Kolor tła: Kolor tekstu:

   Masa krytyczna

Autor: Chris Cook, www.netspace.net.au/~alia
tłumaczenie: Zero, reisen@poczta.onet.pl
Html: skrypt by pBT


   
    Poza czernią międzygwiezdnej pustki leży domena chaosu. Światła i kolory migoczą i rozmywają się, przyciągając nieostrożne spojrzenia zapraszające mieszkańców tego świata do odpowiedzi. W tym miejscu myśl jest rzeczywistością, marzenia i koszmary nieprzeliczonych miliardów dusz walczą o dominację. Tutaj ograniczające śmiertelników reguły nie znaczą więcej niż kaprys.
    W tym morzu dusz dryfuje drobny kształt, samotny emisariusz rzeczywistości w nierealnym świecie. Pośród wirujących mas energii i myśli kształt cicho porusza się, jakby świadomy, że może tu istnieć tylko dopóki pozostanie niezauważony. Gdy zbliża się, pozwalając się wciągnąć prądom warpu, daje się zauważyć nieznaczne migotanie tarczy otaczającej długi, pozbawiony wdzięku kadłub, poznaczony dekadami służby w bezlitosnych otchłaniach przestrzeni. Przez chwilę jest dość blisko, by zobaczyć masywne silniki jonowe, pojedynczy reaktor jądrowy ukryty za ciężką tarczą antyradiacyjną, rzędy ładowni, światła znaczące życie wewnątrz statku, opancerzony dziób z imieniem "Silver Lance". Potem znika, rozpływając się w immaterium równie nagle jak się pojawił. Jego śladem podąża garstka istot stworzonych ze strachu i nienawiści, lecz na razie trzymają się z daleka.
   
    ***
   
    - Czy mój kod genetyczny jest stabilny?
    - Tak.
    Wewnątrz "Silver Lance" dwoje spośród garstki pasażerów ignorowało widok z niewielkiego bulaja, koncentrując się na bardziej przyziemnym otoczeniu własnej kabiny. Po jednej stronie niewielkiego pomieszczenia znajdowała się pojedyncza walizka, otwarta, wewnątrz której znajdowało się kilka cienkich jak igły ostrzy, kolekcja kryształów o dziwnych kształtach i zdobiona rękawica oznaczona symbolem czaszki i sztyletu.
    - Zginęłam w bitwie?
    - Nie.
    Naprzeciw nich, za opancerzoną postacią siedzącą przy jedynym biurku w kabinie, adept Administratum leżał na niższej z dwóch koi, z oczami zamkniętymi w koncentracji. Przy dokładniejszym spojrzeniu widoczne stałyby się niespójności tego opisu. Większość skrybów z Administratum nie było kobietami ani nie nosiło pod togą synskóry. No i nie rozluźniali się przez wyrównywanie kryształowego elementu siekacza nerwów, jak właśnie zdawał się robić ten.
    - Zostałam zamordowana?
    - Cholera. Tak.
    Kryształ z trzaskiem wskoczył na miejsce, na chwilę rozjaśniając się błękitną poświatą, potem wracając do swego normalnego wyglądu.
    - Night Haunter.
    Inkwizytor Vail wzruszyła ramionami w geście rezygnacji i odwróciła się od leniwie czytanej tabliczki informacyjnej.
    - Zgadłaś tylko dlatego - powiedziała - że twoja Świątynia ma kapliczkę poświęconą agentowi który go dopadł.
    - Więc - odpowiedziała zabójczyni przychodząc przez kabinę i wkładając siekacz do futerału - następnym razem wybierz coś trudniejszego. - Podeszła do bulaja i wyjrzała, przez chwilę przyglądając się wzorom w warpie. - Zapomniałam już jak tam jasno - kontynuowała. - Nie wiem jak sobie z tym radziłam.
    Vail otworzyła usta chcąc coś powiedzieć, lecz przerwał jej stłumiony huk dobiegający z głębi kadłuba. Natychmiast skoczyła na równe nogi, podczas gdy Liela wyjęła swój siekacz. Zanim Vail otworzyła drzwi kabiny zabójczyni przyjęła wygląd skryby, sugerowany przez jej ubranie. Światła na chwilę zgasły, a po chwili zostały zastąpione czerwonym oświetleniem awaryjnym wzdłuż korytarza. Gdzieś od strony dziobu rozległ się alarm.
    - To zabrzmiało jakby od strony mostka - powiedziała Vail. Obie skierowały się ku centralnemu korytarzowi wiodącemu z sekcji pasażerskiej na pokład kontrolny.
   
    ***
   
    Mostek "Silver Lance" nie był widokiem wzbudzającym podziw, nie dając ani majestatycznego widoku przestrzeni wielkiej jednostki, ani wrażenia mocy okrętu wojennego. Zamiast tego zawierał zestaw ustawionego bezładnie wyposażenia, z dodatkiem dwóch stanowisk wachtowych dostawionych do gotowej całości. Pośród przestarzałych i noszących ślady wielokrotnych napraw systemów sterowania kabina Nawigatora była jedynym elementem wyglądającym na należący do gwiezdnego statku. Lecz teraz jej gładki, doskonały pancerz był rozerwany od środka, delikatne układy rozbite w pył. Ciało Nawigatora, a raczej to co z niego zostało, spoczywało w strzaskanej skorupie.
    Vail przybyła na mostek bezpośrednio za postawnym mężczyzną ubranym w wielobarwny mundur nie mający związku z żadnym znanym jej pułkiem, a który uznała za będący jego własnego pomysłu. Z tego co udało jej się zaobserwować przed odlotem transportowca z Orien Prime mężczyzna był wolnym handlarzem o pewnej reputacji w swojej dziedzinie. Jego imię, Makros, zostało rozpoznane przez kapitana.
    - Co się na kwazara stało?! - zapytał podniesionym głosem. Zbędne pytanie, pomyślała Vail. Jego sposób bycia nie podobał jej się od pierwszego spojrzenia, jeszcze z wcześniejszych obserwacji. Należał do typu który, jak zauważyła, automatycznie uznawał własne prawo bycia obsłużonym przed wszystkimi innymi, bez względu na sytuację. Teraz wyraźnie oczekiwał od kapitana, który właśnie zaczął podchodzić do zrujnowanej kabiny, dostarczenia kompletnego raportu.
    - Nie podchodzić - ostrzegł kapitan. On przynajmniej nie spanikował, lecz Vail wiedziała, że widział gorsze rzeczy jeszcze jako pilot. Sprawdziła jego dane przed wynajęciem miejsca na jego statku, nie chcąc wylądować w krytycznej sytuacji bez przynajmniej jednego kompetentego, wyszkolonego przez Marynarkę oficera. W razie konieczności mogła sobie poradzić z małą jednostką, ale znacznie korzystniej było mieć pod ręką profesjonalistę. Kapitan otworzył woreczek przy pasku i wyjął z niego mały czujnik enrgii.
    - Cholera - mruknął do siebie. Vail przesunęła się do przodu przerywając Makrosowi, który właśnie nabierał powietrza przed wygłoszeniem kolejnego żądania.
    - Bardzo źle? - zapytała. Bez Nawigatora sytuacja nie była dobra. Bez sprawnej kabiny nawigacyjnej była znacznie gorsza. Wyraz twarzy kapitana udzielił jej odpowiedzi, potwierdzając jej przypuszczenia po zobaczeniu strzaskanej skorupy: system nawigacji w warpie został kompletnie zniszczony.
    - Przepraszam... co, na Imperatora?! - głos dobiegł z tylnej części zatłoczonego mostka, gdzie wysokiemu kupcowi właśnie udało się przecisnąć obok Lieli, nadal udającej skrybę, i zobaczyć sytuację na własne oczy. Kapitan wyprostował się i rozejrzał, jakby dopiero teraz dostrzegając zgromadzonych.
    - Mamy problem - powiedział spokojnym głosem, roztaczając aurę autorytetu. Jego głos uciszył okrzyk do jakiego zbierał się kupiec, a Vail specjalnie wycofała się w stronę Makrosa, zmuszając go do spuszczenia z oczu kabiny nawigacyjnej i opóźnienia komentarza, który miał zamiar wypowiedzieć.
    - Rzeczywiście - odezwał się syczący głos zza kupca. Mężczyzna odsunął się, odsłaniając zgarbioną postać okrytą wyblakłą czerwoną togą. Pęk przewodów biegł skądś spod fałdów szaty do nadgarstka jednej z rąk, gdzie znikał pod skórą, a elastyczna rurka prowadziła spod kołnierza do złącza w dolnej części szczęki. W jego głosie słychać było sztuczny poświst, wywoływany przez respirator.
    - Milordzie, właśnie miałem cię wezwać - powiedział kapitan, zwracając się formalnie do Techkapłana. - Wygląda na to, że kabina nawigacyjna została poważnie uszkodzona. Czy będziesz w stanie dokonać napraw? - kapłan przysunął się do zrujnowanej kabiny, obejrzał ją pobieżnie i zwrócił się do kapitana.
    - Będę potrzebował samotności - wysyczał. - Muszę porozmawiać z maszyną. - Kapitan skłonił się krótko i skierował w stronę drzwi, wyganiając przed sobą pasażerów. - Poza tym - dodał Techkapłan - masz na pokładzie Logisa. Jego pomoc może być użyteczna.
    - Poinformuję go o sytuacji, Panie - powiedział kapitan. Dokończył opróżnianie mostka, ominął dwóch servitorów podążających korytarzem za swym panem i zamknął za nimi drzwi mostka.
    - Panowie, - zaczął, podnosząc ręce by uciszyć sprzeciw kupca, - problem jest rozwiązywany. Jego Lordowska Mość naprawi uszkodzony sprzęt i nasza podróż będzie kontynuowana z niewielkim opóźnieniem. W międzyczasie proszę wrócić do swoich kabin.
    - Czekaj no chwilę... - zaczął kupiec, ale kapitan uciszył go spojrzeniem.
    - Muszę zająć się moim statkiem, jak zapewne zdajecie sobie panowie sprawę. Będziecie informowani o rozwoju sytuacji. Teraz proszę opuścić pokład dowodzenia. Mamy na pokładzie misjonarza, zajmie się Nawigatorem. - Vail wysunęła się z pola widzenia handlarza, który po chwili podążył za nią wzdłuż korytarza do przedziału dla pasażerów.
   
    ***
   
    Gdy tylko zamknęły się drzwi kabiny Liela wróciła do swej normalnej postaci i odwróciła się do Vail.
    - To nie była awaria - powiedziała. Vail skinęła głową
    - Widziałam ślady eksplozji. Nic w kabinie nawigacyjnej nie ma takiej mocy, nawet przeciążone.
    - Więc bomba.
    - Najprawdopodobniej - stwierdziła inkwizytorka. - Pytanie brzmi: w kogo była wymierzona?
    - Masz na myśli poza Nawigatorem?
    - Nawigatorzy nie kontaktują się z innymi jeśli mogą tego uniknąć. A jeśli ktoś wewnątrz Gildii pragnąłby śmierci konkretnego Nawigatora, zadziałałby inaczej.
    - Masz na myśli wykorzystałby zabójcę?
    - Najprawdopodobniej. To nie była robota zabójcy, w każdym razie nie imperialnego. Myślę, że chciano obezwładnić statek likwidując sprzęt nawigacyjny. Żadnych szans na zlokalizowanie punktu skoku, żadnego wyjścia z warpu. Ktoś chciał, aby ten statek zniknął.
    - Nie przewozimy żadnego istotnego ładunku, - stwierdziła Liela, - to musi być któryś z pasażerów. Chyba że chodzi o nas?
    - Myślisz że gdyby Imperium wiedziało że któraś z nas jest na tym statku zawahaliby się zestrzelić go z orbity zaraz po starcie z Orien Prime?
    - Słusznie. Więc któryś z pozostałych. Lub kapitan.
    - To mógłby być kapitan, ale ja w to wątpię. Jego dane nie wskazywały żeby miał wrogów, w każdym razie nie z tych zabijających. Makros?
    - Hmm - zamyśliła się Liela - To możliwe. Ja znam go od opuszczenia Orien, a już rozważałam zabicie go.
    - Słyszałam jak rozmawiał z kapitanem w doku - kontynuowała Vail, - mówił że będzie dowodził misją gdzieś na rubieżach, za Okiem.
    - To mógłby być ktoś pragnący to opóźnić.
    - Być może. Raczej nie Logis, jeśli jest choć trochę podobny do tych których spotkałam przypomina chodzącą maszynę logiczną. Taki typ nie robi sobie wrogów, nie więcej niż chowałabyś urazę do rdzenia pamięci. Ale coś mi tu nie pasuje: zostawić statek dryfujący w warpie... - zawiesiła głos wyglądając przez niewielki bulaj. Liela zamyśliła się na chwilę.
    - Widzę co masz na myśli - powiedziała, - to nie gwarantuje śmierci. Gdyby bomba nie wybuchła, albo gdyby statek wysłał sygnał, mamy niezłą szansę wydostania się stąd.
    - Jeśli już o tym mowa, - powiedziała Vail, - kiedy zostaniemy uratowani?
    - Wysłałam nasz plan lotu na ,,Artemis'' przed odlotem. Jakieś dwa dni, plus minus kilka godzin na przeszukanie prądów w warpie. Ale czekaj chwilę, jak zabrałabyś się za niszczenie statku gdybyś miała tylko bombę?
    - Reaktor nie byłby najlepszy - stwierdziła Vail po chwili zastanowienia, - servitorzy zauważyliby tam wszystko nie na miejscu, bez względu na to jak dobrze zostałoby ukryte. Pewnie właśnie tak, niszcząc wyposażenie nawigacyjne. Albo generatory tarcz. Cholera - skończyła skacząc na równe nogi, - pewnie jedno i drugie. - Liela podążyła za Vail na zewnątrz, i z powrotem w stronę pokładu dowodzenia.
   
    ***
   
    - Nie, w żadnym wypadku - powiedział kapitan chwilę później. Vail była zaskoczona, nie widząc powodu żeby przynajmniej nie sprawdzić ładowni w których znajdowały się generatory tarcz, zwłaszcza w obecnej sytuacji.
    - Kapitanie - zaczęła znowu, mając nadzieję że jej rozsądny ton właściwie przedostawał się przez modulator głosu, - przecież powinniśmy się upewnić. Wie pan co się stanie, jeśli tarcze zawiodą podczas pobytu w warpie.
    - Proszę posłuchać, panie... - przez chwilę próbował przypomnieć sobie nazwisko które podała mu Vail - Rica, sytuacja nie jest tak poważna jak pan przypuszcza. Uszkodzenia na mostku są naprawiane, a my jesteśmy dość bezpieczni. A teraz jeśli pan wybaczy mam robotę. - Odwrócił się i wszedł w znajdujące się za nim drzwi mostka. Vail miała właśnie pójść za nim gdy kapitan stanął w miejscu.
    - A niech to Imperator! - zaklął. Vail przepchnęła się obok niego, aby zobaczyć ciało Techkapłana ułożone na częściowo rozmontowanej kabinie nawigacyjnej. Obok niego leżała sterta wyposażenia, lecz po chwili Vail zobaczyła że nie były to części z kabiny. Przyjrzała się bliżej, zauważając kilka znanych sobie elementów: oko - skaner, wspomagacze mięśni, bioregulatory.
    - Co tu się stało, - kapitan powiedział sam do siebie, - gdzie są servitorzy?
    - Tutaj - ponuro odpowiedziała Vail. Bionika wyraźnie wyglądała na należącą do servitorów, lecz po jej organicznych nosicielach nie było śladu, nawet kropli krwi na odrzuconych częściach.
   
    ***
   
    - Musimy przeszukać statek - mówił handlarz. Po osiągnięciu granic swej niewielkiej cierpliwości wydawał się przejmować komendę.
    - Ja nadal nie.. - zaczął kapitan, ale został uciszony gdy Makros uniósł dłoń w geście wykluczającym dalszą dyskusję.
    - Mamy mordercę na pokładzie, - kontynuował - jeśli to pasażer na gapę musimy go znaleźć. To znaczy - dodał, krzywiąc się do kapitana - jeśli nie masz nic do ukrycia? - Nie mając na to gotowej odpowiedzi kapitan milczał. - Ty, - powiedział, wskazując na Vail, - byłeś już kiedyś na statku? Wiesz co robić? - Vail skinęła głową, pozwalając handlarzowi wyciągnąć własne wnioski odnoścnie okoliczności zdobycia tej wiedzy. Przyjęła tożsamość sankcjonowanego badacza, który to styl życia dawał zarówno okazję poznania niecodziennych umiejętności jakie mogłaby być zmuszona zaprezentować, jak i reputację ekscentryka wyjaśniającą jej niechęć do zdejmowania pancerza. - Dobrze, - kontynuował Makros, - ty i twój skryba zaczynacie z rufowej ładowni i posuwacie się do przodu. Ty - zwrócił się do kupca - i ja przeszukamy ładownie dziobowe. Wy zostajecie tutaj - dodał do kapitana i zawiniętego w togę Logisa, który nie wypowiedział ani słowa od swego przybycia kilka chwil wcześniej.
    - Muszę wrócić do mojej kabiny - odezwał się cichy głos z okolic kabiny nawigacyjnej. Był to misjonarz, klęczący nad ciałem techkapłana. - Byłoby najlepiej - kontynuował, wskazując zmarłego - aby, z braku kaplicy, otrzymał błogosławieństwo Imperatora tam.
    - On potrzebuje odprawienia rytuałów Boga Maszyn - stwierdził Logis.
    - Oczywiście. Jeśli zechciałbyś je przeprowadzić?
    - Jakkolwiek, - odezwał się Makros, gdy Logis stanął obok owijającego ciało w całun misjonarza, - tylko pozostańcie w kabinie.
   
    ***
   
    - Nie o to chodzi, - powiedziała Liela oglądając przy świetle pochodni stosy skrzyń, - Imperator wie że jestem przyzwyczajona do przekradania się po różnych paskudnych miejscach, ale przyjmowanie rozkazów od tego kapitana Protona zaczyna mnie wkurzać.
    Vail skinęła głową sprawdzając miejsca pomiędzy skrzyniami.
    - Popatrz na to z jaśniejszej strony - powiedziała, - żaden handlarz nie staje się tak nieznośny jeśli nie jest w stanie utrzymać się przy życiu w każdej sytuacji. - Uniosła brew wewnątrz hełmu na widok gnijących resztek dawno zapomnianej przekąski zagnieżdżonych między dwoma cylindrami ładunkowymi, zbyt dawno aby mieć jakikolwiek wpływ na obecną sytuację. Jej oczy od niechcenia przeczytały numery seryjne na mijanych skrzyniach. Jeden z nich przyciągnął jej uwagę. Wróciła do niego.
    - Poczekaj chwilę, - powiedziała. Liela zatrzymała się i wróciła do miejsca, gdzie stała Vail. - Rozpoznaję prefiks kodu na tej. To nie są części zamienne. - Przez chwilę szukała klucza kodowego skrzyni, po czym wprowadziła kod Inkwizycji, który ominął hasło i spowodował otwarcie pokrywy. Vail zajrzała do środka.
    - Ogniwa energetyczne, - stwierdziła, wyciągając jedno i obracając w dłoniach, - standardowy wzór do imperialnych karabinów laserowych. W drodze do Cadii, z gangami znów na wojennej ścieżce... nasz kapitan musi na boku dorabiać handlem bronią. Nic dziwnego że nie chciał przeszukania ładowni. Nie żeby nam to pomogło, nie przeprowadziłby sabotażu własnego statku z tym wszystkim na pokładzie.
    - A co powiesz na to? - spytała Liela. Vail odwróciła się, by zobaczyć promień światła jej pochodni skierowany pomiędzy skrzynie za nimi. Na niewielkiej przestrzeni znajdował się zestaw skomplikowanie wyglądającej aparatury. Sądząc z jego stanu, i sposobu w jaki pokład poniżej został oczyszczony z różnych śmieci i metalowych drzazg zaścielających resztę ładowni, znajdował się tu od niedawna. Vail podeszła bliżej, oglądając sprzęt.
    - Regulator przepływu, kompozytor molekularny, biopróbnik. - wymieniła kolejno identyfikowane komponenty. - Użyteczne jeśli chcesz zrobić bombę z niewykrywalnych materiałów. - Uniosła jeden z poobijanych statkowych komunikatorów i włączyła go. - Makros, jesteś tam?
    - Co? - chwilę później nadeszła odpowiedź.
    - Tu Rica, jesteśmy w ładoni nr 3, w drugiej sekcji. Coś znaleźliśmy.
    - Zaraz tam będę. Nie ruszajcie się. - Krótki trzask oznaczał rozłączenie z drugiej strony. Vail zamknęła skrzynię z nielegalnymi modułami broni i wróciła do oglądania aparatury. Kilka chwil później Makros wyłonił się z cienia koło korytarza dostępowego, lekko dysząc.
    - Gdzie jest kupiec? - spytała Liela. Makros spojrzał lekko zaskoczony, że skryba zwrócił się bezpośrednio do niego.
    - Indag? Zostawiłem go w dziobowej ładowni. Co to? - Vail wskazała między skrzynie i handlarz pochylił się by lepiej widzieć. - Co to za sprzęt? - spytał po chwili.
    - To - stwierdziła Vail, wskazując na poszczególne elementy - jest kompozytor molekularny. Jest używany do zestawiania łańcuchów proteinowych rozpadających się w ustalonym czasie, użyteczny jeśli potrzebujesz dołączyć detonator do płynnego materiału wybuchowego, takiego jak Arex - D. Który otrzymasz po wykorzystaniu tego - wskazała na regulator przepływu - do połączenia tego wszystkiego - wskazała kilka pustych kanistrów - we właściwych proporcjach.
    - Skąd tyle wiesz o materiałach wybuchowych? - zapytał podejrzliwie.
    - Pracowałam w okolicach systemów Ghalior - odpowiedziała, przywołując jeden z bardziej anarchistycznych regionów imperialnej przestrzeni. Makros skinął głową, po czym włączył swój komunikator.
    - Indag, - powiedział - wracamy na mostek. Zostań tam gdzie jesteś, zabierzemy cię po drodze. - poczekał na odpowiedź, ale żadna nie nadeszła. - Indag? Słuchasz mnie? - spojrzał zdezorientowany na Vail.
    - W której sekcji się znajdował? - zapytała, kierując się w stronę korytarza.
    - Pierwszej, w ładowni nr 1 - odpowiedział, podnosząc się gdy Liela zniknęła za Vail. Dodał dwa do dwóch, zaklął w niższym gotyku i podążył za nimi.
   
    ***
   
    Vail okrążyła róg by ujrzeć kupca, Indaga, leżącego twarzą w dół na pokładzie. Sprawdziła puls, lecz jej podejrzenie potwierdziło się gdy nic nie poczuła przez transmitery dotyku w rękawicy. Przewróciła ciało szukając rany. Pojedyncze nacięcie znajdowało się na szyi, tuż poniżej linii szczęki. Nic więcej, żadnych śladów walki. To było dziwne, Indag był postawnym mężczyzną. Albo mieli do czynienia z wyszkolonym zabójcą, - a jaka była szansa obecności dwóch na pokładzie, - albo był to ktoś znajomy, nie podejrzewany o stwarzanie zagrożenia. Dziwny kształt w ubraniu trupa przyciągnął wzrok Vail, która wyciągnęła fałdę ubrania odsłaniając krótki, płaski pistolet, poręcznie ułożony tak, aby był łatwo dostępny i jednocześnie niewidoczny w pozycji stojącej. Ostrożnie wyjęła broń. Makros w końcu dogonił je, szybko okrążając róg. Liela usunęła się w bok unikając stratowania.
    - Co się stało? - warknął. Vail odsunęła się, pozwalając mu zobaczyć ciało. Wstała i spojrzała na Lielę.
    - Odeskortujesz handlarza Makrosa na mostek - powiedziała - i upewnisz się że kapitan orientuje się w sytuacji. - Liela skinęła głową; handlarz wyglądał na skonfudowanego.
    - Po co? - zapytał. - Nie sądzicie że ja to zrobiłem? - wydawał się autentycznie zaskoczony takim pomysłem.
    - Byłeś ostatnią osobą, która widziała go żywego. - sprzeciwiła się Vail. - Powiedziałeś że zostawiłeś go samego. A on został najprawdopodobniej zaatakowany przez kogoś znajomego, przed kim by się nie pilnował. - Liela przysunęła się na chwilę do Vail, gdy Makros wpatrywał się w nie.
    - Nie uważasz że on to zrobił? - zapytała cicho.
    - Nie - odpowiedziała Vail, - ale z kapitanem będzie bezpieczniejszy.
    - Gdzie będziesz? - Vail spojrzała na pistolet w jej rękach. Był bardzo wysokiej jakości, z pełnym magazynkiem nabojów, ale nie miał żadnej z nieużytecznych dekoracji którymi bogaci kupcy zwykle ozdabiali swą broń.
    - Chcę dowiedzieć się czegoś więcej o panu Indagu - powiedziała. Liela skinęła głową i poszła odprowadzić Makrosa. Vail wyszła za nimi, lecz w centralnym korytarzu skierowała się w stronę sekcji pasażerskiej.
   
    ***
   
    Wejście do kabiny kupca ukazało Lieli rozłożoną na biurku zawartość jego walizki. Vail pracowała właśnie nad zamkiem drugiej, większej.
    - Powinni być bezpieczni. - powiedziała Lila gdy Vail uniosła wzrok. - Nie ufają sobie nawzajem nawet na cal. Przynajmniej nic ich nie zaskoczy. Co znalazłaś?
    - Zobacz sama. - odparła Vail wskazując na biurko. Liela obrzuciła wzrokiem rozsypane przedmioty. Plany podróży, racje, różne stroje i odpowiednie dodatki. Oczy zabójczyni rozszerzyły się gdy zauważyła coś zupełnie nie na miejscu. Podniosła metalowy symbol, wytrząsając cienki łańcuszek z togi pod nim. Znała ten kształt - Vail miała dokładnie taki sam.
    - Indag był Inkwizytorem? - zapytała. Vail skinęła głową, nadal próbując otworzyć drugą walizkę. Jej kody Inkwizycji nie zadziałały, co samo w sobie stanowiłoby wskazówkę. Zgodnie z układem z Adeptus Mechanicus Inkwizycja mogła przełamać każdy legalny system kodów dostępu w Imperium, z wyjątkiem tych dotarczonych przez samą Inkwizycję.
    - Uważaj. - odezwała się Liela, włączając przyczepioną na przedramieniu rękawicę z mieczem. Oporny zamek został rozcięty natychmiast, a wieko odskoczyło z trzaskiem. W środku znajdowała się kolekcja broni, każdy egzemplarz tej samej jakości co pistolet znaleziony przez Vail przy ciele Inkwizytora - pistolety igłowe, granaty, nawet rozłożony bolter w kilku częściach.
    Vail sięgnęła do wnętrza walizki i wyjęła niewielką kapsułkę z miejsca gdzie była wciśnięta, tuż przy zamku. Uniosła ją do światła i pochwyciła błysk malutkiego fragmentu kryształu w środku, zawieszonego w polu statycznym emitowanym przez malutki generator wbudowany w podstawę kapsułki.
    - Co to jest? - spytała Liela, przyglądając się kapsułce.
    - Święta relikwia - odpowiedziała Vail, uspokajając się. Nie widziała dotąd żadnego z nich osobiście, a co dopiero dotykała. - Jest to fragment ostrza z miecza Imperatora. Podobno zawierają w sobie jego moc. Bardzo rzadkie.
    - Skąd to miał? Kim on był?
    - Ordo Malleus - odparła Vail. - Łowca demonów.
   
    ***
   
    - Był czym?!
    - Był Inkwizytorem - powtórzyła Vail. - Musiał wejść na pokład podążając za swoim celem. - Makros zamachał rękami i odsunął się tak daleko, jak to było możliwe na zatłoczonym mostku.
    - Oczywiście! - warknął. - Cholerna Inkwizycja. Jakbyśmy nie mieli już wystarczająco wiele problemów!
    - On w tej chwili nie sprawia żadnych problemów. - stwierdził kapitan, którego opanowanie zostało najwyraźniej wystawione na próbę podczas ich krótkiego wspólnego pobytu na mostku.
    - Na pokładzie nadal jest zabójca - powiedziała Vail, - i to taki który potrafił zabić Inkwizytora. To nie takie proste, nawet jeśli nie spodziewał się ataku.
    - Nie zostało nam nawet dość ludzi żeby powtórnie przeszukać ładownie - powiedział kapitan, - jak możemy go powstrzymać?
    - Nie musimy wcale szukać. - sprzeciwiła się Vail. - Bomba została wykonana już po starcie, zgadza się? W przeciwnym razie skan w dokach wykryłby materiał wybuchowy. Musiała zostać zmontowana po opuszczeniu Orien.
    - Słusznie. - zgodził się kapitan.
    - Więc zabójca jest na pokładzie. - kontynuowała Vail.
    - Wiemy to! - krzyknął Makros.
    - I  - Vail zignorowała okrzyk - bomba została podłożona podczas lotu. Był pan przez cały czas na mostku, kapitanie.
    - Ty! - wrzasnął handlarz. Rzucił się w kierunku kapitana, lecz został zablokowany przez Lielę, która zaskoczyła go chwytając jego ręce i wykręcając je do granicy złamania.
    - To nie ja! - zaprotestował kapitan. - Prawie zginąłem kiedy to wybuchło!
    - Wiem. - stwierdziła Vail. - Ale ktoś musiał dostać się na mostek i podłożyć bombę. Na statku nie ma żadnych zamków, w każdym razie żadnych z którym nie poradziłoby sobie wyładowanie elektryczne. Czy ktoś jeszcze był na mostku, kapitanie?
    - Nie - odpowiedział, szczerze zdezorientowany, - nikt. - Vail spojrzała na Lielę, mając nadzieję na jakiś inny pomysł. - No - dodał kapitan, - był misjonarz, ale nikt więcej. - Głowa Vail gwałtownie odwróciła się, a oczy spojrzały przez wizjery w hełmie prosto na kapitana.
    - Co? - zapytała cicho.
    - Misjonarz? - powtórzył kapitan. - Przyszedł zaraz po opuszczeniu doku odmówić modlitwę za podróż. Zawsze to robią jeśli któryś jest na pokładzie.
    Makros, który zdążył już odsunąć się od Lieli, wydał wściekły okrzyk i zniknął w drzwiach.
    - Cholera. - stwierdziła Vail, ruszając biegiem za nim. Tuż za sobą słyszała Lielę.
    - Ale to przecież kapłan! - powiedział kapitan gdy opuszczały mostek.
   
    ***
   
    Dopadając kabiny misjonarza Vail zdążyła zobaczyć, jak jej drzwi się zamykają. Chwilę wcześniej usłyszała hałas, nie była jednak w stanie go zidentyfikować. Przylgnęła do ściany obok drzwi, Liela postąpiła podobnie po drugiej stronie. Przez chwilę czekały, nasłuchując dźwięków z wewnątrz. Na sygnał Vail odwróciła się i wkopała drzwi do środka, pozwalając Lieli zanurkować w głąb kabiny. Vail wskoczyła za nią, wystawiając się jako łatwiejszy cel. Gdyby ktoś wewnątrz miał broń, ona przynajmniej była opancerzona.
    Scena w kabinie nie przypominała niczego, co widziała przedtem. Na jednej ze ścian, otaczając mały bulaj, znajdowała się ośmioramienna gwiazda wymalowana krwią. Jej źródłem był prawdopodobnie Logis, którego ciało leżało poniżej, wymalowane symbolami jak na ofiarnym ołtarzu. Coś wydawało się je pożerać, zanikało w oczach bez żadnej widocznej przyczyny. Rzucona w rogu sterta bioniki wskazywała podobny los Techkapłana, a zwłoki Inkwizytora były w połowie takich przygotowań jakie przeszły te należące do Logisa. Nad tym wszystkim stał misjonarz, w jednej ręce trzymając twarz Makrosa, w drugiej rękojeść zębatego ostrza wystającego z obu stron szyi handlarza. Puścił ciało, które spadło bezwładnie na pokład, i odwrócił się do Vail.
    - Za późno. - zasyczał, jego głos odmienny od wcześniejszej skromności. Choć nie miała zdolności psionicznych, Vail nauczyła się rozpoznawać nieznaczne ugięcie światła towarzyszące manifestacji psychicznej energii. Misjonarz był nią okryty, wydawał się być odrobinę ciemniejszy od otoczenia, jak swój własny cień. Skoczył w stronę Vail tnąc zakrwawionym ostrzem. Był nienaturalnie szybki i Vail ledwie zdążyła uniknąć ciosu, a co dopiero kontratakować.
    - Co, na Imperatora?! - Misjonarz wycofał się z oczami wpatrzonymi w kapitana, który stał zdezorientowany w wejściu. Ręka trzymająca ostrze cofnęła się do rzutu.
    - Padnij! - krzyknęła Vail. Równocześnie kapitan otrząsnął się z chwilowego szoku i rzucił się w bok. Ostrze, obracając się, opuściło dłoń misjonarza, i tuż przed wyleceniem z kabiny zboczyło z toru lotu. Kapitan złapał je gdy zagłębiło mu się w boku klatki piersiowej, po czym zwalił się na pokład. Liela, nadal w postaci skryby Administratum, przeskoczyła nad ciałem, biorąc swym mieczem fazowym szeroki zamach skierowany prosto w głowę misjonarza. Ten w ostatniej chwili uskoczył i machnął ręką, jego ramię rozciągnęło się jak wykonane z gumy, z palców momentalnie wyrosły szpony. Cios dosięgnął zabójczynię poniżej kaptura, posyłając ją na zderzenie z odstawionym na bok biurkiem. Przez rozdarty materiał ziała wyraźnie widoczna rana, niemal odcinająca jej zamaskowaną głowę.
    Vail złączyła pięści, uderzając w pierś istoty z całą swą wzmocnioną przez pancerz siłą. Usłyszała trzask pękających kości, jednak ciało wydawało się falować, przechodząc w paskudną czerwień i wzbierając pod jej pięściami. Tracąc resztki ludzkiego wyglądu istota podniosła Vail pazurzastą łapą za kark, wpatrując się w nią czarnymi oczami bez białek.
    - Jest tu dość ciał żeby mnie podtrzymać. - powiedziała, jej głos wibrujący mocą. - Z tobą się zabawię. - uśmiechnęła się, odsłaniając rząd długich, żółtych kłów.
    - Chcesz coś przekąsić? - odezwał się głos zza istoty. - Może to ?! - Liela, z powrotem w swej naturalnej formie, skoczyła w górę na wysokość istoty, prowadząc ramię dokładnie kontrolowanym ruchem, który zagłębił czubek fazowego miecza głęboko w jej gardle. Spadając w dół pociągnęła cięcie w bok, otwierając szyję i niemal odcinając szczękę. Istota puściła Vail i zawyła w agonii, z jej ran zamiast krwi wylewał się czerwony blask. Zanim zdążyła spaść ręka Vail była już przy pasie, sięgając po przypiętą tam wcześniej kapsułkę. Gdy istota padała trzymając się za ziejące rozdarcie w twarzy Vail wcisnęła kapsułkę do rany i uderzyła mocno drugą pięścią. Rozległ się nieznaczny dźwięk, który powinien być niesłyszalny we wściekłym ryku wydanym przez istotę, dźwięk pękającego szkła kapsułki. Na ułamek sekundy świetlisty punkt zalśnił z rozdarcia w krwawoczerwonym ciele, po czym fala światła powaliła Vail na ziemię. Czysta czerwień rozlała się z rany demona gdy szarpnął się w agonii, prostując się na pełną wysokość. Uniósł głowę wydając ostatni ryk wściekłości i bólu, po czym zaczął się rozpuszczać, stając się coraz mniej materialny. Tracące realność mgliste ciało było wciągane do świetlistego punktu, jakby pożerane przez próżnię. Zajęło to niecałą sekundę i istoty już nie było, drobny odłamek kryształu spadł na pokład lśniąc nieznacznie. Vail podniosła się z pokładu i spojrzała na Lielę, odrzuconą nagłym uderzeniem.
    - Myślę że jestem ci winna jednego, - stwierdziła, - to była całkiem przekonująca śmiertelna rana.
    - Cóż, - powiedziała zabójczyni, - ćwiczyłam. Poza tym, jesteśmy kwita. Ty to zabiłaś.
    - W porządku. - odpowiedziała Inkwizytorka odzyskując oddech. - I jeszcze jedno. Następnym razem gdy będziemy zmuszone podróżować czekam aż będzie gotowy mój statek.
   
    ***
   
    Malutki transportowiec dryfował przez immaterium, znoszony przez prądy. Niezbyt daleko, na tyle na ile odległość posiadała znaczenie w tym miejscu, zmarszczka w morzu dusz wskazywała miejsce w którym coś przeszukiwało warp, szukając zaginionego statku. W rzeczywistej przestrzeni, oddalonej od immaterium na grubość myśli, korweta Sojuszu cierpliwie kontynuowała skanowanie, zbliżając się do poszukiwanej jednostki.
    - Jestem Mistrzem Zakonu?
    - Tak.
    Gdy zmarszczki przybliżyły się do ,,Silver Lance'' istoty z warpu rozpierzchły się, jak stado nagle zaniepokojonych ryb.
    - Pierwsza Fundacja?
    - Nie.
    Transportowiec, chroniony przed nimi przez swe tarcze, dryfował dalej.
    - Na Imperatora, ich są tysiące!
    - Chciałaś coś trudniejszego, prawda?


Strona główna   Szuflada