, pomyślałby, że się zachmurzyło i pewnie burza nadciąga albo w ostateczności, że nadchodzi zaćmienie Słońca. Ale nie był na Ziemi. Obejrzał się za siebie, starając dojrzeć przez zmrok swoich towarzyszy, ale wkrótce ich obraz całkowicie się zamazał. Przestraszył się nie na żarty. Próbował krzyczeć do nich, ale nie usłyszał żadnej odpowiedzi. Z pewnością zostały zagłuszone przez fale dźwiękowe, które w tej chwili z hukiem przetoczyły się po tym terenie. Spróbował iść w ich kierunku, bo zdawało mu się, że pamiętał, w którym miejscu ostatni raz ich widział. Co chwilę się potykał i zderzał z gałęziami, których uderzenia czuł na własnej skórze niczym bicz. W końcu stracił całkowicie orientację i nie był już pewien czy wraca się na południowy zachód, czy obrał inny kierunek. Całkowite ciemności zalewały cały świat i miał wrażenie, że znalazł się w otchłani pogrążonej wieczną nocą. Nawet własnych dłoni nie widział, chociaż trzymał je przed samymi oczami.
    Nie wiedział jak długo starał się przemieszczać, ale osądził, że musiał znajdować się już na otwartej przestrzeni, bo od dłuższego czasu nie natknął się na żadnego krzaka. Przystanął zrezygnowany i usiadł na ziemi.
    − Ale jestem głupi − stwierdził, kiedy uprzytomnił sobie, że wziął ze sobą latarkę.
    Ściągnął plecak, mocno trzymając i zważając by go nie upuścić (w tych ciemnościach mógłby już go nie znaleźć), zaczął w nim po omacku grzebać i szukać czegoś, co kształtem przypomina latarkę. Po chwili miał już ją w ręku. Szybko nacisnął na niej guzik, ale latarka się nie zaświeciła. Potrząsnął nią kilka razy, ale to też nie pomogło.
    − Bezużyteczna rzecz − rzekł z goryczą i wyrzucił ją daleko za siebie.
    Poszukał w plecaku zapałek, ale one też się nie zapaliły i nie dały tak upragnionego światła. Znalazł się w beznadziejnej sytuacji. Nie był pewien czy to sen, czy jawa. To musiał być sen. Przecież te nieprzeniknione ciemności są takie nierzeczywiste. Ale nie chce już śnić, chce się obudzić z tego koszmarnego snu. Zasłonił rękami oczy i zapłakał.
    
    Nicholas przebudził się, kiedy upał dawał mu się we znaki. Przetarł oczy i rozejrzał się wokół. Ciemności odeszły w niepamięć, ale ,,straszny sen'' nadal pozostawał. Był sam na tym pustkowiu. Wiele kilometrów przed nim piętrzyły się wspaniałe, ale niezbyt wysokie góry, zarazem tajemnicze, jak sama ich nazwa sugerowała. Wszędzie gdzie indziej panowały stepy, na których raz za czas pojawiał się safryx luxus, a także inne krzewy i podrzędne rośliny. Nigdzie nie było śladów kolczastych zarośli.
    Nicholas podszedł do jednego krzewu i schował się w cień. Wyciągnął jedną z dwóch butelek, do których za radą Jacka nalał wodę z jeziora . Teraz napił się parę łyków i przetarł wodą swoją wysuszoną twarz. Gdy to uczynił, wyciągnął mapę, którą zaczął, po wyjeździe z miasta, sporządzać. Musiał pomyśleć racjonalnie. Od nastania ciemności do całkowitego rozwidlenia minęło około pięciu godzin. Około trzech godzin z pewnością przespał, godzinę chodził, obierając różne kierunki, więc nie mógł daleko wtedy odejść od kolczaków. Pozostała mu jeszcze godzina. Obrał wtedy już konkretny kierunek, raczej pod wpływem desperacji, aniżeli z rozsądku. W tym czasie nie przeszedł więcej jak cztery kilometry. Przy poszukiwaniach jego znajomi musieliby przetrząsnąć obszar o powierzchni około pięćdziesięciu kilometrów kwadratowych; nawet gdyby zrobili od razu założenie, że znajdowałby się między Cieszynem a Górami Sekretnymi, to i tak wychodzi około dwudziestu pięciu kilometrów kwadratowych. Z obliczeń tych wynikło mu, że musi liczyć tylko na siebie. Ale co teraz zrobi? Gdzie się ma ruszyć? Wyciągnął książkę do polografii i spojrzał na stronę skorowidzu rzeczowym. Pod literą C znalazł słowo ,,Cieszyn'' i zaczął czytać w myślach: ,,Cieszyn to nazwa krainy od jeziora Kyi w stronę północnego wschodu, graniczący z Devonem, Górami Strzeleckiego, Svalbardem i Sekretnymi Górami; 65% stanowią drzewa i krzewy kolczaste, tworzące trudne do przebycia zarośla, których długość rozciąga się do prawie 80 kilometrów, a szerokość 10 - 17 kilometrów. Zamieszkiwane przez liczne stworzenia, w tym najliczniej przez loranety i sidy...''
    − Rany! − zaczął Nicholas myśleć na głos. − Powrót do zarośli nie wchodzi w rachubę. Na takim obszarze łatwo ominąć ludzi i nie być przez nikogo zauważonym.
    Przestał czytać o Cieszynie, tylko poszukał stron na temat Sekretnych Gór i oto co znalazł: ,,Sekretne Góry wznoszą się na wysokość około 1275 metrów, o długości 40 kilometrów i szerokości 10 - 20 kilometrów. Występują liczne jaskinie, które są połączone siecią niezliczonych korytarzy...'' Szczególnie jedno zdanie najbardziej przykuło jego uwagę: ,,z samych szczytów roznosi się piękny widok i bardzo rozległy na wszystkie strony świata...''
    − Piękny widok − powtórzył głośno. − To jasne jak Słońce.
    Wiedział co należy teraz zrobić. Skieruje się w stronę gór i dostanie się na jeden ze szczytów. Stamtąd powinien dojrzeć Cieszyn i spróbuje nadać sygnały świetlne. Zaznaczył na swojej mapce przypuszczalny punkt, w którym w tej chwili być może się znajduje, a jak się spotka ze swoją grupą, to wtedy tylko naniesie na niej poprawki. Założył plecak i śmiało ruszył przed siebie.
    Było parno i duszno, choć woda jeziorna częściowo chroniła jego skórę, ale obawiał się, żeby nie dostał udaru słonecznego. Starał się jak najczęściej przebywać w cieniu. Nie było to takie trudne, gdyż ten teren gęsto był pokryty krzewami i pojedynczymi drzewami. Od samego początku starał się myśleć pozytywnie, że uda mu się wypełnić powziętą decyzję. Nie dopuszczał możliwości jakiekolwiek porażki. Byłaby dla niego katastrofalna. Oszczędzał wodę jeziorną, żeby jak najdłużej mu starczyła. Musiał co jakiś czas uzupełnić organizm w płyny, bo mogłoby mu zagrozić odwodnienie. Tracił dużo wody przez pot, choć przez co schładzał mu ciało. Zważał jednak, żeby ani jedna kropla nie spadła na piasek.
    Minęło przeszło godzinę, kiedy zatrzymał się na swój pierwszy odpoczynek. Schował się do cienia i wyciągnął swoje kanapki. Był bardzo głodny, ale kromek nie pozostało mu już wiele. Zjadł jedną, a resztę z powrotem pochował. Wody dopił z jednej butelki, ale drugą postanowił nie tknąć, choćby chwyciło go duże pragnienie. Musiał mieć coś na schłodzenie swojego ciała. Głód nadal mu doskwierał. Nigdy w życiu dużo nie jadł i był przyzwyczajony do rzadkich, lekkich posiłków, dlatego głód mu nigdy też nie dokuczał. Kusiło go żeby wziąć kolejną kanapkę, ale z trudem się powstrzymywał. Przypomniał sobie o safryxie luxusie i słowa Jacka: ,,z niego można czerpać sok i pokarm...''
    Wstał i podszedł pod jeden ten krzew. Nie wiedział jak się zabrać do niego, co można z niego jeść, czy można na surowo, czy należy poddać to coś wysokiej temperaturze. Dużo pytań cisnęło mu się na usta, ale postanowił zaryzykować. ,,Najwyżej tylko się pochoruję'' pomyślał i ułamał gałąź safryxa. Obfite soki polały się po pniu. Nicholas zaczerpał je do rąk i wypił jednym haustem. Faktycznie, że smak przypominał mu napój alkoholowy. Usiadł na ziemi i nożem rozciął gałąź na dwie części. Kora była sucha i nieco zdrewniała, ale chroniła miękki i bardzo soczysty miąższ. Chłopak wyciągnął fragment i trochę był niezdecydowany przed tym pierwszym kęsem. Zresztą miał takie same opory przed zjedzeniem saleni, który w końcu okazał się niezłym przysmakiem. Dla dodania sobie animuszu skosztował tylko mały fragmencik tego miąższu. W smaku był trochę mdły, ale za to niebiańsko zimny. Poczuł jakby zjadał lody prosto z zamrażarki. Po skosztowaniu zjadł trochę więcej, ale nie za dużo, bo nie wiedział jak jego organizm zareaguje na nową potrawę, poza tym nie wiedział czy nie zawiera jakichś szkodliwych substancji, które ulegają rozkładowi dopiero określonej temperaturze. Ale najważniejsze dla niego, że udało mu się zaspokoić pierwszy głód. Teraz dopiero poczuł się trochę zmęczony i postanowił chwilę odpocząć.
    Nie wiedział na jak długo się zdrzemnął, bo fakt, że zaraz go też senność ogarnęła. Wyrwał się ze snu tak nagle i zdawało mu się, że usłyszał groźne pomruki. Wstał powoli i zaczął się wokół rozglądać. Zaraz też zza drzewa wyłonił się jeden zwierz.
    − Jacinto − szepnął Nicholas.
    Zwierz był cętkowany i z wyglądu podobny do margaja, ale wielkością nie przekraczał żbika. Był drapieżnikiem. Świadczyły o tym jego obnażone kły i przenikliwe oczy. Nie był jednak sam. Po chwili pojawił się drugi, trzeci i czwarty jacinto.
    Nicholas zbladł i ugięły się pod nim kolana. Mimowolnie chwycił lewą ręką plecak, a prawą wyciągnął nóż, który miał przypięty do paska, i zaczął ostrożnie się wycofywać. Serce mu niemiłosiernie biło i nieprzyjemne dreszcze przechodziły mu po całym ciele. Nie chciał skończyć w żołądkach wygłodniałych mięsożerców. W tej chwili bardzo przydałby mu się sztucer Jacka, ale miał tylko nóż.
    Ze strachem obserwował jak jacinta próbują go otoczyć. ,,To się nie dzieje naprawdę'' starał się siebie przekonać. Zauważył, że jeden przywarował do ziemi i był gotów zaraz zaatakować. Chłopak napiął mięśnie i zacisnął zęby. Czekała go teraz ciężka próba.
    Jacinto zaatakował, ale nie spodziewał się zaciętego oporu od swojej ofiary, bo uderzony plecakiem padł zamroczony nieopodal. Na szczęście dla chłopca atak drapieżników nie był skoordynowany i niepowodzenie jednego z nich nie rozdrażniło pozostałych. Jakby w ogóle nie przejęli się jego upadkiem. W przeciwnym razie łatwo mogłyby go zagryźć. Teraz drugi drapieżnik zaczął się przymierzać do ataku.
    Nicholas wiedział, że musi je zabić, by przeżyć. Udało mu się tak samo odparować drugi atak. Jacinta zaczęły się niecierpliwić porażkami i coraz częściej zaczęły go nękać ze wszystkich stron. Zimny pot wystąpił mu na czole i we znaki dawało mu się już zmęczenie. Przez co się zagapił i poczuł dotkliwy ból na plecach spowodowany ostrymi cięciami. Przewrócił się, ale zdążył się obrócić i wbić nóż w ciało najbliższego drapieżnika. Ale teraz był pewny, że śmierć zajrzy mu w oczy, więc się zdziwił, że jacinta przystanęły. Wykorzystał ich wahanie i wyciągnął nóż ze zwierzęcia, który cały drżał w konwulsjach, i z trudem powstał.
    Drapieżniki zaniechały jego atakowanie, nawet przestały na niego zwracać uwagi. Za to rzuciły się na łatwy łup, jakim był martwy już ich pobratymiec.
    Nicholas wykorzystał sytuację i ostrożnie wycofał się z tego miejsca i skierował się w dalszym ciągu w stronę gór. Co chwilę się za siebie oglądał, czy któryś z mięsożerców nie podąża za nim; ale nic takiego się nie zdarzyło. Im bardziej oddalał się od tamtego miejsca, tym szybciej szedł, aż w końcu jego chód przerodził się w trucht, a potem w bieg. Nie zważał na zmęczenie ani na to, że był już cały mokry od potu. Nie zważał na szalone bicie swego serca i że tchu nie mógł już złapać. Dopiero przystanął odpocząć, kiedy widok tamtego miejsca zniknął za horyzontem. Przystanął pod drzewem i upuścił na piasek swoje rzeczy. Dopiero teraz puściły go nerwy i zakrył twarz rękami, ale pomiędzy palcami widać były spływające łzy. Był to efekt traumatycznych przeżyć i z piekącego bólu.
    Chwilę później przetarł rękawami twarz, ścierając dokładnie słoną wodę i tylko zaczerwienione oczy wskazywały na silny szok, którego doznał. Dotknął ręką pleców, w miejsce, od którego promieniował ból. Na jego dłoni ukazała się plama krwi. Nie lubił widoku krwi, szczególnie własnej. Zrobiło mu się niedobrze, ale powstrzymał się od wymiotów; jednak ciągle cały drżał.
    − Nicholas, weź się w garść! − powiedział do siebie, żeby dodać sobie otuchy.
    Sprawdził w plecaku butelkę wody czy mu się nie rozwaliła, ale na szczęście była tylko lekko wgnieciona. Wziął nóż zbrudzony krwią i piaskiem, i zaczął go czyścić, poświęcając na to odrobinę wody jeziornej.
    Gdy zdołał opanować swoje nerwy, pozbierał swoje rzeczy i wyruszył w dalszą drogę.
    Po kilkudziesięciu minutach dotarł do podnóży Sekretnych Gór. Kiedy przyglądnął się im uważniej, ich stromym zboczom, wysokości i przyszłym wspinaczkowym trudnościom, od nowa nadeszły go wątpliwości. Zastanowił się co go podkusiło, żeby wybrać się w tę niebezpieczną podróż. Namyślił się chwilę i wiedział już, że chciał udowodnić innym, co jest wart. Ale on stanowi jedną wielką pomyłką na tym świecie. Znowu zebrało mu się na płacz.
    − Mazgaj ze mnie − stwierdził.
    Nie wiedział co teraz począć, dokąd iść. W sumie była tylko jedna droga: piąć się pod górę, ale trasa wydawała mu się nie do przebycia. Gdyby nieopatrznie spadł choć z kilku metrów, roztrzaskałby się na miazgę. Zastanowił się, która śmierć byłaby lżejsza: z głodu i pragnienia, udaru słonecznego czy z upadku. Zamknął oczy i próbował skupić swoje myśli, dotknął dłonią kryształu, cicho szepcząc:
    − Dodaj mi odwagi, dodaj mi odwagi...
    Chciał się naocznie przekonać czy ten jego kryształ jest amuletem, czy jakąś podróbką. Po chwili rozwarł oczy i spojrzał w górę. Postanowił spróbować.
    Zaczął ostrożnie wychodzić po skalnej ścieżynie, która mu się wydała drogą najbezpieczniejszą. Skały były kruche, popękane i bardzo skrasowiałe, dlatego uważał, żeby ich fragmenty nie osunęły się mu spod nóg. Rękami starał się podtrzymywać, by nie stracić równowagi i w ogóle nie oglądał się za siebie. Droga chwilami była męcząca, a w dodatku Achernar niemiłosiernie prażył go w plecy, co tylko pogłębiało jego ból. Skały były mocno nagrzane, co stanowiło kolejną trudnością.
    Pokrótce udało mu się dotrzeć do półki skalnej, gdzie mógł chwilę odpocząć. Rozejrzał się wokół i sam się dziwił, że znalazł się na tej wysokości. Ale przed nim jeszcze daleka droga. Wytarł rękawami pot, który sprawił, że włosy miał mokre, a ubrania kleiły mu się do ciała. Postanowił zatrzymać się tylko na parę minut. W czasie tym, jakże cennym, napił się odrobiny wody i zjadł do reszty kanapki. Żałował, że nie pomyślał wcześniej o zabraniu paru gałęzi safryxa.
    Zaczął ponownie spinać się po skalistym zboczu, który na szczęście nie był zbyt stromy, ale ciężej mu było się przytrzymywać. Jego ręce były mokre od potu i często ześlizgiwały się ze skał. Wychodził coraz wolniej, bo był już solidnie zmęczony, a w dodatku z tego upału głowa zaczęła go boleć. Po kilkunastu minutach dotarł do miejsca gdzie nachylenie zbocza znacznie się zmniejszyło i miejsce to rozpościerało się na odległość kilkudziesięciu metrów. Lżej mu się teraz szło i nie planował na razie kolejnego odpoczynku; chciał już dotrzeć na sam szczyt.
    Wtem ujrzał przed sobą wejście do jakiejś jaskini. Stanął przed nią, ale nie ośmielił się wkroczyć. Było tam ciemno i nie wiadomo jakie stwory ją zamieszkują. Nie miał zamiaru spotykać się, a tym bardziej zmierzyć z jakimiś drapieżnikami.
    Jaskinia wydawała się dość głęboka i nieprzyjazna, więc Nicholas postanowił ją ominąć. Po paru minutach nachylenie zbocza znowu drastycznie się zwiększyło i chłopak musiał znowu podjąć duży wysiłek i szczególną ostrożność, gdyż coraz bardziej stawał się roztargniony. Upał i zmęczenie robiły swoje, ale dopiął swego celu, bo już wkrótce dotarłszy na sam szczyt góry, padł półprzytomny na gorące i nagie skały. Z trudem powyciągał ze swojego plecaka ubrania, którymi się całkowicie przykrył, chroniąc się przed żarem i jakiś czas trwał tak w bezruchu. Starał się nabrać sił do kolejnych działań, ale usilnie pilnując, by nie zdrzemnąć się.
    Podniósł się dopiero, gdy jego zegarek wskazywał czwartą popołudniu, powłóczył się do urwiska (ale nie za blisko, by z niego nie zlecieć) i wyciągnął lornetkę. Zaczął lustrować okolice. Ten szczyt nie był najwyższy, ale wystarczający, by dojrzeć zarośla kolczastych krzewów. Zaczął uważnie na całej długości je obserwować i zdawało mu się, że widzi tam daleko małe punkciki. Było ich sześć, więc to mogła być tylko jego grupa. Pomachał im ręką, ale przypuszczał, że oni tego nie zauważą. Wyciągnął więc z plecaka lusterko i ustawił tak, by światło Achernaru w nim się odbiło. Zamierzał nadać sygnały świetlne. Nie znał alfabetu Morse'a, ale nie było to ważne. Chciał tylko dać znać, w którym miejscu się znajduje. Kiedy zauważył z ich strony błyski, wiedział, że go zauważyli. Poczuł się całkowicie usatysfakcjonowany, że udało mu się coś dokonać; że udało mu się być konsekwentnym; że udało mu się utrzymać w ryzach strach. Ale czyż to nie było po części zasługą amuletu?
    
    Jak tylko rozwidniło się grupa od razu zauważyła zniknięcie Nicholasa. Przestraszyli się nie na żarty i natychmiast wszczęli poszukiwania. Było tu wiele wydeptanych śladów biegnących we wszystkie możliwe kierunki i przez to nie wiedzieli od czego zacząć. Nawoływania nic nie dały, pogłębiały tylko ich frustrację. Przypuszczali, że Nicholas nie posiadał zbyt dużo informacji na temat ciemnego oblicza nieba i z pewnością nie wiedział jak się ma zachować, gdy nadejdzie takie zjawisko.
    Jacka gryzło to na sumieniu, bo miał go chronić, a tymczasem wielce zawiódł. Dlaczego zapomniał wspomnieć o tym zjawisku? Nie należało ono do rzadkich, ale nie spodziewał się, że ich to spotka. Próbował skupić myśli i przewidzieć kolejny ruch kolegi, ale Nicholas na ogół był nieprzewidywalny. Złość i rozpacz brały nad nim górę. Muszą jak najszybciej odnaleźć Nicholasa, bo bez niego nie mają po co wracać do Proximy. Zaczął rozdzielać zadania:
    - Kristine i Robert, sprawdzicie ślady na północy, ja i Corneliu na wschodzie, a pozostali na zachodzie. Na razie nie będziemy wracać się naszymi śladami. Jeżeli nigdzie dalej nie zauważycie tropów, od razu wracacie w to miejsce. Jednak do godziny wszyscy mają się tu stawić.
    Ślady to jedyne co ich trzymało. Na Polonie nie było wichrów, więc wszelkie odciski w piasku pozostawały nawet przez wiele godzin. Ale w tej chwili nie mieli żadnego punktu zaczepienia. Widać było, że ktoś tu błądził i nie był wyraźnie zdecydowany, w którym kierunku iść. Jego podjęta decyzja była więc jak najbardziej słuszna. Targany niepokojami skierował się razem z kolegą w stronę wschodu; tam, gdzie ślady prowadziły, ale były one dwukierunkowe, więc przypuszczał, że Nicholas musiał wielokrotnie się wracać. Jack jednak postanowił się przekonać, dokąd doszedł. Miał nadzieję, że mu się nic nie stało. Tu w zaroślach powinien się czuć w miarę bezpiecznie, ale co będzie jak wyszedł na otwarty teren? Dobrze, ze mu chociaż kazał zaczerpnąć wody z jeziora, ale czy będzie pamiętał jego przestrogi i rady? Nie doszli daleko, tylko jakieś kilkadziesiąt metrów i ślad się wracał.
    - Nie wiedział co robić - rzekł Corneliu.
    - To prawda. Świadczy o tym wydeptany ten szlak i połamane gałęzie. Nie dziwię mu się. Nigdy wcześniej nie przeżył ciemnego oblicza nieba i uznał go pewnie za nowe zagrożenie. Idziemy z powrotem! Może któraś grupa miała większe szczęście niż my.
    Sześć minut później byli już na umówionym miejscu. Czekali już tu Kristine i Robert. Postanowili poczekać na resztę grupy. Ale im bardziej czas im się dłużył, tym większą mieli nadzieję, że nieobecni wpadli na właściwy trop. Jack coraz bardziej niecierpliwił się i zdecydował się złamać swoje słowo:
    - Pójdziemy na zachód. Powinniśmy ich spotkać. Nie możemy już dłużej czekać. Nie wiadomo w co się Nicholas wpakował.
    Skierowali się w wybrany kierunek. Kena i Sebastiana spotkali dopiero po przeszło pół godzinie i wcale nie byli w powrotnej drodze. Stali zamyśleni i zastanawiali się co począć: czy iść dalej, czy się wrócić; ślad się jeszcze nie kończył, ale nie wiadomo jak to długo potrwa, a nie chcieli na darmo prowadzić swoich przyjaciół. Byli więc zdziwieni, kiedy ujrzeli ich przed sobą.
    - Panowie, gdzie mieliście być w ciągu godziny? - zapytał z oburzeniem Jack.
    - Tam, gdzie wy mieliście na nas czekać - odparł nieco strapiony Ken.
    - Nic nie znaleźliśmy, a wy macie coś?
    - Ślady prowadzą tylko w jednym kierunku i nie są takie chaotyczne - zauważył Robert.
    - Idziemy! - nakazał Jack i ruszyli naprzód, tam, gdzie trop zaczął ich prowadzić.
    W końcu dotarli do skraju zarośli i stanęli jak wmurowani. Nie mogli uwierzyć, że ich kolega wyszedł na otwarty teren. Co prawda było dość sporo pojedynczych drzew i krzewów, ale rzucały one bardzo skąpe cienie, poszatkowane promieniami Achernaru, przedostające się między gałęziami.
    - Poszedł w kierunku gór - powiedział Sebastian.
    - Zrobił sobie samotną wycieczkę - z odrobiną zazdrości stwierdził Corneliu.
    Jack lekko się uśmiechnął i zastanowił chwilę: nie pasowało mu to do profilu Nicholasa. Wyciągnęli ze swoich plecaków ubrania, które narzucili na głowy i stworzyli prowizoryczny turban, zasłaniając część twarzy; jedynie oczy tylko było i widać.. Jack dorobił jeszcze do swojego sztucera pasek, dzięki któremu mógł broń zarzucić na ramię. Teraz wprawdzie wyglądał jak ziemski zbój, napadający na kupieckie karawany, ale mu to nie przeszkadzało. Czuł się dumnie jako obrońca i przewodnik.
    Ruszyli w dalszą drogę. Szli szybko i nieprzerwanie, aż dopóki zarośla nie zniknęły im za widnokręgiem. Dotarli do miejsca, gdzie im się zdawało, że trop urwał się tylko na dwa metry.
    - Musiał się tu położyć - stwierdził Jack. - Świadczą o tym liczne wgniecenia.
    - Co tam leży? - zainteresowała się Kristine i podeszła do owego przedmiotu. - To latarka.
    Sprawdzili ją czy świeci. Działała bez zarzutu.
    - Dlaczego wyrzucił latarkę? - zaintrygował się Sebastian.
    - To proste - odparł po namyśle Ken, w wielkim zachwycie, jakby dokonał jakiegoś ważnego odkrycia. - Musiało trwać jeszcze ciemne oblicze nieba, kiedy próbował użyć latarki. Nie zaświeciła się, bo jej światło zostało pochłonięte przez zjawisko. Oko ludzkie bywa ułomne w takich przypadkach. Osądził, że się wyczerpała albo się zepsuła i dlatego ją wyrzucił.
    - Prawdopodobnie tak było - zgodził się Jack. - Idziemy dalej.
    Droga jeszcze przed nimi była daleka, ale dla nich było najważniejsze, że Nicholasowi nic się nie stało. Ale jak go odnajdą, będą musieli wziąć się ostro za niego, gdyż całkowicie olał proces przygotowawczy, który mu stworzyli, a teraz są tego skutki. Pierwszą i być może najważniejszą ignorancją wykazał się przy symulacji ,,Pierwszak''.
    Ruszyli dalej. Nie ominęli żadnego szczegółu, potrafili odczytać ze śladów wszystko, co się Nicholasowi przytrafiło. Jakby czytali najzwyklejszą książkę. Dotarli do safryxa z widocznymi oznakami cięcia, niedaleko którego porozrzucane były resztki gałęzi, wyschnięte już do szczętu.
    - Chociaż jedna nauka nie poszła w las - stwierdził Jack.
    - Nigdy nie próbowałem jeszcze miąższu safryxa - przyznał się Sebastian.
    - Odpoczniemy tu chwilę.
    Byli już solidnie zmęczeni i cali zgrzani. Pragnienie dawało się im ostatnio mocno we znaki, więc ugasili je sokami safryxa. Po czym ci, co chcieli, spróbowali jego miąższu, ale nie przypadł im do gustu. Może wtedy, gdyby byli umierający z głodu. Ich przystań trwała tylko parę minut i musieli iść dalej. Byli zdumieni, że ich kolega aż tu dotarł. Nie spodziewali się po nim takiej wytrzymałości fizycznej.
    Zatrzymali się na moment, kiedy ujrzeli przed sobą leżący szkielet, z którego jeszcze pojawiały się fragmenty skóry i mięsa. Po kształcie szkieletu i rodzajach kości domyślali się, że to musiał być jacinto. Zaniepokoiło ich to. Jacinto bywa agresywne, szczególnie kiedy znajduje się w gromadzie. A tu wyraźnie widać, że stoczyła się tu jakaś walka. Teraz nie było widać ani jednego stworzenia.
    - Mam nadzieję, że Nicholas nie spotkał tu żadnych drapieżników - powiedziała Kristine.
    Wszyscy mieli taką nadzieję i z ulgą stwierdzili, że trop prowadzi dalej. Nie zastanawiali się nad tym, że ślady obuwia były rzadsze, co mogło o czymś sugerować. Nie próbowali tego interpretować, może wtedy by się domyślili jak to było z tymi jacintami.
    Zaczęli powoli zbliżać się do gór. Już z tego miejsca mogli obejrzeć strome ściany i ostre krawędzie skał, ale co innego zwróciło ich uwagę. Był to nieregularny błysk, wydobywający się z jednego szczytu.
    - Jakby ktoś nadawał sygnał - stwierdził Ken.
    - Czy to możliwe, żeby to był Nicholas? - zapytał niedowierzająco Corneliu.
    - Robert, podaj mi noktowizor! - nakazał Jack.
    Robert zadowolony, że w końcu taszczenie tego przyrządu na coś się przydało, podał go koledze. Jack przez niego dojrzał człowieka stojącego, jak mu się zdawało, na krawędzi urwiska.
    - Nicholas, jak ty się tam dostałeś? - mruknął do siebie Jack.
    - To Nicholas? - dopytywał Robert.
    - To może być tylko on. Nadamy mu sygnał świetlny, żeby wiedział, że go zauważyliśmy.


Strona główna   Szuflada   Skomentuj