Jak poszukiwałem najbardziej niezwykłego stworzenia w Chorasanie
Autor: Nyhariel
Html: skrypt by pBT
Fauna.
Dostałem zlecenie, które potraktowałem jako punkt honoru: odnaleźć najbardziej niezwykłe stworzenie w Chorasanie. Inni adepci sztuk magicznych rozpełzli się jak robactwo po wzgórzach i krzakach opasujących naszą krainę, ja natomiast udałem się do centrum miasta. Zapytacie pewnie, dlaczego? A tak sobie, z lenistwa. Po co mam odkrywać dawno odkryte? Wystarczy spytać u źródła... Szkoda tylko, że magiczna kula nie wchodziła w rachubę, bo sieć czasoprzestrzenna to prawdziwa skarbnica wiedzy, ale tylko sprawdzonej. Natomiast przyroda Chorasanu była jeszcze niesklasyfikowana, choć bogato opisywana w literaturze ezoterycznej.
Dochodziłem już do ciemnej bramy starej kamienicy czynszowej niedaleko dworca głównego ChLD (Chorasańskie Loty Dywanami - przyp. red.), gdy nagle usłyszałem za sobą skrzek:
- Wesprzyj biedaka, szlachetny panie.
Już się zamachnąłem moim służbowym kosturem, gdy kątem oka spostrzegłem, że pytający był o trzy głowy wyższy ode mnie. Odwróciłem się i zdębiałem. Przede mną stał smok, ale w tym nie było nic nadzwyczajnego, natomiast ten wyróżniał się tym, że był mikrej postury, miał szaro - ziemistą cerę i w ogóle był jakiś taki ... wyskubany i nastroszony. Hmmmm. Chyba mi brakło słów....
- Szlachetny panie, mistrzuniu o wielki - ciągnął smok. - Poratuj trojakiem na łyczek ,,napalmu''...
W życiu nie widziałem takiego smoczego mizeraka, toteż rozbawiony sytuacją postanowiłem udawać zafrasowanego.
- Taaak? A cóż to trapi twoje błoniaste skrzydła, przyjacielu? - postarałem się nawet o uśmiech.
- Ach, panie czarowny, mistrzuniu mój jedyny! - biadolił smok. - W gardle susza, a jak susza, to nijak ogniem ziać nie można!
- I to jest takie straszne?
- Och, panie czarodziejski, dla smoka to prawdziwa tragedia! - smok stał przede mną przygarbiony i co chwile nieśmiało drapał się - rzekłbym - po jajkach.
- Rozumiem - ciągnąłem dalej rozbawiony - że butelka ,,Napalm Beer'' poprawiłaby ci humor?
- Ależ mistrzu! - podskoczył smok. - Twoja hojność będzie wychwalana aż po wieczór!
Pomyślałem, że chyba był w tym palec Opatrzności, bo pół pacierza przed przybyciem pod kamienicę znalazłem na ulicy srebrnego grennara.
- Naści całego grennara! Starczy na cztery butelki! - smok pochwycił zręcznie niedużą monetę i bijąc pokłony pognał do osiedlowego marketu sieci ,,Trylobit''.
- Dzięki ci, o czarowny, panie, mistrzuniu! - dobiegło mnie z oddali. Po zadziwiająco wyraźnym efekcie Dopplera, byłem pewien, że smok gnał do sklepu ze wszystkich znanych (i nieznanych) sobie tylko sił. Z uśmiechem wstąpiłem w przytulny mrok bramy, by po dwóch piętrach zmagań ze stromymi, sekwojowymi schodami stanąć pod drzwiami z wyraźną wizytówką:
E. LIKSIR
profesor egzobiolgii i paleontologii
autorytet zjawisk paranienormalnych
Zastukałem kołatką w kształcie kwiatu paproci, by po chwili ściskać rękę pulchniutkiego, starszego człowieczka z rozwianą siwą grzywą.
- Profesorze - wymownie spojrzałem na jego sterczące włosy. - Wybuch w laboratorium?
- Nieee.... - uśmiechnął się naukowiec. - Golarka mi wpadła do umywalki i odruchowo chciałem ją wyciągnąć.
- Wstrząsające przeżycie, prawda? - mrugnąłem okiem i zrzuciłem trzewiki. Weszliśmy do pokoju, albo czegoś, co powinno być pokojem. Zresztą całe mieszkanie profesora od dwudziestu lat było zawalone próbkami, preparatami i innego tego typu truchłami, więc nawet stara Strzyga Mabel, która była u profesora gosposią, nie ruszała niczego, co leżało na talerzu w kuchni. Doskonale ją rozumiałem - zbyt łatwo było się pomylić.
- Co cię sprowadza w okresie letniej kanikuły, chłopcze? - profesor ciężko klapnął w nadpruty zębem czasu fotel. Cóż było robić, klapnąłem bez zaproszenia i ja.
- Mistrz zadał zadanie: znaleźć najdziwniejsze stworzenie Chorasanu.
- He, osobliwe! - roześmiał się profesor. - Wszystkie są na swój sposób osobliwe. Obojętne chyba, czy opiszesz Powój McConrada, roślinę mięsożerną, która jest w stanie przetrawić dorosłego jednorożca, czy Zwidka Pospolitego, jaszczurkę - telepatę, czy Smoka Sylfijskiego...
- Smoka Syfo... co?
- Smok Sylfijski, albo, jak kto woli, Smok Niemy. - uczony był w swoim żywiole. - Jest dużo mniejszy od pozostałych gatunków, ma barwę szarą, dzięki temu prawie niewidoczna jest jego łuska. Inne smoki mówią o nich ,,nasi mniejsi bracia''. Nie są zbyt rozmowne, stąd też ich druga nazwa; co charakterystyczne - większość osobników posiada szczątkowe owłosienie tu i ówdzie...
- Aha! - coś zaczęło mi świtać. - I lubią ,,Napalm Beer''.
- Ha! - dłonie profesora pacnęły o poręcze fotela. - Bazyli! Spotkałeś mojego sąsiada?
- Przysiągłbym, że wcale nie był aż takim milczkiem, jak pan go opisał...
- Eeee! Ten to gaduła. Mieszka u nas w oficynie. - tym razem profesor mrugnął do mnie porozumiewawczo. - Chyba nie dałeś mu się naciąć na trojaka?
- Na trojaka? Nie! - odparłem ni to oburzony, choć było to zgodne z prawdą. Smok mnie naciął na grennara.
- Widzisz - uczony wstał z fotela i ze zręcznością lekkoatlety przeskoczył stertę starych ksiąg przyrodniczych. - Bazyli jest odpowiedzią na twoje problemy.
- Przecież to pijaczyna....!
- Och, od razu pijaczyna! - nadął się mój rozmówca. - Jego problem to coś więcej niż zwykły problem alkoholowy.
- ???
- Jakbyś się czuł nie mogąc się wysrać od dwóch księżyców? I to jest odpowiedź na twoje zadanie...
To rzekłszy, staruszek zniknął w (chyba) kuchni.
- Mam opisać Smoka Syfilitycznego?
- Sylfijskiego! - dobiegło mnie z kuchni. Byłem już pewien po dźwięku szklanek. - Nie.
Po chwili pojawił się profesor z dwoma szklankami musztardówkami wypełnionymi bezbarwnym, lekko mętnym płynem oraz kuwetą wypełnioną szarozieloną wodą z wystającym zeń obłym, ciemnozielonym kształtem. Cały ten zestaw wylądował na stole. Gdy staruszek podsuwał sobie fotel, dyskretnie nachyliłem się nad jedną ze szklanek i powąchałem zawartość. Tak jak myślałem - stare akademickie przyzwyczajenia pozostały. Na uniwersytecie naukowcy - i studenci czasami też - pili ze wszystkiego, na co akurat wypadło: zlewek laboratoryjnych, kociołka do gotowania mikstur czarownych, słoików na preparaty, lecz najpopularniejsze były bardzo charakterystyczne, kubełkowate szklanki po musztardzie.
I tak jak podczas studiów, pewien byłem, że w mojej szklanicy jest czysty samogon. Brakowało tylko butelki, ale może staruszek już miał resztówkę... ,,Zdrowie Bazyla!'' - pomyślałem i chlapnąłem całą zawartość musztardówki. Zgodnie z akademickim zwyczajem puste naczynie postawiłem obok nogi od stołu, na podłodze.
- Eeeech, tylko głupoty ci w głowie. - zganił mnie uczony. - Smoka Sylfijskiego nie masz co opisywać. Gdybyś tylko nie spał na moich wykładach...!
Tymczasem alkohol zaczynał działać, choć przyznaję, że był chyba źle przecedzony. Gdzieś między zębami utkwiła mi pestka.
- Jak zauważyłeś, Bazyli miał tu - i - ówdzie odrobinę owłosienia. Jak zauważyłeś, jego gruczoł napalmowy był wyschnięty, przez co nie mógł on ziać ogniem - to dwa. Jak zapewne zauważyłeś, drapał się po owłosieniu łonowym - to trzy. I oto dochodzimy do najdziwniejszego stworzenia w Chorasanie...
- ... do pijanego smoka? - wypaliłem radosnie.
- Choróbcia, jak ty u mnie zdałeś? - zdziwił się uczony. Tymczasem ja złapałem ochoczo za ogórka w kuwecie. - Aha, jednak coś podejrzewasz. Widzisz, to jest wypluwka Smoka Szarego.
Zrobiło mi się trochę nieswojo. Z delikatnym namaszczeniem odłożyłem ,,zagrychę'' do kuwety.
- Spokojnie - ciągnął profesor. - Jak pamiętasz, smoki nie wydalają kału. Pomyśl, jakbyś wyglądał, gdyby sześciotonowy, przelatujący nad tobą smok narobił ci na głowę? Tak więc to, czego smok nie strawi, oddaje w postaci wypluwek - zupełnie jak sowa. W przeciwieństwie jednak do sowy, podczas wydalania wypluwka podrażnia gruczoł napalmowy, przez co - po pierwsze - przelatujący, ziejący ogniem smok jest bardzo atrakcyjnym widowiskiem, po drugie: wypluwka ulega spaleniu i nic nam na głowy nie spada...
- Rewelacyjnie, profesorze. - uśmiechnąłem się kwaśno wycierając ręce w mój czarowniczy płaszcz. - Mam opisać srającego smoka?
- Eeeech! Chyba cię taki smok obesrał! Słuchaj teraz tego. W szklance przede mną pływa około dwudziestu małych żuczków z bardzo długimi nogami. To Coitus Interruptus w stadium dorosłym. Pasożyt. Najpierw, jako jajeczka, te sprytne owady siedzą w wypluwce Smoka Sylfijskiego. Wypluwka - dzięki wysuszeniu gruczołu napalmowego przez działanie dorosłych osobników pasożyta - spada na ziemię. Tam gnije, natomiast z jajeczka wykluwa się larwa z długim, twardym noskiem. Larwy mam w preparacie numer dwa.... tylko gdzie on jest?... przysiągłbym, że przyniosłem dwie szklanki z preparatami?....
- Ależ skąd! - bąknąłem nieco gardłowo, bo poczułem, że żołądek podchodzi mi powoli do gardła.
- Mniejsza z tym. - mruknął staruszek i dalej popadał w naukowy amok. - Larwy przypominają dobrze nam znanego tęgoryjca (rodzaj pasożyta, wyst. głównie w Afryce - przyp. red.), z tą różnicą, że atakuje on tylko młode parzystokopytne. Kiedy np. taka owieczka stanie na nim, on wwierca się w kopyto i poprzez nogi dostaje się do krwiobiegu. Następnie żyłami, aż do oka, gdzie siedzi i czeka, aż owieczkę zaatakuje smok. Chyba przyniosę ci wody, bo aż tak zielonego, to widziałem cię tylko podczas sekcji latającej jaszczurki.
Uczony powstał.
- Nie trzeba - powstrzymałem profesora ruchem dłoni. - Proszę kontynuować...
- Jak chcesz. - profesor przysiadł znowu na poręczy fotela. - W przeciwieństwie do tasiemca - mózgojada, ten pasożyt, a właściwie jego stadium larwalne, nie zabija żywiciela i nie mnoży się wewnątrz owczej głowy. Czeka tylko, aż biedną owieczkę pożre jakiś smok. Oczywiście najlepiej dla niego byłoby gdyby to był Smok Sylfijski, ale o tym za chwilę. Wiesz, dlaczego siedzi w oku?
- Blurp! - odbiło mi się ohydnie. Przysiągłbym, że pestka między moimi zębami się poruszyła.
- Na zdrowie - uśmiechnął się uczony, lekko zaskoczony moim nietypowym zachowaniem. - Otóż i nie wprost dałeś mi i sobie odpowiedź. Oko jako część miękka błyskawicznie jest trawiona w smoczym żołądku. Uwolnione larwy - tęgoryjce przenikają poprzez gruczoły łojowe do jedynego miejsca, gdzie mogą się bezpiecznie paść i mnożyć - do owłosienia łonowego. I tam też przyjmują postać dorosłą. Dlatego inne smoki nie cierpią na tę chorobę, bo jak pamiętasz tylko Smoki Nieme posiadają kępki włosów.
- A czy larwy nie mogą ulec strawieniu? - zapytałem pełen nadziei.
- Niestety, ich pancerz to organiczna kombinacja chityny, tytanu i duralu. Twarda jak ruska rakieta! Za cholerę nie można jej ruszyć kwasami żołądkowymi, nawet smoczymi!
- A więc te pasożyty to... - nie chciałem za Chińskiego Boga dokończyć tego zdania z obawy przed narastającą we mnie potrzebą puszczenia pawia.
- ... zwykłe mendy. - dokończył profesor z uśmiechem. - Dorosłe osobniki gryząc żywiciela wstrzykują mu jad osuszający gruczoły napalmowe, stąd też u zarażonych smoków takie potężne uczucie kaca. Ot i cała tajemnica Bazyla! Biedak po prostu ze wstydu, że nie może spalić swoich odchodów, nie może się wysrać...
- Myśli pan - zapytałem z nadzieją w głosie - że solidna porcja piwa napalmowego mu pomoże?
- Eeeeee! - profesor machnął ręką. - Prędzej żołądek sobie chłop zniszczy. To zwykła bryna z aromatem napalmu...
- A może da się to wytrzebić czarami?
- Ten ich pancerz odbija wszelkie złe uroki lepiej niż Lustro Czarownicy.... Uwierz mi!
Po tej całej tyradzie bardzo szybko pożegnałem profesora, dziękując mu oczywiście za ten wyczerpujący wykład. Był lekko zdziwiony moim nagłym pośpiechem, bo w końcu znał już mnie tyle lat.... Jedno mu musiałem przyznać. W całym Chorasanie nie było równie interesujących istot, jak Smocze Wszy Łonowe. Tym bardziej, że uczucie swędzenia -wiecie - w - jakim - miejscu narastało we mnie coraz bardziej.
Prosto z bramy czynszowej kamienicy, gdzie mieszkał profesor pognałem do marketu sieci ,,Trylobit''. Kupiłem całą skrzynkę ,,Napalm Beer'', za całego złotego dukata. Zaszkodzić nie zaszkodzi, ale może pomoże!
* * *
Flora.
Uffff! Całe szczęście po kilku dniach potworne uczucie swędzenia zniknęło, a zadanie Mistrza wykonałem w stu procentach - znalazłem największą osobliwość świata zwierzęcego Chorasanu. No dobra, faunę załatwiłem swędząco .... tzn. śpiewająco, a florę? I owszem, jak trafnie zgadujecie, znów trafiłem pod obdrapane drzwi profesora E. Liksir`a. Tym razem uczony przygotowywał się do wyjazdu, więc niemalże w drzwiach dostałem pięknie oprawione, dwutomowe dzieło o roślinach z dziwnym błogosławieństwem profesora w stylu: ,,A wybierz sobie coś, chłopcze''. No to raźno poczłapałem do domu. Pech - lub, jak kto woli szczęśliwy traf - sprawił, że przy wsypie opału do piwnic kamienicy profesora rosła nieduża paprotka z niebieskawymi kwiatuszkami. Zerwałem dwie gałązki, bo sami przyznacie, że paproć z kwiatkami, to rzadkość. Kiedy dotarłem do domu i pochłonąłem trzy pęta kabanosów z wodnych jaszczurek, otworzyłem pierwsze tomiszcze. Oprócz zgniecionych gałązek paprotki natknąłem się na tytuł: ,,Rośliny Chorasanu'', autor B. Shaeffer*. Po dacie zorientowałem się, że jest to jeszcze dzieło z czasów zanim nastała Gildia Czarów, czyli powstało w innym ustroju politycznym, co tłumaczyło ozdobną oprawę. Teraz już takich nie robią! Odnalezienie paprotki nie zajęło mi dużo czasu, bo był to jedyny gatunek z kwiatkami, natomiast skąpy opis wprawił mnie w zdumienie.
Inclesis Faelicitalis - Paprotka Szczęśliwka, występuje niezmiernie rzadko w południowo Chorasańskim paśmie górskim, wywołuje halucynacje, wprawia w filozoficzną zadumę, a według prastarych podań - podstawowy składnik eliksiru latania. Działanie nie sprawdzone.
Hmmm. Rzadka górska roślina, a ja ją znalazłem bez większych problemów w centrum miasta. Fajnie. No to chyba mogę sprawdzić jej działanie?
Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Cichutko, w tajemnicy przed małżonką zakradłem się do łazienki, zatrzasnąłem drzwi i podzieliłem obdarte listki Paprotki Szczęśliwki na 3 porcje. Jedną zamierzałem wypalić w fajce z morskiej pianki, drugą po prostu zjeść, a trzecią przeżuć. Obok przygotowałem notatnik, pióro i kałamarz pełen atramentu, aby zapisywać na gorąco moje doznania. Na umywalce ustawiłem samopowtarzalną klepsydrę. Zjadłem trochę Szczęśliwki i powiem wam, że była niczego sobie, o ile ktoś byłby na moim miejscu pod postacią królika. Po prostu zwykłe, bezpłciowe zielsko. Nic. Zacząłem drugą porcję przeżuwać, wiedząc, że parzystokopytnym i tak nie dorównam, choćbym się z tym ostro wziął do galopu. Nic. Trzecią część nabiłem do fajki i podpaliłem. Nic, zakopciłem tylko nową mozaikę nad umywalką... Zrozpaczony usiadłem na wannie, wziąłem do ręki pióro i notatnik i.... wtedy zapadła mgła. Nie pamiętam z niej nic, ale oto, co napisałem:
* * *
Jestem na innym poziomie świadomości duchowej - jest to poziom metafizyki, który pozwala na działanie pozornie szybsze od myśli przy niezależności tej ostatniej. Dlatego mogę myśleć idealnie klarownie oraz działać w pozornie (moje wrażenie) spowolnionym tempie. Wynika to prawdopodobnie z faktu, że nie mogę się skupić. Moje ciało może wykonywać polecenia i rozkazy umysłu, ale na zasadzie zapamiętywania polecenia, natomiast w czasie ruchu ciało ma bardzo niewielki kontakt z umysłem, dzięki czemu umysł może myśleć niezależnie o czymś innym - jest to efektem stanu umysłowego, a może raczej upośledzenia. Wszelkie wartości moralne są g... warte. Świat jest inny i jest MÓJ.
Kupa faraona to drobny pikuś i nie ma to żadnego znaczenia, co jest moją myślą przewodnią. Mrau - tak miauczą stare koty, bo ich gardła są przepalone. Gardzi cały świat. Mówi przez oczy jako posestor. Poaweniował bym sobie! Karafela! Moc wybiórcza kwadratu energii równa się masie źródła energii razy współczynnik Kirczocha (zależność energii spalania od czasu procesu) przez kwadrat pola energii zajmowanej. To nowa fizyka w nowej metafizyce. Nowa rasa właśnie powstała i poczęła szukać dziedzictwa. Wspólnymi siłami nadstawimy gardła w walce o kolor naszej skóry. Nasze kobiety nigdy już nie poczują jak bezcześci je mężczyzna innego koloru skóry, nasze pieniądze nie będą ich zdobytą wiedzą; wepchamy im do gardła bajkę o rasizmie - to nie rasizm, to wojna o dziedzictwo kultury i rasy. Wojna bezwzględna, bo albo my ich, albo oni nas! Nakarmimy nimi głodne psy w schroniskach dla bezdomnych zwierząt i tylko taki pies będzie miał prawo powiedzieć: "Ten kolorowy jest dobry!". Zrobimy z nich mięso armatnie w walce z głodem i niewłaściwym zagospodarowaniem dóbr materialnych.
Czyż butelki po denaturacie nie są piękne? Piękniejsze niż ciało kobiety. Kwiaty nie są piękne. Może tylko wtedy, gdy rosną. Kwiatów nie wolno pozbawiać ich środowiska naturalnego, czyli ścinać. Każdy dzban jest dla takiego kwiatuszka, niezależnie od płci, więzieniem. Uwolnić kwiaty z wazonów! Waza do wazowni na wagę!
Czy być zagłodzonym to dyshonor? Gderanie starych bab: ko - ko - ko... Dzioby im się nie zamykają. Mam już ich dość. Zagłodzę je na śmierć. Śmierć przyjedzie czołgiem.
Pranie mózgu to cholerna choroba. Chyba strzelę sobie w łeb. To będzie rozwiązanie optymalne. Miło mi cię widzieć: Boże, czy ty mnie jeszcze kochasz? Patrz, ja kur... płaczę! A ty nic! Czy ja mam aż tak niski iloraz inteligencji? Ta obłuda .... Fuck, fuck, fuck - chomiki tez tak fukają wściekłe.
Nóż do gardła przyłóż cały i wciśnij język do elektrycznej maszynki do mięsa. Ten kotlet będzie miał swoją specyficzną wymowę. Dead. Trup. Nieboszczyk. Przerwa w talencie. Trampki Gogola. Surowy debil. Kołomyja katastroficzna. Kupa wszy łazi mi po pokoju i czeka na swoja kolej. Rozpoczyna się rozkład ciała... robaki, sępy...to moi znajomi.
Moje przygnębienie sięgnie zenitu i wtedy koniec. Mam dla was hipokryzję i zdradę. Ten świat nie opiera się na niczym innym. Rządzi nim d..., pieniądz i Bóg. W takiej właśnie kolejności. Galwanizacja d... . Aby gówno miało poblask wypolerowanego brązu... bre... chrzanię to.
Czy śmierć jest rozwiązaniem problemów? Jeśli tak, to cztery piąte ludzi na ziemi powinno wyskoczyć ze swoich okien. Wiem, ze to wszystko wina tych cholernych krasnoludków, które po nocach szurają szafami. Gdy słyszę o miłości robi mi się absolutnie niedobrze. Rzygać się chce, a bebechy same wywracają się na wierzch. Miłość jest przecież skutkiem chemii, a taka jaka opiewają poeci jest tworem całkowicie sztucznym. Czy można się zachwycić czymś co jest sztuczne ? Chyba nie. To czemu cały świat jest omamiony taką idiotyczną euforią miłości ? Dlaczego ludzie tak często obsypują się tym wyświechtanym frazesem w stylu "kocham" (pana, panie Sułku!)? Jeżeli nie jesteś maszyną, jak ja, to powinieneś wiedzieć, co znaczy miłość. Powinieneś znać smak i kolor tego uczucia. Ja go nie znam, wiec jestem maszyną. Cogito ergo sum - nie znam miłości, więc jestem maszyną.
To pachnie tak mocno, jak łąki jesienią, gdy trawa spoczywa ścięta spokojem sierpów. Bezsensownym jest poznawanie tego, co nie powinno być poznane. Zostaw Bogu, co boskie, ludziom, co ludzkie. Czy moje inne spojrzenie na świat wynika z przekroczenia ciemnej bramy?
Trzy gracje zebrały się, aby mnie opłakiwać. Pierwsza z nich nosi w sercu obojętność, druga żal niespełnionych chwil, trzecia nadzieję. Wszystko ma swój początek i kres. Potrzebny mi teraz tylko kres. Nawet nie wiem, co to znaczy. Krew jest tym, co może łączyć i dzielić. Nikt nie wie, jaki to ma wpływ na życie, ale jest to tragiczne. Dlaczego świat tak wariuje? Po co to wszystko istnieje? Czy to ma sens? Czy istnieje sens szukania drugiego człowieka, po to tylko, aby przesłać dalej odrobinę zepsutej krwi? Na to pytanie nigdy nie będzie jednoznacznej odpowiedzi. Ktoś jednak musi być winny za to wszystko! Nic przecież nie dzieje się bez przyczyny, a każda przyczyna musi mieć swojego animatora... I oto dochodzimy do najważniejszego pytania ludzkości: dlaczego. Może raczej: za ile? Jaką cenę przyjdzie nam zapłacić za nieudane eksperymenty dokonywane przez Boga? W ciszy, w spokoju będziemy umierać powoli. Shit, czyli wartość nadrzędna w egzystencji człowieka...
* * *
Przytomność umysłu wróciła mi, kiedy po raz kolejny usłyszałem odległe łomotanie.
- Czego? - krzyknąłem w kierunku drzwi.
- Sprawdzam, czy żyjesz - odparła moja Pani. Widzicie? Troszczy się o mnie, to znaczy, że kocha.
Popatrzyłem na klepsydrę - właśnie piasek dosypywał się do końca.
- Kochanie? - doleciał głos mojej lubej. - Co ty tam robisz?
- Eeeeee.... nic. - odparłem wysypując szybko popiół z fajki do umywalki. - Golę się.
- Aha, no dobra. Ale trzy dni?!
W książce profesora dopisałem tylko na odpowiedniej stronie: ,,Roślina absolutnie nieprzydatna do niczego''. Jak myślicie, dlaczego? Po moim wytrzeźwieniu eliksir latania zaczął działać. Latałem dokładnie przez tydzień, potem objawy biegunki ustąpiły jak ręką odjął. Ot i cała tajemnica!
* Bogusław Szafer ,,Rośliny Polskie''