Kolor tła: Kolor tekstu:

   Łowca

Autor: Frikus
Html: skrypt by pBT


    Koń cwałował. Pedro czuł już na sobie oddech bandyty, ale miał jeszcze niewielką na­dzieję, że uda mu się uciec. Konie pozostałych dwóch nie traciły dystansu. W wieczornej sza­rówce widział tylko zarysy leśnej dróżki, ale strach nie pozwalał mu się mylić. Przeszywający dreszcz mdlił go, jednak zachował resztki przytomności wystarczające, by utrzymać się w siodle. Usłyszał świst strzały. Chybiła. Serce podskoczyło mu pod gardło. Drugi świst. Przeszywający ból w plecach. Strzała utkwiła mu w łopatce, ale on pędził dalej. Jechał bez celu, bo i tak już nie miał szans. Krzyczał głośno, żeby choć trochę zagłuszyć paraliżujący ból. Najbliższy zbir wyciągnął miecz z pochwy i przygotował się do cięcia. Koń uciekającego z każdym metrem słabł.
    - Jeszcze trochę Ori, dasz radę! - krzyknął Pedro.
    Koń nie dał rady. Upadł wraz z jeźdźcem pod ogromnym dębem. Trzej bandyci zsie­dli z koni. Ci dwaj, którzy mieli łuki, przewiesili je przez ramiona. Ten uzbrojony w miecz podszedł spokojnym krokiem do wykrwawiającego się pod drzewem człowieka.
    - Kogo my tu mamy? - zapytał z nieukrywaną ironią.
    Pedro czuł jak ulatuje z niego życie. Nie czynił sobie nadziei, że przeżyje dzisiejszą noc. Ból nie ustawał, krew płynęła obficie, a siły miał coraz mniej. Cierpiał tak, jak nigdy przedtem i miał ogromną ochotę to cierpienie zakończyć.
    - Ygh... do... bij - wyparsknął opluwając krwią but łotra.
    - A dobiję, dobiję. Tylko najpierw ty oddasz mi wszystko, co masz. Zgadzasz się na taki układ?
    - Zostaw go Rębajło - rzekł jeden z łuczników - Po stroju widać, że to ktoś znaczny. Weźmiemy za niego duży okup. Myszka, opatrz go!
    - Się robi, Cykada - odparł chropowatym głosem drugi, znacznie niższy od tamtego łucz­nik.
    Poszkodowany mdlał. Ból obezwładniał całe jego ciało. Głowę rozrywało pulsowanie przerażającej mocy. Krew sączyła się na ziemię. W oczach ciemniało. Wolał, żeby Rę­bajło go dobił.
    Myszka zdjął chustkę z głowy i złożył ją w kostkę, aby zatamować krew młodzieńcowi. Podszedł do niego i przekręcił go na bok. W tym momencie coś zaszeleściło, świsnęło, a Myszka wydał z siebie krótki przeraźliwy jęk i padł na wznak, przygniatając nogi swojemu pacjentowi.
    - Co to było? - spytał Rębajło, odwracając się do Cykady.
    - Łowca. Kryj się! - krzyknął bandyta, który sam pobiegł szybko w stronę Pedra.
    Był już pod dębem. Zepchnął trupa Myszki z nóg leżącego. Chciał go podnieść. Nie zdążył. Nadlatująca strzała przebiła mu gardło.
    Pedro nadal słabł. Czuł nadchodzącą śmierć. Ból, zamiast ustawać, opanowywał coraz to nowe części jego ciała. Jęcząc rozpaczliwie, patrzył jak Rębajło dosiada swojego konia, jak odjeżdża kawałek tylko po to, by za chwilę spaść z rumaka przebity strzałą. Zamknął oczy. Zemdliło go. Zwymiotował. Zmysły mu się pomieszały. Nic już nie wi­dział. Nic nie słyszał. W głowie mu wirowało. Czuł tylko wypływającą z rany krew. Tylko krew, tylko ból, tylko cierpienie... Pedro stracił przytomność.
   
   

* * *

    Otworzył oczy. Rozejrzał się dookoła. Leżał na sienniku w niewielkim, słabo oświetlonym mieszkaniu. Ogar­nęło go dziwne uczucie. Nie wiedział, co tu robi, ani skąd się tu wziął. Natomiast jednego był pewien:
    - Przeżyłem - rzekł sam do siebie.
    - Cieszę się - odpowiedział mu głęboki męski głos.
    Pedro poderwał się, próbując usiąść na łóżku, ale przeszkodziło mu w tym nagłe ukłucie w plecach. Syknął z bólu i cofnął głowę na pierzasty jasiek.
    - Leż spokojnie - mówił dalej tajemniczy głos - Jesteś jeszcze słaby.
    Ranny podniósł wzrok i dopiero teraz zauważył, że w pomieszczeniu oprócz niego jest inny mężczyzna. Był wysoki, dobrze zbudowany, o zielonych oczach i białych jak mleko włosach sięgających mu po łopatki. Miał na sobie skórzany pancerz z licznymi ćwiekami i takież same spodnie. Zza pleców jego wystawał kołczan ze strzałami.
    - Kim jesteś? Gdzie ja jestem? Co tu się w ogóle dzieje?
    - Za dużo pytań na raz - odparł nieznajomy. - Odpowiem na nie, ale pozwól, proszę, że najpierw ja zadam ci pytanie. Co to byli za ludzie, którzy cię wczoraj ścigali?
    - A czemu mam ci odpowiadać?
    - A masz inny wybór?
    Zastanowił się. Rzeczywiście, nie miał innego wyboru.
    - Nie znam tych ludzi. To pewnie zwykli łotrzykowie napadający na karawany. Zatrzy­mali mnie na trakcie. Było ich około dziesięciu. Dobytek mi zabrali, a moich towarzy­szy wycięli w pień. Tylko mnie udało się uciec. Pojechało za mną trzech. Gdyby nie ty... Bo to ty ich zabiłeś prawda?
    - Tak, to ja. Gdzie zmierzasz, jeśli wolno zapytać?
    - Do Królestwa Walabrii. Czy jestem już na jego terenie?
    - Tak, ta część puszczy, w której znajduje się mój dom należy już do króla Hansa.
    - Kogo? Gdy wyjeżdżałem z kraju, rządził tu Keln.
    - Keln zmarł 4 lata temu. Ile lat nie było cię w kraju?
    - Osiem. Gdy byłem czternastolatkiem ojciec posłał mnie do Szkoły Rycerstwa i Walki w Aeving. Teraz wracam i zamierzam zaciągnąć się do ar...
    Pedro nie dokończył, ponieważ przypomniał sobie o swoim kiepskim położeniu. Spojrzał na poważną twarz białowłosego.
    - Puścisz mnie wolno? - zapytał nieśmiało.
    - Jeszcze o tym nie zdecydowałem. Zresztą nie wiem, czy to by było dla ciebie takie do­bre. Po Szarej Puszczy grasuje teraz wiele elfów niezbyt przyjaźnie nastawionych do ludzi.
    - Elfów? Czyżby rozszerzyli swoje terytorium na północ?
    - To nie są Leśne Elfy. To uciekinierzy z miasta, którzy nie wytrzymali życia w ciągłym strachu, na jaki są tam narażeni.
    - Nie rozumiem.
    - Ja też nie rozumiem, ale postaram się objaśnić ci sytuację, jaka panuje w Walabrii. Wszystko zaczęło się od tego, że w Rockhampton zamordowano burmistrza. Okazało się, że sprawcami zbrodni byli dwaj przedstawiciele elfiej rasy: Alae i Arath z Meve. Wiesz, że w Rockhampton elfów jest całe mnóstwo, więc zaraz posądzono ich, że najęli swoich ziomków z Meve, aby przejąć władzę w mieście. Ci zaś, chcąc unik­nąć podejrzeń, sami podjęli się znalezienia i ukarania zabójców. Zrobili to i podejrze­nia rzeczywiście znikły, ale nienawiść ludzka została. Nie tylko w Rockhampton, ale i w innych miastach elfów traktuje się teraz jak zwierzęta. Są bici i torturowani. Trudno jest im wyjść na ulicę, a zdarzają się też napady w domach prywatnych. Niektórzy burmistrzowie w swoich grodach urządzają na nich polowania.
    - A co na to policja? Sądy? Trybunały? Czy ci ludzie nie są karani?
    - W większości przypadków są uniewinniani za niską szkodliwość czynu. Częściej ka­rane są elfy i to za byle głupstwa. Gdy elf w swojej obronie zabije napastnika, jest ska­zywany na śmierć. W takiej sytuacji prześladowani musieli schronić się w puszczy. Myśleli, że będą tu bezpieczni. Mylili się. Ludzie nie wahają się napadać ich w lasach, choć oczywiście ich niecne czyny mają tu mniejsze szanse powodzenia. Ponadto nagle odezwał się król, który wcześniej nie zabierał głosu w tej sprawie. Oskarżył uciekinie­rów o dążenie do utworzenia własnego państwa. Oczywiście jest to pretekst do walki. Tylko patrzeć jak wpadnie tu z wojskiem.
    Pedro zamyślił się. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego jego pobratymcy tak czynią. Wstydził się za nich, a żal mu było elfów, które przecież nic nie zawiniły.
    - Posłuchaj mnie - odezwał się znowu białowłosy. - Dam ci teraz lekarstwo. Sprawi ono, że będziesz spał cały dzień i obudzisz się dopiero jutro rano. Wrócą ci wszystkie siły, a wtedy pomyślę, co z tobą zrobić.
    - Dobrze, ale mieliśmy się sobie przedstawić. Ja jestem Pedro Monteros syn Flawia, het­mana wojsk Walabrii Wschodniej, a ty?
    - Możesz mnie nazywać jak chcesz - odparł białowłosy - Elfy nazywają mnie Keleb Draug, co znaczy: Srebrny Wilk. Krasnoludy zwą mnie Graugh Melet, czyli Leśny Wiatr. Ludzie zaś mówią na mnie: Łowca.
   
   
* * *

    Pedro obudził się wczesnym rankiem. Założył swoje skórzane spodnie i zaplamiony krwią płaszcz z kapturem. Teraz dopiero uświadomił sobie jaki był głupi, że wybierając się drogą przez las, nie założył zbroi. Denerwował go fakt, że nosił ją teraz któryś z tych parszy­wych bandytów. Gdy się ubrał, do mieszkania wszedł Łowca.
    - Streszczaj się, zaraz mogą przyjechać tu elfy. Gdyby cię tu zobaczyli, posądziliby mnie o zdradę.
    - Pomagasz elfom?
    - Tak, pomagam.
    Łowca dał mu gniadego konia, sam dosiadając pięknego kasztana. Jechali wąską i krętą dróżką. Dłuższy czas milczeli, ale w końcu Pedro przełamał się i zapytał o sprawę, nad którą cały czas się zastanawiał.
    - Łowco?
    - Hm?
    - Gdy byłem jeszcze dzieckiem, nie sposób było o tobie nie usłyszeć. Strach było wtedy wejść do puszczy. Przynajmniej raz w miesiącu przywożono z lasu czyjeś zwłoki. Niejeden wyjeżdżał stamtąd na wpół żywy. Wielu postradało zmysły i do samej śmierci widzieli wokół siebie latające strzały. Mówiło się wtedy, że w puszczy grasuje Łowca. Tymczasem ja widzę ciebie jako bohatera pomagającego słabszej rasie prze­żyć. Tobie też zawdzięczam swoje życie. Powiedz mi; czy ty jesteś tym samym Łowcą, który wtedy bezlitośnie zabijał podróżujących lasem ludzi?
    - Tak, to ja. Ale już całkiem odmieniony.
    - Czemu się zmieniłeś?
    Białowłosy zamyślił się przez chwilę.
    - Na to pytanie nie mogę ci odpowiedzieć.
    Gdy dojechali do głównego traktu Łowca zwrócił się do Pedra:
    - Musimy już się pożegnać. Ty gnaj do domu. Twoja rodzina pewnie bardzo się ucieszy na twój widok. Ja wracam do swoich obowiązków. Elfy już pewnie na mnie czekają. Przed odjazdem chciałbym cię jednak o coś poprosić.
    - Uratowałeś mi życie. Zrobię, co tylko zechcesz.
    - Nie mów nikomu, że to ja cię uratowałem. Jeżeli możesz, w ogóle o mnie nie wspominaj.
    - Dobrze, stanie się, jak sobie życzysz.
    - A więc żegnaj Pedro synu Flawia. Jak to mówią krasnoludy: szerokiej drogi!
    - Żegnaj Łowco. Będę ci wdzięczny do końca życia i jeśli jeszcze kiedyś się spotkamy, możesz być pewien, że nie odmówię ci pomocy.
   
   
* * *

    Pedro zastał w domu ojca, matkę i swoje siostry przy niedzielnym obiedzie. Gdy tylko pokazał się w drzwiach, wszyscy rzucili mu się w ramiona, a wieczorem wyprawiono ucztę, na którą zjechali sąsiedzi, rodzina oraz znajomi hetmana Monterosa.
    Dwa dni później Flawio zabrał syna na obrady wojskowe zwołane przez króla Hansa, który zaszczycił swoją obecnością miasto Rockhampton. Jechali powoli zatłoczonym gościń­cem. Mijali krainy o monotonnym krajobrazie. Gdy nastało południe, zatrzymali się w przydrożnej ta­wernie, aby troszeczkę odpocząć. Zajęli miejsce przy dwuosobowym stoliku. Pedro spojrzał w stronę lady. Jakiś szczupły osobnik w zielonym skórzanym płaszczu mówił coś karczma­rzowi na ucho. Miał długie blond włosy wystające spod żelaznego szyszaka, pod którym nie zdołał także schować charakterystycznych spiczastych uszu. Był to elf. Chłopakowi przy­pomniał się Łowca. Pomyślał o uciskanych elfach kryjących się w lasach. Przypuszczał, że ten także tam zmierza. ,,Oby udało mu się stąd uciec'' - pomyślał. Nagle drzwi gospody otwo­rzyły się z hukiem i weszli przez nie dwaj potężni, niechlujnie wyglądający mężczyźni.
    - Piwo! - warknął jeden z nich.
    - A ty co tu robisz? - zwrócił się do elfa drugi.
    - A... czy my... się znamy? - odpowiedział niepewnym głosem.
    - Pytam się, śmieciu, co robisz w porządnej karczmie! Nie wiesz, którędy do lasu?
    - Ale panowie... spokojnie... ja zaraz wychodzę.
    - Raczej cię wyniosą! - ryknął zbój, po czym grzmotnął elfa pięścią w twarz.
    Ten upadł z hukiem na podłogę. Napastnicy zaczęli go bezlitośnie kopać.
    - Ojcze, jemu trzeba pomóc - rzekł Pedro.
    - Uspokój się. To elf - odparł Flawio
    Chłopaka to nie przekonało. Energicznym krokiem podbiegł do walczących i wyciągnął szablę z pochwy. Jeden łotr obejrzał się. Młody Monteros ciął go prosto w łysą głowę. Drugi, widząc co się dzieje, wyciągnął rapier. Pedro wykonał cięcie zamachowe. Zbir sparował cios i poniesiony impetem zaatakował tułów młodzieńca. Ten umknął broni przeciwnika klasycz­nym półobrotem, następnie zamarkował cięcie krzyżowe, lecz w ostatniej chwili zrobił zwód i pchnął zbója ,,z wypadu'', przebijając mu klatkę piersiową.
    Do chłopaka podbiegł blady jak ściana ojciec.
    - Co ty... ? Co ty zrobiłeś?
    - Obroniłem go ojcze. Muszę teraz jechać opatrzyć mu rany. - rzekł Pedro, wskazując na ledwo dyszącego elfa.
    - Zwariowałeś?
    - Ojcze nie martw się o mnie. Mam dwadzieścia dwa lata. Wiem, co robię. Jedź na naradę. Jutro rano będę w domu.
    Wziął elfa na ręce i wsadził go na siodło. Jechał galopem, ale do chatki Łowcy dotarł do­piero późnym wieczorem. Dom był otwarty, lecz właściciela w nim nie było. Pedro położył poszkodowanego na łożu i zaczął szukać lekarstwa, które sam niedawno pił. Rozpoznał na stole szklaną butelkę. Był tam też jakiś liścik napisany w języku elfów. Pedro nauczył się tego języka w Aeving. Napis głosił: ,,Srebrny Wilku, szpiedzy donoszą, że król zwołał w mieście naradę. Podobno planuje atak na obóz w Modrzewiowym Gaju. Przybywaj na­tychmiast!''
    - Keleb Draug? - zapytał leżący na łożu elf.
    - Nie Wilka tu nie ma. Wyjechał.
    - Olean die?
    - Kim jestem? Nazywam się Pedro. Jestem przyjacielem. Posłuchaj. Dam ci teraz lekar­stwo. Będziesz po nim długo spał, ale potem poczujesz się lepiej.
    - Jae Pedro, melon.
    Gdy chory wypił lekarstwo, młody rycerz wsiadł na konia i ruszył do Modrzewiowego Gaju. Jechał szybko, ale nie spodziewał się, że walabryjskie wojsko będzie dużo szybsze.
    Wjechał na wzgórze. Na południu, w miejscu, gdzie las był rzadszy, zobaczył spory obóz otoczony drewnianą palisadą. Od zachodu, naprzeciw obozu, czerniło się wojsko. Postanowił podjechać bliżej i skryć się w pobliskim gąszczu. Na czele walabryjskiej armii stało trzech ludzi. Rozróżnił tam: króla, swojego ojca i hetmana Walabrii Zachodniej - Griega. Jakiś człowiek zmierzał pod bramę obozu. Zapewne poseł.
    - Buntownicy! - krzyknął. - Król Walabrii pragnie rozmawiać z waszym przywódcą!
    Brama została otworzona. Wyjechał przez nią dostojny elf w towarzystwie dwóch osób. Jedną z nich był Łowca.
    - Słucham w imieniu wszystkich elfów tu obecnych - odezwał się dostojny wódz.
    - Ja, król Walabrii - zaczął Hans - Oskarżam was o bunt...
    - A ja! - krzyknął Pedro wyjeżdżając zza krzaków - Oskarżam ciebie wielmożny królu i was zebrani tu ludzie, o zło, rasizm i niegodne traktowanie równej nam rasy, a także o bezpodstawne napadanie na niewinnych elfów!
    - Co to za smarkacz? - spytał król - Czy to nie twój syn Flawio?
    - Tak, jestem Pedro Monteros syn Flawia i powiem wam coś! Elfy zawsze pomagały nam w walkach z orkami i goblinami! Zawsze byli po naszej stronie! Jaka ich za to nagroda spotyka? Dlaczego odpłacamy im za to przemocą? Dlatego, że dwóch z nich zabiło jakiegoś burmistrza? A ilu ludzi jest mordercami? W czym my jesteśmy od nich lepsi?
    - Królu - odezwał się Flawio, rzucając Hansowi hetmańską buławę pod nogi. - Mój syn ma rację. Zrzekam się dowództwa. Nie będę mordował niewinnych. Kto myśli tak samo jak ja, do mnie!
    Cała chorągiew przeszła na stronę Flawia. Widać, jak bardzo miłowali swojego hetmana.
    - Dość tego! - krzyknął król - Monx, zabij smarkacza!
    To wydarzyło się w ułamku sekundy. Żołnierz wypuścił strzałę. Pedro poczuł, jak jakaś osoba bierze go w ramiona i zakrywa swoim ciałem. Człowiek ten wydał z siebie cichy jęk i upadł na ziemię. Pedro spojrzał mu w twarz. To był Łowca.
    - Do ataku! - krzyknął Flawio i jego chorągiew uderzyła na wojska królewskie
    Pedro pochylił się nad Łowcą.
    - Żyjesz?
    - Żyję, Pedro - mówił ciężkim głosem - Ale za chwilę umrę. Spełniło się moje przeznacze­nie. Jak sam wiesz, kiedyś napadałem na niewinnych. Byłem zły. Dostałem jednak jeszcze jedną szansę, aby dostać się na Drugi Brzeg. Teraz moja dusza spo­cznie w pokoju. Posłuchaj. Twój ojciec dziś zwycięży. Przejmie władzę.
    - Co ty mówisz?
    - Posłuchaj! Będziesz jego następcą. Musisz rządzić Walabrią mądrze i sprawiedliwie. Masz za zadanie odnowić przyjaźń między zwaśnionymi rasami. Niech twoją bronią nie będzie oręż, bo zło można pokonać tylko dobrem. Musisz pokazać innym, że z każdym można dzielić się miłością, niezależnie od jego rasy, wyzna­nia czy po­glądów. Pewnie nie raz popełnisz błąd, bo tylko ten ich nie popełnia, kto nic nie robi, ale zaw­sze wtedy przypomnij sobie moje słowa. Obiecaj mi to.
    - Obiecuję.
    - Więc żegnaj, przyjacielu. Do zobaczenia na Drugim Brzegu.
    - Żegnaj Łowco. Nigdy o tobie nie zapomnę.
   


Strona główna   Szuflada   Skomentuj