Kolor tła: Kolor tekstu:

   Ja Lucyfer

Autor: Piotr Stodolski
Html: skrypt by pBT


    Patrzę na równe kamienne bloki będące ścianami mego więzienia. Prowizorka - myślę. Patrzę na tytanowe hydrauliczne wrota, za którymi pozostała wolność. Nie otworzę ich - stwierdzam oczywisty fakt. Spoglądam w okno z nanoszkła i widzę pokrytą pyłem powierzchnie lądowiska. Ale ja już stąd nie odlecę - przypominam sobie. Dalej, patrzę na hangary, wieżyczkę wartowniczą na krawędzi muru okalającego fortecę i zbrojne kohorty, ustawione w odświętnym, przepięknym szyku. Lśnią na blankach długie lufy ciężkich laserów. Błyszczą południowym słońcem wyrzutnie rakiet. Pełna mobilizacja! Stary uwielbia takie przedstawienia - dopowiadam sobie. W końcu teraz został Bogiem. I ta myśl uderza mnie alarmująco, aż mrużę oczy, co powoduje ból w lewej skroni muśniętej niedawno promieniem cząsteczkowego lasera. A kim ja zostałem? - pytam siebie. Zdrajcą? Kogo zdradziłem? - dociekam przed samym sobą.
    Syczą hydrauliczne tłoczki i wrota mej celi wędrują ku górze. Korytarz. Widzę go dobrze. Skąpany jest w pustynnym słońcu, którego promienie wpadają niepowstrzymanie przez następne okno.
    Najpierw zagląda strażnik z lufą obrotowej Aretuzy skierowaną w moją twarz. Jest młody, młodszy o wiele niż ja i wyraźnie, się boi. A ja przecież jestem solidnie związany. Cóż, propaganda starego - oceniam. Jest w tym naprawdę dobry - myślę niemalże z uznaniem. Strażnik po chwili odsuwa się robiąc komuś przejście. I wreszcie mogę ją zobaczyć. Wchodzi z tacą pełną, czegoś, co można nazwać pożywieniem. Tylko, że od tej właśnie chwili ja nie potrafię spojrzeć na nic poza nią. Choć głodny byłem potwornie. Widzę jej oczy, widzę jej usta, widzę jej włosy. Ona, tylko ona. Pięknie - myślę - zakochałem się na dzień przed swoją egzekucją. Ale lepiej późno niż wcale - dodaję po chwili. Wysoka, włosy do ramion, włosy blond, oczy niebieskie, jak że by inaczej. Świeża opalenizna. Po prostu cudo. Mój typ. Uśmiecham się do swoich myśli. Akurat teraz mnie to spotyka - stwierdzam z wyrzutem.
    - Jestem Lilith... - przedstawia się podchodząc, a jej głos jest dla mnie muzyką. Staje nade mną...
    - Nie boisz się? - pytam ochrypniętym od zaschniętego gardła głosem.
    - A powinnam? - paruje pytanie.
    - Wszyscy podwładni starego, to znaczy Pana - poprawiam się drwiąco - twierdzą, że tak, że powinno się mnie bać - wyjaśniam.
    - Ja jestem od nakarmienia cię, lęki nie należą do mych kompetencji - mówiąc, poprawia włosy płynnym ruchem, a ja chłonę ten widok każdym atomem obtłuczonego ciała.
    - Kim właściwie jesteś? - pytam znowu, nie wiem co innego mówić. I czy w ogóle.
    - Specjalistą od technik nuklearnych, to znaczy byłam nim przed powstaniem.
    - A teraz? Po bombardowaniach?, to znaczy po... Potopie chciałem powiedzieć - drwię znowu - Czym się trudnisz? - staram sie uśmiechnąć. Słabo mi to wychodzi. - Zostałaś jednym z jego osobistych Cherubinków? - kłują mnie własne słowa. Ona trochę się czerwieni.
    - Nie, nie jestem jego osobistym aniołkiem - odpowiada oschle - Nie jestem też aniołem upadłym, w przeciwieństwie do ciebie - dodaje, a ja tłumię już śmiech.
    - Upadły anioł!! - wykrzykuję, a od spazmów wesołości rwie mnie przypalony bok, strażnik nerwowo spogląda w moją stronę - Widzę, że w ciągu miesiąca mej niewoli słownictwo bardzo się zmieniło... Powiedz mi - przestaję się już śmiać - czy staremu naprawdę kompletnie odwaliło, czy kompletnie odbiło już wam wszystkim, tam na orbicie w tym odizolowanym statku?? !! - Patrzy na mnie, chyba z zakłopotaniem, nic już nie mówi - To znaczy w Arce - poprawiam się kwaśno - Nie odpowiada. Stawia tacę przed moją pryczą. Odwraca się. Rusza. Już dochodzi do drzwi. Zatrzymuje się i spogląda na mnie. Milczy dłuższą chwilę. I ja na nią patrzę zafascynowany nieskazitelną urodą. O tak!, pasowałaby na boginię, stwierdzam po cichu.
    - Ja nie chciałam, żeby tak było - mówi usprawiedliwiająco - Ja tylko bardzo chcę żyć - dodaje niezwykle cicho i wychodzi.
    - Ja także pragnę żyć - mówię kiedy drzwi w swych prowadnicach zmierzają w dół. Znów jestem sam. Po raz kolejny podchodzę do okna i przyglądam się górom majaczącym w falującym powietrzu daleko za murami twierdzy. Jak ja chciałbym tam teraz być. Nowe dziwne uczucie kłuje mnie w piersi. Myśli szaleją, nie tworząc konkretnych wzorów. Oprócz jednego. Nowego. Lilith... Ona. Tylko ona. A jutro mają mnie zabić.
    Mają wywlec na plac, przed stojącą w odświętnym szyku uzbrojoną po zęby kohortę. Mają roznieść mnie długą serią. Zaczynam się bać. Ciężko być upadłym aniołem - myślę. Uśmiecham się do siebie. Ale mój ironiczny uśmiech nie zmniejsza narastającego strachu. Jak ja chcę żyć!!
    Ranek na pustyni. Ładny widok. Jeden z moich ostatnich - dodaję szeptem. Na dziedzińcu już ustawili pluton. To dla nich wydarzenie. Atrakcja nawet. Po paru miesiącach pocenia się w tych murach to będzie coś. Zabić demona - powtarzam w myślach. Stary chyba naprawdę sam w to wierzy - myślę ze zgrozą. Ręce mi drżą. Więc to koniec? - pytam samego siebie. Przed oczami staje mi Lilith, choć wiem, że zaraz będą mnie wyprowadzać. Szybko - myślę. Za szybko. Widzę już strażnika który odchodzi od oddziału kohorty i zmierza w kierunku budynku więziennego. Mojego budynku. Nadzieja jaką jeszcze niedawno posiadałem pryska jak pustynny kurz. Słyszę kroki na korytarzu...
    - To by było na tyle - stwierdzam pół głosem.
    A potem jakieś buczenie jakiś syk dobiega do mnie kojarząc mi się z czymś znajomym. Włosy jeżą mi sie na karku. Rzucam się do okna i wpatruje się w niebo, mimo wypalającego wilgoć z oczu słońca. Ale wrota mej celi już ruszają na swych serwomotorach. Wtem wrzask. Krzyk szaleńczy na dziedzińcu. Oddziały ruszają na mury. Obstawiają lasery obronne. Juz obracają sie w swych tytanowych gniazdach wyrzutnie rakiet. Drzwi zatrzymują się. Szczelina jest zbyt mała bym się wydostał. Strażnik zawraca! Na pewno! - myślę rozgorączkowany. Patrzę w niebo, a oczy łzawią mi i pieką. Buczenie przechodzi w huk. Odległy, ponury, zły. Nie dla mnie - myślę. Kocham ten dźwięk - dodaję a uśmiech powraca na me spieczone wargi. Huk robi się nie do zniesienia.
    Na dziedzińcu panika. Nikt nawet nie przypuszczał. Atak z powietrza! Uwielbiają efektowne wejścia - mówię do siebie głośno, prawie wesoło. Ryk, jęk, jazgot. Powietrze wibruje, ciśnienie rośnie pchane falą uderzeniową. Pył wiruje przesłaniając widoczność załodze fortu.
    Niebo pęka. Rozwiera się jakby za bardzo spęczniało i wypluwa coś pośród bólu. Na granicy ostrości wzroku widać pięć? Tak pięć punktów. Zbliżają się. Rosną. Szybko! Uszy bolą od wrzasku. Bo to już nie jest ryk.
    Pojawiają się jak złe duchy pustyni, którymi mianował nas stary. Jak gromy z jasnego dobrego nieba. Jak kara, którą tak ostatnio sam rozdawał.
    Wpadają w trzech atomowych hamsunach. Na dobre 2/3 ciągu żagwi jądrowej. Szaleństwo - myślę. Pikują prawie pod prostym kątem, nad samym dziedzińcem twierdzy. Ależ panika! Rozpadł się odświętny szyk kohorty. Wojsko biega po dziedzińcu szukając schronienia. Od jednego hamsuna odrywa się błyszczący kształt i sunie jak błyskawica w kierunku muru. Mur znika. Rozpływa się w małej termojądrowej detonacji. W radosnym błysku. Jak bardzo mnie to bawi - karcę siebie. Cięzki laser zieje ogniem. Nić płonącego światła smaga brzuch lądującej maszyny. Rakieta odrywa się od jej trzewi i spopiela stanowisko obronne lasera. Tytanowy pancerz rozpada się w srebrną fontannę. Trzy hamsuny siadają na dziedzińcu. Bok w bok. Terkoczą obrotowe aretuzy lądowników kosząc coraz słabiej ostrzeliwujące się oddziały starego. Dwa pozostałe pojazdy idące nieco z tyły z gwizdem ciętego powietrza przelatują nad zabudowaniami twierdzy i lądują gdzieś po drugiej stronie. Pilnują - myślę. Nikt nie może się dziś z tąd wydostać.
    - Dziś nie ma litości - mówię głośno.
    Słyszę wysoki, opętańczy świst doładowującej turbiny lądownika wiszącego na silnikach hamujących, na pionowym klinie płonącego wirującego powietrza. Padam na zimne kamienne podłoże mej celi kiedy hamsuny odpalają pociski burzące. Łomot, stęk kamieni rwanych przez ciśnienie małych atomowych bomb. Drżę razem z moim więzieniem. I boję się, boję się o Lilith. To dziwne nowe odczucie. Bo ja nigdy się chyba o nikogo naprawdę nie bałem!
    Nad fortem rzucając cień przechodzi następny lądownik. Pali pokładowym laserem pustynie, pali kamienne resztki murów, pali osaczone coraz słabszym odpowiadające ogniem kohorty. Nie będzie litości - myślę, jej czasy minęły.
    Znowu wyglądam na dziedziniec. Dwie maszyny otwierają włazy, piechota wylewa się z ich trzewi. Jedna grupa biegnie w stronie mojego więzienia. Co chwila słyszę łoskot odpalanego granatnika, terkoczą automaty. Syk lasera przerzyna powietrze gdzieś po drugiej stronie budowli. Za chwilę słyszę kroki na korytarzu. - Padnij - wrzeszczy ktoś zza drzwi mojej celi. To do mnie. Rzucam się na kamienie. Eksplozja sprawia, że podłoga dygocze, oślepia błysk. Drzwi z gwizdem przelatują pomieszczenie i uderzają w ścianę. Właz wypełnia dym.
    - Witaj bracie ! - ktoś się odzywa, a ja z nieskrywaną radością poznaję ten głos. Zawsze lubiłeś takie wejścia Belial - odpowiadam mężczyźnie w hełmie z lustrzaną przesłoną. - Ruszaj sie braciszku - mówi Belial. Udało się ale stary ma w gotowości kilkadziesiąt uzbrojonych Lądowników, nie myśl, że daruje nam takie wyczyny.
    - Dziękuje - mówię, a on kiwa głową.
    - Polecam się na przyszłość - odpowiada.
    Wychodzę z pomieszczenia. Na korytarzu widzę kilkunastu żołnierzy. Salutują mi. Uśmiecham się. Ale dreszcze dopadają mnie błyskawicznie. Radość pryska. Myślę o Lilith. Gdzie ona jest? - pytam - Była tu kobieta - mówię do oddziału. Belial, strzelając od niechcenia dobija leżącego strażnika i spogląda na mnie z zaciekawieniem.
    - Kobieta? - powtarza po mnie.
    - Tak, znajdźcie ją - wydaję polecenie. Belial kiwa głową na swoich ludzi. Rozchodzą się. Wychodzimy na dziedziniec i zmierzamy do Hamsuna z niebieska gwiazdą na ogonie. Gwiazda poranna - myślę. Na pochylni włazu stoją uzbrojeni ludzie. Patrzę w znajome twarze.
    - Macie wyczucie chłopaki - mówię - Było na styk.
    - To miała być niespodzianka - odpowiada jeden z nich, potężnie zbudowany młody mężczyzna imieniem Set.
    - A oto i twoja kobieta - zwraca mi uwagę Belial. Patrzę na dziedziniec. Od strony piwnic żołnierze prowadzą Lilith. Dziewczyna jest wyraźnie przerażona. Macham do niej. Kiedy podchodzą bliżej patrzę w jej oczy.
    - Potem się oświadczysz - przerywa błyskawicznie Belial, Wszyscy do maszyn. Piloci nadają już komunikaty do innych lądowników. Zza ruin twierdzy wychylają się dwa pękate kadłuby. Ruszają wolno i przechodzą tuż nad nami. Po chwili dołączamy do nich my i dwa inne. Wysoko nad pustynią piloci równocześnie przechodzą na ciąg nuklearny. Przyśpieszenie zapiera nam dech. Jestem wolny.
    - Wiesz, że stary ostatecznie zbombardował wszystkie eksperymentalne ogrody? - bardziej obwieszcza niż mnie pyta Set, kiedy maszyny pędzą w szyku nisko nad zachodnim oceanem.
    - Nawet Eden? - pytam z niedowierzaniem. - Wypędził ich przecież i zabronił im pomagać. Kazał wstawić w bramę dla postrachu ten przeklęty laser! Po co ich uczyliśmy być nami? Bardziej tylko cierpieli. Wiedzieli co on im odbiera.
    - Tak jak my - dodaje Samael, jeden z naszych dowodzących. - Pamiętaj, że w ich obronie wszczęliśmy bunt... - mówi cicho - Za to strącili nas z nieba - odpowiadam nie kryjąc ironii.
    - To jeszcze nie koniec - dodaję w myślach.
    - Żałujecie czasem, że wystąpiliśmy w ich obronie? - pytam .
    - Oczywiście - odpowiada z uśmiechem Samael - Brakuje mi trochę luksusów ze statku .
    - Ale tak było trzeba... - dodaję po chwili - Z reszta wielu ochroniliśmy i teraz są w naszych bazach. Kształcimy ich i będą walczyć w naszych szeregach.
    - A te kobiety - wesoło przerywa mu Belial - Po prostu NIESAMOWITE !
    - Też się uśmiecham i dyskretnie spoglądam w kierunku siedzącej w drugim rzędzie foteli Lilith.
    - O tak - odpowiadam przyjacielowi


Strona główna   Szuflada   Skomentuj