Kolor tła: Kolor tekstu:

   Mroczny spacerowicz

Autor: Tomasz Zera
Html: skrypt by pBT


    Siedzę sobie skacowany po wczorajszej nocy w karczmie o dźwięcznej nazwie ,,Pod chętną dziewką'', gdzie najmilszym zapachem unoszącym się w powietrzu był chyba zapach mojej niezmienionej od przedwczoraj koszuli. Karczma ta mimo dość schludnego wyglądu z zewnątrz, w środku prezentowała się mniej, a być może dla niektórych bardziej okazale. Kilka brudnych, nierzadko zarzyganych stołów, a pod nimi ledwo przytomni goście, którzy albo nie zdążyli wytrzeźwić po ostatniej nocy, albo urządzili sobie pewnego rodzaju poprawiny. Uroczo na tym tle wypadał Baltazar, gruby szynkarz, śpiąc na blacie kuchennym we własnych, już zastygłych rzygowinach. Ach te noce w Rachudzie, bowiem tak nazywała się nasza nieskromna mieścina, do której przybywali turyści z całego świata tylko po to, aby na własnej skórze odczuć uroki naszego miasta, a właściwie kilku, ściśle wyodrębnionych przez dobre przewodniki, karczm i burdelów. Siedziałem tak zmęczony, popijając sikawę, którą zwykło się tu zwać piwem, aż nie zwrócił mojej uwagi, zresztą nie tylko mojej, młodzieniec, ubrany w schludne ciuszki, który wpadł do szynku jak oszalały i omal się nie przewrócił krzycząc: ,,Ja do Midora! Gdzie jest Midor Kwapisz! Pilnie go poszukuję''.
    No pięknie - pomyślałem. Znowu praca, ani chwili odpoczynku. Uniosłem tylko lekko rękę, a młodzieniec już był przy mnie.
    Pan Midor Kwapisz?? Sługa nocy???? Mroczny spacerowicz?
    Cóż za elokwencja, chociaż widać było, że nauczył się tych sformułowań na pamięć, to i tak mile połechtał moje ego.
    Człowieku, nie przesadzaj. Assassin, po prostu assassin. Tutaj możesz wypowiedzieć to słowo bez obawy, i tak wszyscy mnie tu znają.
    Chociaż nie dziwię się mu, bo w normalnych okolicznościach, poza karczmą, już dawno zastanawiałby się co zrobił źle patrząc z ,,góry'' na swoje zakrwawione zwłoki.
    Przyznam jednak szczerze, że sformułowanie ,,Mroczny spacerowicz'' bardzo mi się spodobało. Było w tym tyleż finezji co i tajemniczości. Niezłe, naprawdę ktoś musiał się postarać, chociaż nie wiem czemu wszyscy myśleli, że działamy tylko nocą. Najczęściej gdy się dowiadują, że to nie prawda jest już za późno, żeby się tym odkryciem z kimkolwiek podzielić.
    Otóż przynoszę wieści od burmistrza Harolda.
    Zaraz, chwila moment - Przerwałem mu tylko ruchem ręki - co człowiek związany z samym księciem ma do skromnego skrytobójcy? Chociaż powiem, że nienawidzę tego sformułowania.
    Bo trzeba wam wiedzieć, że nasz Rachud jest w istocie ogromnym miastem, podzielonym na swojego rodzaju trzy dzielnice. Każdą dzielnicą zarządza wyznaczony przez księcia burmistrz. Burmistrzowie się zaharowywują, podczas gdy nasz udzielny Książe obżera się w pałacu lub chędoży dziewki służebne.
    Nic mi nie powiedziano. Dostałem wyraźne rozkazy, aby dostarczyć do ratusza Midora Kwapisza, najemnego zabójcę.
    ,,Dostarczyć''...hmmm....ciekawie to brzmi, a co to ja jestem jakimś workiem kartofli??? I skąd u diabła burmistrz o mnie wiedział. Wprawdzie bez wyraźnych dowodów nic nie może mi zrobić, ale zawsze trzeba się mieć na baczności. A zwłaszcza w moim ,,zawodzie''.
    Kiedy nasz szanowny burmistrz raczy się ze mną widzieć? - zapytałem
    Natychmiast.
   
   

***

    Z zewnątrz ratusz burmistrza Herolda prezentował się bardzo okazale, dosłownie jak mały pałacyk. Wnętrze nie różniło się za wiele. Było tak wystrojone, że nie powstydziłby się tego wszystkiego sam Książe. Tak przynajmniej mi się wydawało. Na błyszczącej i wypolerowanej posadzce nie dało się zauważyć nawet smugi, czy chociażby nędznego okruszka. Strop podtrzymywany był przez potężne, pięknie zdobione motywami roślinnymi kolumny. Wzdłuż holu ustawione były posągi różnych bóstw i herosów, zresztą widać, że zrobione mistrzowską ręką. Poza tym wszędzie, gdzie tylko było możliwe stały albo jakieś antyczne wazy, bądź różnego rodzaju rośliny. Część kwiecia pochodziła z krajów egzotycznych, a część widziałem pierwszy raz w życiu. Na końcu holu znajdowały się duże, zrobione z ciemnego drewna, zdobione drzwi.
    Proszę za mną panie Midor - powiedział posłaniec, poczym nie czekając na moją odpowiedź ruszył przed siebie w kierunku drzwi.
    Po otwarciu drzwi mym oczom ukazała się dość spora sala audiencyjna, jednak nie udekorowana jak pomieszczenie poprzednie. Siedziało w niej kilka osób, widocznie czekających na spotkanie z burmistrzem.
    Proszę do biura, burmistrz czeka. - rzekł młodzieniec poczym zaprowadził mnie do małych drzwi znajdujących się na prawej ścianie.
    Weszliśmy, po uprzednim zapukaniu oczywiście. Pan burmistrz siedział sam przy biurku i przeglądał jakieś papiery. Jeżeli myśleliście, że rządca Herold jest leniwym, powolnym i nic nie robiącym pasibrzuchem to się bardzo pomyliliście, bowiem nasz burmistrz był bardzo pracowity. Przynajmniej raz w tygodniu musiał powiesić lub chociażby wychłostać jakiegoś skazańca na oczach tłumu lub zmodyfikować prawa (bo każda dzielnica miała własne ustawodawstwo) i tak już bardzo uciążliwe dla mieszkańców. Z wyglądu sprawiał wrażenie z pozoru niegroźnego człowieka, taki o... chudy człowieczek. Jednak, gdy spojrzał na ciebie swymi chytrymi, ciemnymi i małymi oczkami osadzonymi głęboko w oczodołach, po plecach mimowolnie przechodził cię dreszcz, a na karku występował zimny pot. Oderwał się od papierów i spojrzał na mnie spode łba.
    Pan Kwapisz jak sądzę???
    Tak, panie burmistrzu. - odpowiedział za mnie młodzieniec, z którym tu przyszedłem.
    To dobrze, bo już zaczynałem się niecierpliwić - splunął do specjalnej, pozłacanej spluwaczki, poczym kontynuował. - Dziękuje Ci Paelronie, zrobiłeś swoje, a teraz zostaw nas z panem Kwapiszem samych.
    Odczekał, aż młodzieniec (teraz wiem, że nazywał się Paelron) zamknie za sobą drzwi i zaczął mówić.
    A więc jest pan no....hmmm.. tego -zająknął się - chyba mogę nazywać pański ,,zawód'' normalnie, bo skądinąd wiem, że pan tego nie lubi.
    Aż mnie to zdziwiło, że burmistrz we własnym biurze martwi się o to czy mi się podoba jak na mnie wołają, chociaż rzeczywiście nie znosiłem, gdy ktoś nazywał mnie, szczególnie w obecności obcych skrytobójcą, zabójcą, mordercą do wynajęcia, czy nawet assassinem (mimo, że część mieszkańców nie rozumiała znaczenia tego słowa), gdyż co to za skrytobójca, którego wszyscy i wszędzie znają, prawda?
    Oczywiście panie burmistrzu, przecież jesteśmy sami - odpowiedziałem. - Ale mam pytanie, które nie daje mi myśleć o niczym innym.
    Pewnie chodzi o to skąd taki człowiek jak ja, wie o takim człowieku jak Pan???
    Kiwnąłem tylko lekko głową.
    Powiedzmy, że poradzili mi pana pewni przyjaciele. - znowu splunął do spluwaczki.- Otóż mam pewien problem, a właściwie cała dzielnica go ma. - zastanowił się chwile - pewno nie obce Ci są pewne morderstwa, które ostatnio bardzo często powtarzają się, szczególnie nocami. - spojrzał na mnie i wydawało mi się, że lekko się uśmiechnął. W istocie nie obce mi one były. Ostatnio było o tym głośno. Wiem tylko, że ktokolwiek to robi, brakuje mu profesjonalizmu tak niezbędnego do wykonywania mojego zawodu. Ofiary bowiem tracą głowy i to w dosłownym tego słowa znaczeniu, a reszta ciała jest, jakby to delikatnie powiedzieć...rozpruta i pozbawiona wszelkich wnętrzności. Istotą zabójstwa jest moi mili nie pozostawienie, żadnych śladów, a ciało pozostawić prawie nietknięte.
    Tak, słyszałem coś o tym - delikatnie skłamałem.
    Burmistrz opowiedział mi to co już wiedziałem, poczym splunął do spluwaczki i spojrzał na mnie przenikliwym wzrokiem. Chwile się zastanowił poczym jakby się ocknął z jakiegoś transu i kontynuował. - Owe incydenty, jakby to powiedzieć, nie spodobały się za bardzo księciu i poprosił mnie uprzejmie o jak najszybszą interwencję i znalezienie winnego bądź winnych. I wtedy pomyślałem sobie, że kto może lepiej zrozumieć i odnaleźć mordercę jak nie inny mord.... - skrzywił się, przełknął ślinę - ups, przepraszam jak nie specjalista od tych spraw - wyszczerzył pożółkłe zęby, a rumieńce samoistnie wyskoczyły mu na policzki.
    No, nie wiem panie burmistrzu. Nie wiem czy dałbym radę i czy...hmmm - zamyśliłem się
    Czy by miał pan z tego jakieś korzyści???? - uśmiechnął się - pewnie, nikt dziś nie zrobi nic w imię sprawiedliwości, ale do kogo ja to mówię. - wyraźnie się zdenerwował. - Ale no nic, dobrze. - mówił już spokojniejszym głosem - Powiedzmy, że przymkniemy oko na twoją działalność w dzielnicy, a jak Ci się uda to może i w całym mieście, bo widzisz naprawdę nam zależy na rozwiązaniu tej sprawy, te morderstwa mogą rozszerzyć się na inne dzielnice, a w przyszłości, kto wie??.
    Książe się zgodzi??? - zapytałem bez wiary na pozytywną odpowiedź.
    Nie musi o niczym wiedzieć - ściszył głos - każdy wie, że Książe nie ruszy nawet palcem, aby cokolwiek zrobić dla miasta. O wszystkim musimy myśleć my, burmistrzowie. Zresztą twoje, jakby to powiedzieć, ofiary nie są świętoszkami. Powiedzmy, że przyczyniasz się do utrzymania równowagi. Ja pozbywam się skazańców - widocznie się uśmiechnął - Ty pozbywasz się ludzi nie przychylnych innym ludziom. - jego uśmiech rozszerzył się już chyba do maksymalnych rozmiarów i wyglądał teraz jak jakiś klaun lub jeszcze gorzej. - prawda??
    Wyjął mi to pan z ust burmistrzu. - nie mogłem uwierzyć, że się zgadzam, ale takie zapewnienia usuwały mi chociaż jednego z wrogów jakim było prawo, a zwłaszcza jego obrońcy i egzekutorzy.
    Potrzebujesz jakiś ludzi bądź pieniędzy??? - zapytał już normalnym i mniej podnieconym tonem.
    Jeśli chodzi o ludzi to ufam tylko dwóm. Mojemu bratu, moczymordzie Pokowi, oraz zaprzyjaźnionemu gnomowi - Gurkowi . Ale jeśli chodzi o pieniądze, hehe to nigdy nie odmawiam - powiedziałem w myślach.
    Niestety pracuje zazwyczaj sam i wolę nie narażać pańskich ludzi na niepotrzebne ryzyko. - już się ucieszył. - Ale jeśli chodzi o fundusze, to mój mieszek jest niestety pusty ( co było całkowitą prawdą) - spochmurniał, ale rzucił na blat biurka przy którym siedzieliśmy pełen mieszek. Wziąłem go, schowałem do kieszenie, poczym pośpiesznie wyszedłem z gabinetu, żeby przypadkiem się nie rozmyślił.
   
   
***

   
    Po wyjściu od ratusza, przeliczyłem na oko ile srebrnych talarów burmistrz raczył poświęcić i się nie zawiodłem. Około 400, może 500 srebrników to jak na początek bardzo przyzwoita zaliczka. Teraz trzeba było się dowiedzieć czegoś więcej niż to co powiedział mi stary, poczciwy Herold. W celu tym postanowiłem się udać do najbliższej karczmy, bo w moim mniemaniu jeśli ktokolwiek w mieście ma coś wiedzieć na temat rzeczy ,że się tak wyrażę ,,niecodziennych'' to jest to albo kurtyzana, albo żebrak z ulicy, albo właśnie karczmarz, gdyż ci ludzie, wierzcie, albo nie, mają z pewnością największy kontakt z ludźmi i całym tym harmiderem zwanym miejskim życiem. Przy okazji załatwię jeszcze jedną sprawę. Spróbuję znaleźć mojego brata pasożyta (gdyż żerował na mnie jak owe stworzenie), ponieważ co jak co, ale w otwartej walce nie ma lepszego sojusznika,.......jeśli jest trzeźwy oczywiście, a  w przypadku takiej misji nigdy nic nie wiadomo i zawsze trzeba zakładać najgorsze. Udałem się do znajomego już szynku ,,Pod chętną dziewką''.. Smród od razu uderzył mnie w nozdrza, ale już byłem do tego przyzwyczajony. Rozejrzałem się. Poza kilkoma pijaczkami i biegającą od stołu do stołu grubą posługaczką nie było nic, nawet jednego nieprzytomnego (widać Baltazar, który już nie spał, sprzątnął oględnie swój dobytek, pozbył się nieprzytomnych gości, a co najważniejsze sam doprowadził się do porządku). Co najgorsze mojego brata też nie było, trudno - pomyślałem.
    Witaj z samego rana Baltazarze - zakpiłem sobie.
    Tylko spojrzał na mnie przepitymi oczami, burknął coś pod nosem i kontynuował przecieranie i tak już względnie czystych kufli i szklanek. Widząc, że szynkarz nie jest skory do rozmowy postanowiłem nie ,,owijać w bawełnę'' i przejść do sedna sprawy.
    Dobra Balti, znamy się już od dawna i dobrze wiem, że nic co związane jest z tą dzielnicą nie umknie twojej uwadze.
    Nawet nie przestał czyścić naczyń. Tylko pokiwał lekko głową, jakby ważyła tonę, a on bał się, że mu zaraz odpadnie.
    Więc, mam do ciebie sprawę - poczekałem na jego reakcję, ale się nie doczekałem - Potrzebuję informacji - widząc dalszy brak jakiegokolwiek zainteresowania ze strony rozmówcy kontynuowałem dalej. - Potrzebuje informacji o morderstwach w naszej dzielnicy.
    O dziwo, szynkarz przestał polerować,, tylko spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
    Ty się w to Midor nie mieszaj, bo i tobie będzie trzeba grób wykopać.
    Kiedyś na pewno - odrzekłem - Ale na pewno nie w najbliższym czasie przyjacielu. Po prostu potrzebuję pewnych bliższych informacji. Takich, których zwykły mieszkaniec mi nie dostarczy. Wiesz o co chodzi??
    Midor, Midor, Midor, czy Ty zawsze musisz wszędzie wsadzić ten swój długi nochal??? Nic Ci nie powiem, bo życie póki co jest mi miłe, a jeśli tobie nie to znajdź sobie lepszy sposób na jego zakończenie niż narażanie przy okazji mnie. - prawie krzyknął i wrócił do polerowania tym razem łyżeczek i widelczyków.
    Ach, Baltazarze, a kto musiał ryzykować, żeby załatwić pewne twoje sprawy ze świętej pamięci Rytwaldem ,,Psiakiem''??? Kto musiał dopisać mu do biografii cztery znaki ,,Ś.p.''??? Czy wtedy myślałem o własnym życiu???
    Wprawdzie Baltazar musiał mi wówczas zapłacić dole w wysokości połowy wartości tej jego karczmienki, ale stać go było na to.
    Ech, tego - przełknął ślinę - no dobrze Ty, ale to co Ci powiem musi zostać między nami, bo w przeciwnym wypadku już nigdy nie usłyszysz ode mnie żadnej informacji. Ani Ty, ani nikt inny. - odwrócił się, kiwnął ręką i poszliśmy na zaplecze do kuchni. Karczmarz wyrzucił stamtąd służbę, przysiadł, zastanowił się chwilkę, rozlał do dwóch szklanek jakiegoś taniego wina, wyżłopał swój i zaczął mówić.
    Skądinąd wiem, że to nie są jakieś zwykłe zabójstwa czynione przez jakiegoś szalonego osiłka, który ukrywa się w piwnicy swojego domu. O nie, to coś znacznie większego i na szerszą skalę. - wydudlił kolejne naczynie kwaśnego wina i kontynuował. - To jakieś cholerne obrządki, czy coś takiego. Był tu taki jeden co to podobno widział ich jak to robili. - wyraźnie ściszył głos, jakby bał się ,że ktoś nas teraz podsłuchuje.
    Co robili??? - zapytałem się, chociaż już się domyślałem o co chodzi.
    No jak to co??? Biorą człowieka, odprawiają jakieś rytuały i wycinają mu flaki, i sami się tym opychają oszołomy jedne. Ech, żadnego poszanowania dla zwłok. Potem wyrzucają resztki nieszczęśników na zewnątrz, jakby były to zwykłe śmiecie.
    Na zewnątrz?????? I skąd masz takie informacje?? - zapytałem ,gdyż wszystko zaczynało się ładnie zazębiać.
    Wiem to od znajomego kloszarda, podobno ich widział... - urwał, spojrzał na boki i przybliżył usta do mego ucha - ..widział ich w kanałach miejskich.
    To niemożliwe. Słyszałem, że kanały w naszej dzielnicy zostały dokładnie przeszukane przez straż.
    Dzielnicowe tak, racja, ale kto powiedział, że sprawcy morderstw w naszej dzielnicy muszą ukrywać się właśnie w naszej dzielnicy???? - lekko się uśmiechnął, jakby czując tryumf, że właśnie udało się mu mnie zaskoczyć.
    Mów dalej. - naprawdę zaczęło mnie to interesować.
    Owy kloszard zna nasze miejskie kanały jak własną kieszeń. Mówi się nawet, że się tam urodził, to i nie dziwota, że potrafił znaleźć spokojne miejsce, nikomu wcześniej nie znane sieci kanałów wychodzących poza obszary naszego miasta.
    Nie ma takich kanałów - zaprzeczyłem, bo z tego co wiedziałem kanały kończyły się i zaczynały tam, gdzie początek i koniec miało nasze ukochane miasto - Rachud. Jakie jeszcze inne tajemnice kryje to stare jak świat miasto.
    Ależ są, kochany, są. - zaśmiał się. - Są ,tylko nieliczni o nich wiedzą. Są to kanały zbudowane jeszcze zanim Rachud uzyskał status miasta. Kiedy jeszcze było małą osadą, a jak pewnie wiesz z historii, albo i nie wiesz, stare Racha - Uhdze (bo taką pierwotnie nazwę nosił dzisiejszy Rachud) wcale nie leżało dokładnie w tych samych granicach co dzisiaj. Rozciągało się bardziej na wschód. Teraz tam są pola uprawne, ale kiedyś było to centrum rozwiniętej osady, a każda rozwinięta wówczas osada posiadała prymitywną sieć kanałów i Racha - Uchdze nie było pod tym względem wyjątkiem. Po wielu latach sieć ta została udoskonalona, ale po wielu wojnach i epidemiach, Rachud zmienił swój kształt i swoje granice, a o kanałach wiedzą nieliczni, i to nieliczni wśród mieszkańców kanałów, takich jak mój znajomy kloszard, o którym Ci mówiłem. - wziął głęboki oddech, nalał sobie pełny kubek wina, poczym natychmiast go wypił. Siedział tak, i zadowolony patrzył na mnie. Nie wiem, czy to wino wprawiło go w taki entuzjazm, czy po prostu świadomość, że mógł się na coś przydać, że zaskoczył mnie i pewnie gdyby chciał to zaskoczyłby nie tylko mnie.
    Dziękuję Ci przyjacielu, a zastanawiałem się czy nie udać się przypadkiem do jakiejś kurtyzany bądź żebraka, ale jednak widzę, że wybrałem dobrze.
    Zaśmiał się tylko, potrząsnął bukłak z winem i ze smutkiem spostrzegł, że jest pusty. Ja szybkim ruchem wziąłem i wypiłem swoją szklaneczkę i skierowałem się ku drzwiom.
    A i jeszcze coś...nie wiesz przypadkiem, gdzie znajdę w chwili obecnej mojego brata???
    Najprawdopodobniej siedzi w domu uciech pani Loreny, ale śpiesz się, to może znajdziesz go jeszcze trzeźwego - zaśmiał się.
    Dzięki Balatazarze. - powiedziałem, poczym wyszedłem na ulicę.
   
   
***

   
    Szczęście, że dom uciech pani Loreny znajdował się niedaleko karczmy Baltazara. Zaszedłem tam i mimo, że nie byłem tam częstym bywalcem poczułem się ,,jak w domu''. Oczywiście było to tylko złudzenie stworzone poprzez specjalne kadzidełka oraz generalnie wystrój pomieszczenia. Schludne, sprawiało wrażenie jakby zostało dopiero co zrobione. Wielkie, puchowe poduchy stojące w kątach, na których można było się wylegiwać całymi dniami w towarzystwie wybranej przez siebie pani, oczywiście za wcale nie tak drobną opłatą. Zaczepiłem jakąś kobietę przechodzącą właśnie obok mnie.
    Przepraszam, nie wiem pani gdzie znajdę może Poka??? Taki wysoki, najprawdopodobniej nieogolony, bardzo możliwe, że pijany mężczyzna - opisałem jej mniej więcej mojego brata.
    A szuka pan Pocia??? - wyszczerzyła białe i równe jak pod linijką zęby. - oczywiście, jest na piętrze, ale nie radzę mu przeszkadzać, gdyż potrafi przyłożyć, oj potrafi...hihi - wskazała mi schody na górne piętro.
    Niewątpliwie. Mój brat potrafił przyłożyć, zwłaszcza wtedy, gdy jest w stanie podchmielenia alkoholowego, znam już ja jego wybryki. Nie czekając na zaproszenie wszedłem pospiesznie na piętro. Moim oczom ukazał się długi korytarz z co najmniej kilkunastoma drzwiami po obu stronach. Zapukałem i wszedłem do pierwszych. Hmmm....gruby mężczyzna zabawiający się z czteroma młódkami?? Nie, to nie mój brat. Otworzyłem kolejne, te również nie były właściwe. Dopiero chyba za piątym razem trafiłem na właściwe drzwi. Polek siedział już nieźle wstawiony, a jakaś na oko dwudziestoletnia kobieta rasy czarnej odstawiała przed nim jakieś wygibasy.
    Ooooo, braciszszek pszyszedł??? - zauważył mnie, a to znaczyło, że jeszcze kontaktuje. To dobrze. - csco???? Czszego chceszsz??? Chceszz w ryja???
    No i znowu to samo - powiedziałem na głos i z całej siły walnąłem go pięścią w skroń. Nieprzytomnego wziąłem na ramię i już miałem z nim wychodzić, gdy zatrzymała nas czarna młódka, która wcześniej obsługiwała mojego brata.
    Przepraszam ,ale on mi nawet nie zapłacił.
    A ile był Ci winien???
    Zastanowiła się dłużej, liczyła coś na palcach w końcu wystrzeliła sumę 3 talarów. Dziwne, nisko się ceni, ale dobrze. Zapłaciłem jej i wyszedłem na podwórko. Podszedłem do koryta dla koni i wykąpałem w nim mojego brata. Od razu przetrzeźwiał.
    CO???Co???co do jasnej... - próba wstania nie powiodła się, a Polek zanurkował w korycie. Poczekałem kilka minut, poczym wyjąłem go i rzuciłem na ziemie.
    Nie no Midor. Własnego brata tak????? Powinienem cię nauczyć szacunku do starszego brata, ale - zachwiał się - kręci mi się trochę w głowie.
    Przynajmniej już mówisz w miarę normalnie. Wstawaj, będziesz musiał mi pomóc w pewnym zleceniu...i nie skaml, bo chlejesz i chędożysz za moje pieniądze.
    Za nasze - przerwał mi - za nasze Midor, prawie zawsze Ci pomagam
    No tak, tu musiałem mu przyznać rację. Pomagał mi prawie we wszystkich zleceniach, o których wiedział, a przecież nie musiałem zapoznawać go ze wszystkimi moimi zadaniami.
    Dobra zabieraj dupę w troki i idziemy. Zajdziemy jeszcze do Gurka, jego pomoc również się przyda.
    Ooooo....właśnie mi przypomniałeś - chlapnął się w czoło tak mocno, że po odjęciu ręki została na nim czerwona plama - Gurke wyjechał, gdzieś do rodziny, czy coś takiego, ale kazał mi ci przekazać kilka jego zabawek - poczym wyjął zza pazuchy małą torebeczkę, a w niej kilka róznokolorowych kulek.
    Tak, Gurke był gnomem, a w dzisiejszych czasach napotkany gnom był albo złodziejem i oszustem, albo genialnym wynalazcą, z którego wszyscy się śmieją, ale równocześnie bojąc się go ,a właściwe jego dziwnych wynalazków. Gurke był na szczęście tym drugim, czyli wynalazcą, (na szczęście dla mnie oczywiście). Każdy gnom miał wrodzone umiejętności, coś jakby magiczne i jedni wykorzystywali to by szkodzić innym (w większości, bo to strasznie wredne stworzenia), a inni tak jak Gurke, aby pomagać innym (zwłaszcza mnie), za drobną opłatą oczywiście. Tylko ja miałem to wszystko za darmo ,jako że kiedyś pomogłem mu w pewnych interesach, ale to były dawne czasy. Szkoda, że go nie było, bowiem poza tworzeniem bardzo przydatnych ,,zabaweczek'', jak on to zwykł nazywać, był świetnym włamywaczem oraz strzelcem. Trudno. Będziemy musieli poradzić sobie bez niego.
    Ty brat, co to za kulki???
    Nie mam pojęcia - skłamałem, ale po co zaprzątać jego obolałą głowę niepotrzebnymi informacjami. - Ale wiem, co teraz zrobimy. Udamy się do mojego domu.
    Naszego Midor, naszego - poczym poszedł przodem, drapiąc się jednocześnie w głowę i po brzuchu co przy jego idiotycznej minie stwarzało wrażenie, jakby Poki był spokrewniony z szympansem, ale to raczej nie byłoby możliwe. Chyba, że został adoptowany - pomyślałem z uśmiechem.
   
   
***

   
    Jako że dostawałem wielokrotnie, całkiem dobrze płatne zlecenia, dom mój, przepraszam mój i mojego brata przedstawiał się na tle innym domostw w dzielnicy portowej, bowiem tak niektórzy naszą dzielnicę nazywali, jako że w tej właśnie dzielnicy usytuowany był port, całkiem przyzwoicie. Znajdował się on właściwie na skraju miasta praktycznie przy samej przystani. Był to w prawdzie nieduży, piętrowy domeczek, ale bardzo zadbany, co w dzisiejszych czasach było rzadkością. Weszliśmy do budynku, a naszym oczom ukazał się widok ten co zwykle, czyli sporej jadalni z dużym stołem oraz schody na wyższe piętro. Zjedliśmy resztki śniadania i poszliśmy od razu na górę. Nasza sypialnia, jak to sypialnia, miała dwa łóżka oraz pokaźną szafę mogącą pomieścić ciuchy me i mojego brata. W rogu stała niewielka brytfanna z ciepłą wodą, a w oddzielnym pomieszczeniu miedziany nocnik, wiadomo do czego.
    Midor, może mi powiesz coś o tym zleceniu??? - zaczął Poki
    Hmm....no dobrze, niech Ci będzie. Skoro masz mi pomagać to musisz co nieco wiedzieć o tej sprawie.
    Opowiedziałem mojemu bratu o zabójstwach, o wszelkich podejrzeniach, trochę o historii miasta, pomijając co trudniejsze i zmuszające do bardziej intensywnego myślenia szczegóły. Oraz generalnie zapoznałem go z sytuacją i ofertą burmistrza.
    Nieźle, nieźle. Słyszałem coś o tym. Podobno to jakieś rytuały czy coś takiego, wiesz?? I wydaje mi się, że to może być jakaś sekta, w którą zaangażowanych może być bardzo wiele osób - spojrzał na mnie takim wzrokiem jakby co najmniej dokonał czegoś niewiarygodnego ,np. znalazł dowody na potwierdzenie tej idiotycznej teorii, co to niby Ziemia jest kulą . Swoją drogą kilku próbowało, z dumą patrzyli w oczy biskupa i uczonych, gdy przedstawiali swoje pseudodowody, poczym kończyli na głównym placu, paleni żywcem na stosie, przy okrzykach gawiedzi. Marny koniec. Ale takim wzrokiem spojrzał na mnie ten tłumok. Wzrokiem, który wskazywał na to, że mój brat myśli (albo przynajmniej mu się tak zdawało), co wcale nie wróżyło nic dobrego. Ale może to po prostu negatywne skutki nadużywania alkoholu i może mu to minie. Zresztą nieważne.
    Może brat, może. Zobaczymy.
    Wyruszamy jutro rano??? - spojrzał na mnie jeszcze zamglonym wzrokiem.
    Nie brat. Kładź się spać, bo wyruszamy tej nocy. Wiem wszystko, czego mogę się dowiedzieć i musi to nam wystarczyć. Kładź się musisz się wyspać i całkowicie wytrzeźwieć, bo twa pomoc może okazać się nieodzowną.
    Widząc jak brat kładzie się na swoje posłanie sięgnąłem po taboret, wszedłem na niego i mniej więcej w odległości pół łokcia od lewego rogu sypialni nacisnąłem na sęk w suficie. Natychmiast usłyszałem szczęk i popuszczenie blokady, a drewniana klapa opadła na dół ukazując mi wejście na strych. A przynajmniej do pomieszczenia, które zwykłemu, niedoinformowanemu człowiekowi wydałoby się strychem. To było również dzieło mojego przyjaciela Gurka gnoma wynalazcy. Podciągnąłem się, zapaliłem lampkę gazową i przeczołgałem się do końca pomieszczenia. Tak, tu znajdował się swego rodzaju mój arsenał. Komplet noży, do rzucania i nie tylko, dwie kusze - ciężka i lekka, zapas bełtów i wiele innych ,,zwykłych'' atrybutów. Jednak ja chroniłem tu przede wszystkim zabawki wspomnianego wcześniej gnoma, o tak. Komplet pocisków do kuszy roboty Gurka - przeczytałem napis na drewnianym pojemniku. Miotacz pocisków, kusza roboty naszego kochanego gnoma i wiele, wiele innych zabawek. Wszystko to wielokrotnie przydawało mi się i ratowało mnie z niejednej opresji. Odłożyłem na bok kuszę roboty Gurka, bardzo przydatna dzięki swym małym rozmiarom oraz urządzeniu pozwalającym na szybkie przeładowywanie i wystrzeliwania serii strzał tzw. ,,kusza samopowtarzalna'', wierzcie mi bardzo przydatna. Odłożyłem specjalną maść, z pozoru wygląda na czarną breję, ale po wysmarowaniu się nią, praktycznie żadne istniejące zwierze cię nie wyczuję i nie wywęszy, poza tym dobry kamuflaż. Również ciekawy atrybut skrytobójcy. Linkę z kotwiczką, na wypadek potrzeby wspinaczki. Torbę z pajączkami (specjalne metalowe przedmioty zaopatrzone w kolce), często się przydaje. To co chyba może okazać się w ciemnych kanałach niezbędne, czyli ,,Nocne gogle Gurka'', dzięki którym w dużych ciemnościach będę mógł widzieć, podobnie jak zresztą gnomy. Odłożyłem dwie pary. Malutki łomik i co najważniejsze........ dwa sztylety i stalowa linka, z którym ja i chyba każdy assassin się nie rozstaje. Wyjąłem zza pazuchy kolorowe kulki przekazane mi przez brata i ułożyłem je przy komplecie. Zawsze lubię być przygotowany, zanim wyruszę na misję. Ułożyłem się przy ,,narzędziach'' z nadzieją, że nie prześpię całej nocy myśląc jeszcze nad nocną wyprawą.
   
   
***

   
    Mirdor, Midor, obudź się już środek nocy.
    Obudziłem się. A jednak, zaspałem. Dobrze, że brat, już zupełnie trzeźwy zdołał na czas wstać i mnie obudzić. Przeciągnąłem się, ziewając przy tym głośno, poczym wziąłem moje rzeczy, część dałem bratu.
    Masz znieś to na dół. - powiedziałem nie będąc pewnym czy już się całkowicie obudziłem.
    Zeszliśmy na dół, ochlapałem się zimną wodą z cebrzyka, poczym podałem bratu wcześniej wspomnianą czarną maść.
    Masz wysmaruj się tym
    Znowu??? I tak rzadko kiedy się przydaje - odrzekł z wyrzutem. Jemu faktycznie może rzadko kiedy się przydawało, natomiast mnie nader często.
    Wysmarowaliśmy się czarną breją i nawet nie dało się już czuć w powietrzu smrodu niemytego chyba od kilku dni ciała mojego brata. Tak, Gurke miał łeb na karku i zawsze wszystko przewidział - pomyślałem. Do pasa przypiąłem dwa, ostre jak kły rekina sztylety, małą materiałową torebeczkę z kolorowymi, ,,tajemniczymi'' dla niewtajemniczonych kulkami. Za pas włożyłem również moją ,,prawą rękę'' i nieodłącznego towarzysza wszelkich wypraw - moją posrebrzaną, stalową linkę, która zaciska się na gardle tak precyzyjnie i tak płynnie, że całkowicie zablokowuję drogę powietrza do płuc w ciągu kilku sekund ,nie zostawiając przy tym żadnych skaleczeń na szyi ofiary. Przy boku zawiesiłem malutką, samopowtarzalną kuszę Gurka z załadowanymi od razu pięcioma bełtami. Dodatkowy pojemnik, pełniący rolę ,,magazynka'' przyczepiłem po drugiej strony pasa. Brzmi to tak jakbym obładowywał się do granic możliwości, ale w istocie, tak sprawny i doświadczony człowiek jak ja, potrafi sobie z tym wszystkim poradzić bez problemu. Do ramienia przymocowałem specjalny pojemnik do którego wsypałem trochę pajączków. Na oczy nałożyłem specjalne gogle mojego przyjaciela gnoma, pozwalające mi widzieć w ciemności. Linę z kotwiczką, po usilnych namowach brata sobie darowałem. Wszystko to przykryłem swoim czarnym płaszczem. Pokowi ,,pakowanie się'' nie zajęło wiele czasu. Do pasa przypiął sobie kilka sztyletów do rzucania, narzucił na siebie czarny płaszcz, podobny do mojego a na plecy zawiesił swoje ukochane skarby. Dwie, piekielnie ostre szable ze Szkarłatnych Krain (domyślcie się od czego pochodzi ta nazwa) z zakrzywionymi końcami. Była to broń mistrzowskiej roboty, a magiczne ostrzenie, jakiemu zostały poddane, pozwalało właścicielowi ściąć do trzech, albo i czterech głów na raz. Ponadto ostrza te nigdy się nie tępiły, co sprawiało, iż stały się one celem zakusów wielu złodziei, których mój brat cierpliwie i niestrudzenie posyła do piachu. Po całym przygotowaniu wyszliśmy na zewnątrz. Wyglądaliśmy jak dwa mroczne elfy szukające rozrywki, np. w wycięciu tej dzielnicy w pień, a raczej wyglądalibyśmy, bo było tak ciemno, że gdyby nie gogle Gurka nie widział był własnych dłoni. Oczywistą rzeczą jest, że mój brat również owe gogle posiadał.
    No to jak wejdziemy do tych kanałów??? - zapytał się mój brat???
    To akurat nie jest trudne braciszku, wystarczy bowiem wejść do wschodnich kanałów i .....jakoś się znajdzie, Baltazar mówił, że są one za wschodnimi granicami miasta, więc ...co w tym trudnego, przecież nikt nie dałby rady ukryć sieci kanałów, na pewno gdzieś tam są. Martw Ty się lepiej co będzie jak już tam dojdziemy.
    O to akurat się nie martwię - zaśmiał się poklepując rękojeść jednego ze swoich mieczy.
   
   
***

   
    Wejście do wschodnich kanałów znajdowało się dosłownie przy samym murze oddzielającym nasze miasto i ,,zewnętrzny świat''. Krata nie była ani za specjalnie ciężka ani jakoś wyjątkowo przymocowana, tak jakby ktoś nie brał pod uwagę, że dwóch pseudobohaterów będzie tędy wchodziło w celu zlikwidowania sekty najprawdopodobniej groźnych oszołomów. Zresztą, ja sam też bym nie spodziewał się, że znajdą się tacy idioci. Zeszliśmy po drabince prosto w śmierdzącą, płynącą breję. Przeszliśmi kawałek i okazało się, że nie istnieje coś takiego jak tunel prowadzący dale na wschód. Wszystkie tunele prowadził na zachód bądź na południe i północ, ale nie na wschód. No to mieliśmy problem. Obejrzałem dokładnie wschodnią ścianę kanałów. Opukałem w celu znalezienia jakiś sekretnych drzwi i o dziwo nic nie znalazłem. Wróciliśmy się do punktu wyjścia, czyli do drabinki za pomocą której zeszliśmy na dół. Przysiedliśmy na stopniu i zastanawialiśmy się (przynajmniej ja się zastanawiałem, za brata bym nie ręczył). Siedziałem tak, bez nadziei i bez pomysłu gdy moim oczom ukazało się coś czego wcześniej nie zauważyłem. Jakieś trzy metry nad ziemią, przy samym suficie znajdował się niewielki, na szerokość mnie więcej metra otwór zasłonięty kratą, z którego pierwotnie leciały ścieki, co można było zauważyć po swoistego rodzaju zaciekach. Nie przyszło mi wcześniej do głowy żeby szukać wejścia poza moim polem widzenia.
    No brat, chyba jesteśmy w domu - zaśmiałem się
    Wysokość trzech metrów i to przy tak chropowatej i nierównej powierzchni jaką bez wątpienia była ściana kanałów nie stanowiła dla zwinnego, silnego i zdrowego mężczyzny żadnego problemy i bez problemy można się tam dostać bez żadnej liny. Wspiąłem się na ścianę po wystających kamieniach i nożem delikatnie podważyłem kratę. Widać, że była dość często używana. Podałem ją bratu i sam podciągnąłem się do wejścia. Poki zrobił to samo. Czołgaliśmy się tak przez około dziesięć, może piętnaście metrów i nawet żaden szczur na nas nie pisnął. Ach ta maź Gurka, jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. Przed nami znajdowała się krata, tak sama jak ta która zasłaniał wejście, oraz zakręt w lewo. Zajrzałem przez kratę i nie zauważyłem żywej duszy.
    Co to za ohydztwo - zauważył mój brat, bowiem za kratą rozpościerała się duża sala.
    Na środku stał niewielki ołtarzyk, a nad nim swój majestat ukazywał wielki wilkołak zrobiony najprawdopodobniej z białego marmuru. Najprawdopodobniej, bowiem cały był zalany krwią, a na balach wokół ołtarza zaczepione były głowy nieszczęśników, którzy wpadli w łapy tych zboczonych świrów. O ludziach - wilkach wiedziałem wiele, bowiem czytałem o nich kiedyś w starej bibliotece, w osadzie, gdzieś za górami, pewnie drugi raz bym tam nie trafił, ale nie wiedziałem, że mają swoich zwolenników, nawet powiem ,że wyznawców wśród rasy ludzkiej. Starsi ludzie uważali wilkołaków za złe duchy, ja tam w nie nigdy nie wierzyłem, ale miło się o nich czytało. Na ołtarzu leżały jeszcze szczątki ludzkiego mięsa. W tym momencie przeszła mi przez głowę myśl, że może to nikomu nie znane ,dawno już zapomniane i mistyczne plemię wilkołaków zbierające za pomocą rytuałów siły niezbędne do zniszczenia rasy ludzkiej. Nie to niemożliwe - pomyślałem, ale miałem nie miłe uczucie jakby coś mi się przypatrywało. Coś nie ktoś. Bez liny nie sposób było zejść przez kratę nie łamiąc sobie karku, bądź w najlepszym wypadku nóg, bowiem znajdowała się na wysokości ponad dziesięciu metrów w tamtej sali. Skręciliśmy zatem w lewo. Zapach zeschłej krwi bił nas w nozdrza, a świadomość, że w tak wąskim tunelu nic nie możemy zrobić poza czołganiem się wzmacniało we mnie uczucie trwogi, które mówiąc szczerze do tej pory było mi raczej obce. Dzięki goglom zauważyłem w odległości około dwóch, trzech metrów spadek. Podczołgałem się bliżej i zauważyłem wąską, jednoosobową, metalową drabinkę, której najwidoczniej czas nie oszczędzał, co można było spostrzec po wielkich, pomarańczowych plamach rdzy. Zeszliśmy po niej, trochę ze strachem powodowanym ciągłymi ruchami i bujankami drabinki, a wysokość była na tyle duża, że mimo gogli Gurka nie widziałem jeszcze podłogi. Na szczęście drabinka wytrzymała, a my dotarliśmy do podestu prowadzącego do kolejnego tunelu. Hmmm.....ciągle miałem wrażenie, że coś nas śledzi. Dla wszystkiego rozsypałem pod drabinką kilka pajączków. Niech nasz gość będzie miał chociaż trochę radochy ze śledzenia skrytobójcy. Przeszliśmy trochę dalej i usłyszeliśmy donośny wrzask, ale nie brzmiał jak ludzki. Brzmiał jakby jakieś dzikie zwierze wpadło w sidła. Przynamniej tak miał brzmieć. Chwilę nasłuchiwaliśmy, poczym ruszyliśmy dalej. Tym razem postanowiliśmy się skradać. Zajmie nam to trochę więcej czasu, ale przynajmniej nic nas nie zauważy. Taką przynajmniej miałem nadzieję. Dobrze ,że ten tunel był i wyższy i szerszy, bowiem od tego czołgania bolały mnie już łokcie. Poza tym lepiej się czułem z przekonaniem, że zawsze mogę wyciągnąć nóż lub kuszę, a mój brat miecze i żadna ściana czy sufit nam w tym nie przeszkodzą. Skradaliśmy się powoli, ale wiedziałem, że rozsypane pod drabiną pajączki nie zatrzymają śledzącego nas stwora lub zwierzęcia. Przystanąłem na chwilę, a mój brat zapatrzony na sufit wpadł na mnie, a serce pewnie od razu podskoczyło mu do gardła.
    Co ty wyprawiasz chcesz żebym zawału dostał - wyszeptał - Co tak stoisz, te stworzenie z tyłu zaraz nas dogoni.
    I oto właśnie mi chodzi - odrzekłem patrząc na dziwne ochwyty umieszczony pod sufitem. Być może były to uchwyty na lampy bądź pochodnie z czasów kiedy te kanały służyły jeszcze ludziom.
    Potarłem ręce o siebie i skoczyłem. Chwyciłem się metalowych uchwytów i się podciągnąłem. Były na tyle mocne żeby utrzymać dorosłego człowieka, to dobrze. Podciągnąłem nogi i przystawiłem je do ściany. Wyglądałem mniej więcej jak ktoś który z całych sił chciał wyrwać te uchwyty odpychając się nogami od ściany. Przynajmniej miałem je na tyle podkurczone, że idąc prosto nie dało się ich zauważyć. To samo zrobił mój brat kilka metrów dalej. Modliłem się do wszystkich bogów jakich znam aby te uchwyty wytrzymałe. Na naszego ,,towarzysza'' nie trzeba było długo czekać. Nadszedł kuśtykając i sapiąc. Przystanął i węszył. Ha - pomyślałem, gdy jesteśmy pokryci tą mazią to wilkołak nie wilkołak, nikt i nic nas nie wywęszy. Z góry faktycznie to coś wyglądało jak Człowiek - wilk. Wysoka, barczysta postać pokryta ciemną sierścią. Węch oraz widzenie w ciemności (nie zauważyłem żadnych binokli ani pochodni) również przemawiały za tym, iż to może być to mistyczne stworzenie. Wilkołak, nie wilkołak, dobry skrytobójca potrafi ,,zdjąć'' każde stworzenie. Odczekałem na odpowiedni moment po czym zwinnie i cicho jak kot zeskoczyłem za około dwumetrową postać zakładając w trakcie mu na szyję pętlę moją stalową linką. Wiercił się ile miał sił (a miał ich wiele), ale gdy ofiara, a właściwie jej mózg nie dostaje powietrza, siły opadają tak nagle i szybko, że Stwór krztusił się będąc zupełnie bezsilny wobec czekającej go przyszłości, a właściwie jej braku. Jego ciało lekko jeszcze drgało, to dreszcze po śmiertelne - pomyślałem, aż wreszcie osunął się bezszelestnie na podłogę. Dla pewności przetrzymałem go jeszcze trochę po czym rozluźniłem pętle i schowałem moją ,,nieodłączną towarzyszkę'' - stalową linkę. Spojrzałem na ogromne owłosione plecy i coś było nie tak. Odwróciłem ,,stwora'' i wtedy zobaczyłem, że wilkołak w rzeczywistości był tylko masywnym człowiekiem odzianym w skórę wilka. Poza tym posiadał dziwne malunki na całym ciele. Ale skąd u zwykłego człowieka taki węch i wzrok??? Możliwe, że po wielu latach życia w tych kanałach ludzkie zmysły przyzwyczaiły się do warunków, co sprawiło, że stały się bardziej wrażliwe - pomyślałem - ale mogłem się przecież mylić.
    To ludzie, silni, zwinni, mający zwierzęce instynkty, ale ludzie - powiedziałem do schodzącego brata.
    Ludzie??? - upewnił się brat, poczym wyciągnął zza pleców dwie, szerokie, naprawdę robiące wrażenie szable. - To dobrze, przynajmniej można ich normalnie pozabijać - wyszczerzył zęby. Wiadomo było, że wilkołaki to stworzenia wrażliwe na srebro, a zwykłe rany, zadane przez człowieka goją się im z nadzwyczajną prędkością.
    Myślę, że to już nie nasza sprawa. Przecież nie staniemy do otwartej walki - powiedziałem bez przekonania.
    Co mówiłeś?? - spojrzał na mnie tylko brat kierując się do przodu. Dużo śmielej - zauważyłem.
    Nie można ich lekceważyć, mówiłem przecież ,że mają nadzwyczajną siłę i prawdopodobnie zwinność - krzyknąłem za nim, ale nie dość wcześnie.
    Gdy dobiegłem do braciszka stało tam już co najmniej sześciu, odzianych podobnie jak poprzedni ,,mieszkaniec tych kanałów'' w wilczą skórę, potężnie zbudowanych postaci - również z wytatuowanymi znakami. Nie mieli broni, ale każdy, bez wyjątku miał dłonie ,,odziane'' w szpony - wilcze szpony, chociaż trochę większe. Porozumiewali się ze sobą warcząc. Nic nie rozumieliśmy, ale nie brzmiało to jak zaproszenie na obiad.
    Co oni mówią Midor?? - skinął na mnie brat
    A niby skąd mam to wiedzieć??
    No to pora wypróbować na nich moje ostrza.
    Zanim zdołałem coś powiedzieć brat runął na ,,pseudowilkołaków'' z rozpędem starając się zadać im ciosy, cięcia i pchnięcia . Patrzyłem na to wszystko z ogromnym zdziwieniem, gdyż nigdy nie widziałem takiej szybkości i zwinności wśród zwykłych ludzi. A może nie byli to zwykli ludzie - pomyślałem. Unikały praktycznie każdego ciosu, a przecież mój brat nie był jakimś zwykłym wykidajło tylko wprawionym szermierzem. Nie czekając aż rozerwą swoimi szponami mego brata na strzępy wyjąłem woreczek z kolorowymi, ,,tajemniczymi'' kulkami. Wyjąłem żółtą (miałem nadzieje, że to żółta a nie zielona, bo mimo gogli mogłem się przecież pomylić) i cisnąłem ją pod nogi morderców. Wydobył się z niej jasnożółty dym (na szczęście dobrze trafiłem), powodujący ogólne osłabienie organizmu trwające co najmniej kwadrans. Chwyciłem na wpół przytomnego brata i szybko się wycofałem, żeby sam nie wpaść we własne sidła. Skręciłem w wąski tunel, a właściwie ślepy zaułek, którego wcześniej nie zauważyłem biegnąc za bratem. Tam oparłęm brata o ścianę i czekałem. Czas, tylko to mu teraz pozostało, nam pozostało. Mieliśmy go dokładnie tyle ile mój brat będzie osłabiony. W taki razie zostanie tylko nadzieja, że ,,wilczki'' pójdą nas szukać nie skręcając w wąski tunel.
    O jej...już mi lepiej brat, chodźmy - jęknął Poki próbując wstać. Udało mu się to.
    Gdzie?? - w tym momencie usłyszeliśmy donośny ryk wychodzący z kilku gardeł. To z pewnością nasze ,,niedoszłe ofiary'' dochodziły do siebie.
    Możesz już chodzić??? Zaraz powinieneś całkowicie dojść do siebie.
    Czym ty w niech rzuciłeś??? A poza tym to mają być zwykli ludzie??? Nie wiem czy w ogóle któregoś trafiłem.
    Przecież mówiłem, zwykli ludzie z nadzwyczajną siłą i prawdopodobnie zwinnością, nie mówiłem?? To był jedna z tych kolorowych kulek Gurka. Prototyp. Dał Ci je żebym je przetestował.
    Niech no ja dorwę ich pojedynczo to nogi z dupy powyrywam - odburknął wstając przy okazji.
    Cisza idą -szepnąłem
    ,,Idą'' to było za delikatne słowo. Oni pędzili prosto, ale nie na nas. Tak jak myślałem, a właściwie miałem nadzieje, że tak się stanie - stwory, nie czując naszego zapachu, pędziły przed siebie. Na razie byliśmy bezpieczni, ale trzeba było stąd uciekać, ale najpierw...
    Chodźmy - ruszyłem do przodu
    Co??? Gdzie ty leziesz, kierunki Ci się pomyliły??? Znasz takie powiedzenie ,,Nie wchodź w paszczę lwa''???
    A co chcesz wracać i dokończyć swoją walkę z tymi sześcioma tam?? - wskazałem palcem kierunek z którego przybyliśmy
    Może masz racje - rzekł i ruszył za mną ciągle kurczowo trzymając swoje szable.
    Doszliśmy do miejsca, w którym spotkaliśmy grupkę morderców i poszliśmy dalej, powoli i cicho, najciszej jak to było tylko możliwe. Weszliśmy do wcześniej widzianej z góry, zza kraty, obszernej sali z ołtarzem i pomnikiem pokrytym ludzką posoką. Widok ten połączony jeszcze z widokiem odciętych, a właściwie to oderwanych głów mieszkańców Rachudu przyprawiał o mdłości nawet mnie, któremu przecież śmierć i krew nie były obce..
    Hmmm.... to interesujące - powiedział brat obracając w dłoni czarny, ale błyszczący jak diament amulet zawieszony na szyi Człowieka - wilka z marmuru.
    Podszedłem i zerwałem nie bez obaw i schowałem go do kieszeni. Nim zdołałem przyjrzeć się dokładniej ołtarzowi i posągowi poczułem kłujący ból i mrowienie w lewej łopatce. Gdyby nie brat, to pewnie bestia zadała by drugi, tym razem śmiertelny cios. Brat rzucił się na ubranego podobnie jak inni wyznawcy tego dziwnego i ohydnego kultu z impetem taranu, tak, że ten ledwo utrzymał się na nogach. Pomógł mi wstać poczym przygotował się do ataku (bądź do obrony, ja jestem tylko skrytobójcą, a nie szermierzem). Chwilę patrzyli się na siebie poczym rzucili się na siebie jak dwa rosłe niedźwiedzie parując i zadając straszliwe ciosy, z których każdy gdyby dosięgnął celu byłby śmiertelny. Brat miał okazję udowodnić sobie, że w pojedynkę będzie górą, ale stwór nie dawał za wygraną i napierał na Pokiego całą swoją siłą i szybkością. Odskoczyli od siebie. Złapali trochę tchu i znów ruszyli na siebie. Tu nie było czasu ani miejsca na żadną finezję. Żadne piruety, finty i inne uderzenia znane praktycznie tylko wybornym szermierzom przy niezwykłej zwinności przeciwnika nie przynosiły efektu. Tu ważna był siła i spryt oraz umiejętność nie dania się zabić. Biegali po całej sali zadając piekielnie mocne ciosy i takie same ciosy parując. Każdy z nich myślał tylko o tym jak zabić swego przeciwnika. Wierzyłem w brata i jego umiejętności, dlatego też opatrywałem sobie w tym czasie ranę, w sposób niekonwencjonalny i może trochę laicki, ale co najważniejsze skuteczny. W tym czasie jeden z sparowanych ciosów ,,wilkołaka'' zwalił z nóg mego brata. To dodało pewności stworzeniu, które zrobiło straszliwy błąd. Rzuciło się na mistrza miecza i szermierki nie myśląc zupełnie o obronie. Unik, obrót, przetoczenie się pod ciosem i głębokie cięcie od góry wystarczyło by z boku napastnika trysnęła smuga krwi. Raniony, chyba pod wpływem adrenaliny rzucił się jeszcze na swojego przeciwnika, ale nie miał już tyle siły i szybkości co wcześniej. Brat szybkimi trzema głębokimi cięciami powalił bestię, która w kałuży krwi wydała swój ostatni ryk.
    Tnij mu łeb i do wora. W nogi zaraz tu przylezą kolejni - krzyknąłem do brata, który natychmiast wykonał mój rozkaz.
    ,,O wilku mowa'' - pomyślałem. Krata, umieszczona ponad dziesięć metrów nad ziemią, przez którą wcześniej to miejsce widzieliśmy opadła a z otworu wyskoczyło sześć ogromnych, wytatuowanych, odzianych w wilcze futro stworów. Najprawdopodobniej tych, którzy już wcześniej nas zaatakowało. Najpierw jeden, a za nim pozostałe pięć. Jak widać wysokość ta wcale im nie przeszkadzała gdyż zeskoczyli na podłogę płynnie jak kot, nie robiąc sobie przy tym krzywdy. Teraz krzywda groziła nam.
    Szybko tutaj, za posągiem są drzwi. - krzyknął brat, poczym nawet nie sprawdzając nawet czy były otwarte czy też nie wyważył je mocnym kopniakiem.
    Wyjąłem ,,samopowtarzalną kuszę Gurka'' i wystrzeliłem bełt prosto w korpus najbliższego, pędzącego na nas stwora. Wcale go to nie spowolniło. Wystrzeliłem w niego pozostałe cztery, a przy każdym trafieniu tylko się odginał i rycząc przeraźliwie, z bólem w oczach pędził na nas, ile miał sił w nogach. Dopiero czwarty, a w konsekwencji piąty bełt zwalił go na kolana. Klęczał tak jeszcze chwilę patrząc na mnie z wściekłością mogącą przerazić każdego oprawcę, czy inną osobę, która do takich widoków powinna być przyzwyczajona, warknął, poczym runął twarzą w kałuże własnej krwi. Trwało to wszystko dosłownie chwilę, ale widziałem, że skoro jeden magazynek bełtów starczy na jednego stwora, to nie ma sensu walczyć z nimi takimi sposobami.
    Chodź już - ciągnął mnie brat do wyjścia.
    Jeszcze tylko jedno. - odrzekłem, poczym sięgnąłem ponownie po woreczek z kulkami i wyciągnąłem zieloną kulką.
    Podrzuciłem ją lekko poczym rzuciłem nią prosto pod nogi wściekłych i ryczących jak zwierzęta napastników. Jeszcze zza rogu zerknąłem, chciałem się upewnić co do efektu. Zielony gaz wydobywający się z owej kulki wypalał przeciwnikom wszystko, był to bowiem najbardziej żrący kwas znany ludzkości. Ale skoro dopiero pięć bełtów może je zatrzymać wolałem się nie upewniać, że gaz będzie dla nich zaporą nie do przejścia, bo i nie był. Szybko
    Podążyłem za moim bratem i pędziliśmy ile sił w nogach, nie wiedząc nawet gdzie pędzimy.Za nami słychać było wściekłe ryki. Pełno wyć i wrzasków, co znaczyło iż do pościgu dołączyło więcej wyznawców tego ohydnego i brutalnego kultu.
    Co ty znowu im podrzuciłeś?? - zapytał mnie sapiąc w biegu brat
    Kolejną zabaweczkę Gurka - uśmiechnąłem się, mimo, że nie było mi teraz do śmiechu.
    Pędziliśmy przed siebie, wzdłuż wijących się korytarzy. Gdzie my w ogóle biegniemy??? Przecież jesteśmy już poza miastem - pomyślałem. Ale długo sobie tym głowy nie zwracałem tylko pędziłem za starszym bratem. Miałem tylko złudną nadzieję, że on wie gdzie biec, aby uciec. Potwory były coraz bliżej, o czym mogły świadczyć okropne, mrożące krew w żyłach odgłosy jakie wydawały. Nie byłem pewny czy nazwanie tego rykiem w pełni ukarze efekt jaki wzbudzał we mnie jak i w Pokim owy odgłos. Było to coś w rodzaju połączenia warczenia i wycia wilka z rykiem niedźwiedzia oraz wrzaskiem czegoś...czego w życiu nie spotkałem i nie chciałbym spotkać. W pewnej chwili brat się zatrzymał.
    Co ty wyprawiasz człowieku, one są coraz bliżej! - krzyknąłem mu prosto w ucho.
    Nie ma - odchrząknął lekko i cicho, że prawie go nie usłyszałem.
    Czego nie ma, co nie ma???? - pytałem się zdenerwowany.
    Nie ma dale drogi, ściana - rzekł lekko łkając i wskazał przed siebie.
    Wyjrzałem zza jego ramienia i faktycznie, jedyne co zobaczyłem, to ciemna, murowana, zniszczona i obrośnięta mchem i porostami ściana. Łzy same ciskały mi się do oczu i to nie z powodu zbliżającej się śmierci tylko z powodu tej chwili. Chwili kiedy one tu dotrą, spojrzą na nas i zaczną nas żywcem obdzierać ze skóry. Tego się bałem okropnie.
    Chwila - rzekłem próbując głębokimi wdechami dotlenić i tak już ledwo pracujący mózg. - z tego co wiem, to do życia roślin, mchów i porostów potrzebne jest światło, słońce do diabła. Jak to możliwe, że one tu rosną skoro tu jest ciemno jak ... -nie dokończyłem, gdyż odpowiedź sama się nam ukazała
    Prosto na nasze twarze błysnęła smuga światła wschodzącego słońca. Przechodziłsa tu przez szczelinę na górze. Nie, nie szczeline, przez zarośnięty właz. Starodawne wejście do kanałów - krzyknąłem. W prawdzie drabiny żadnej tu nie było, ale po tak zniszczonej i obrośniętej ścianie każdy laik potrafiłby się wspiąć. Szybko, starając się nie słuchać nadchodzących bestii wspiąłem się i nożem zacząłem podważać w miarę lekki właz. Ciąłem korzenie i porosty, które obrosły właz, przez co ten utkwił tak i stał się niewidoczny z zewnątrz. Z pomocą brata pchneliśmy mocno i coś ruszyło. Pierwsza bestia już była widoczna i gnała na nas z ogromną furią (chociaż to mało powiedziane). Ślina kapała jej na boki, a ona wrzeszcząc strasznie gnała do przodu z pazurami ostrymi jak brzytwa, o czym mogła się przekonać moja łopatka. Nareszcie wejście się otworzyło. Zeskoczyłem na dół.
    Midor idioto!! Co ty wyprawiasz - krzyknął brat zwalając na zewnątrz kupę ziemi i cienki, podniszczony przez czas właz do zapomnianych kanałów.
    W ciągu kilku sekund wsadziłem w przegrodę małej kuszy zapasowy magazynek bełtów. Przesunąłem specjalny przełącznik i wystrzeliłem salwę pięciu bełtów prosto w rozwścieczone zwierzę, bowiem człowiek nie byłby zdolny do czegoś takiego. Bestia została odrzucona do tyłu. Oparła się o ścianę, spojrzała na mnie. Właściwie nie miała już tatuaży, tylko zżartą kwasem, topiącą się jeszcze skórę. Na twarzy widoczne były dwa odkryte, czerwone od świeżej krwi kości policzkowe. Pół głowy nie miało ani okrycia w postaci zwierzęcego futra, ani w postaci włosów - tylko jedna, wielka, świeża blizna. Stwór stwarzał wrażenie jeszcze żywego i chcącego się na mnie rzucić w ostatnim geście ,,dobroci'', ale tylko osunął się i padł na ziemie wydając głuchy dźwięk spowodowany nagłym opuszczeniem płuc przez resztki powietrza..
    Szybko, widzę kolejne. -krzyknął brat podając mi rękę.
    Chwyciłem ją, podciągnąłem się i już w połowie byłem na zewnątrz, gdy nagle coś złapało mnie za nogę. Poczułem nagłe, promieniujący na całą nogę ból, ale nie mogłem dać za wygraną, nie teraz. Przy pomocy brata podciągnąłem się energicznie rozrywając sobie przy okazji całą łydkę o pazury wyznawcy kultu wilkołaka i wyskoczyłem na zewnątrz. Brat zaczął uciekać, ja stanąłem i naga się pode mną załamała. Upadłem na plecy i leżałem jak bezbronne zwierze czekające na drapieżnika. A tak było blisko - pomyślałem, gdy jeden ze stworów wyszedł z dziury i ukazał się w całej okazałości. Wielki, co najmniej dwumetrowy olbrzym ze szponami potrafiącymi rozerwać każde ciało, a już na pewno człowieka, o czym przekonały się moje: łopatka i łydka. Zawył głośno, brat spojrzał do tyłu i ze łzami w oczach i wrzaskiem rzucił się na stwora. Było jednak za późno. Był za daleko, a ja za blisko. Bestia złapała mnie za płaszcz i bez problemu uniosła mnie nad ziemią. Spojrzała mi prosto w oczy. Widziałem w nich tylko dzikość i chęć zabijania. Takich oczu nie spotka się u żadnego drapieżnika. To nie były nawet wilcze oczy, to był wzrok zabójcy, polującego nie dla pożywienia, ale po to by zabić. Ryknął wściekle i gdy chciał zadać ostateczny cios stała się rzecz dziwna. Słońce wzeszło już całkowicie, ukazując się w pełnej krasie i muskając promieniami wszystko co znajdowało się poniżej, czyli całą Ziemię. Stwór zawył przeraźliwie, ale nie był to jak poprzednio ryk wściekłości i chęci mordu, lecz ryk bólu. Szczerego bólu. Zakrył szponami oczy i próbował znaleźć na ślepo dziurę, z której wcześniej wyszedł miotając się przy tym straszliwie. Prawdopodobnie oczy, przyzwyczajone pod wpływem ciągłego życia pod ziemią do okropnych ciemności nie potrafiły znieść tego, największego i najjaśniejszego światłą - słońca. Nie bez problemów uklęknąłem na zdrowej nodze. Wyjąłem dwa noże i z całym impetem rzuciłem jednym z nich prosto w kark wielkoluda. Zawył wściekle, zacisnął pięści. Nie zdążył jednak nic uczynić, zaraz bowiem z całym impetem wpadł na niego mój brat przebijając bestie na wylot i pchając ją w moją stronę. Mimo ran bestia chciała się jeszcze bronić, ale korzystając z okazji podwinąłem do góry łeb stwora. Ukazała się mi lekko poruszająca się grdyka, podobnie jak całe ciało oznaczona tatuażami, których znaczenia nie znałem i pewnie znać nie będę. Zanim istota zdołała się zorientować i wyrwać drugim noże delikatnie i precyzyjnie podciąłem jej gardło na wysokości grdyki. Tak, aby przeciąć tętnice. Krew buchnęła strumieniami ochlapując przy okazji mnie i mojego brata. Po chwili rzężeń i chrząknięć do których byłem już przyzwyczajony bestia umarła. Dopiero teraz zauważyłem, że był to las, poznałem go. Jak byłe mały chodziłem tu z rodzicami i bratem na grzyby. Toć to kilka mil od wschodniej bramy - pomyślałem. Siedziałem tak w spokoju, lekko oddychając po czym zemdlałem.
   
   
***

   
    Co? Gdzie? - obudziłem się cały spocony.
    Spokojnie, już wszystko dobrze - powiedział brat
    Ile spałem???? - zapytałem z przerażeniem, trzeba było przecież powiadomić władze jeszcze przed zachodem słońca.
    Spokojnie, niewiele - odparł Poki - Prawdę mówiąc, spodziewałem się, że prześpisz co najmniej pół doby, a Ty spałeś dopiero... - pomyślał chwile - ze cztery godziny, ale spokojnie opatrzyłem cię dokładnie i wszystko powinno się w najbliższym czasie zagoić.
    To dobrze trzeba iść do burmistrza. -odrzekłem wstając
    Chyba cię nie przekonam, że powinieneś leżeć i że ja się tym zajmę??
    Spojrzałem na niego.
    Jakbyś mnie znał - zaśmiałem się ironicznie
    Ubrałem się delikatnie i obmyłem z pomocą brata. Wziąłem od brata gruby kij, spokojnie mogący pełnić funkcje kuli, wzięliśmy torby i ruszyliśmy do burmistrza.
   
   
***

   
    Przed budynkiem Herolda stały tłumy. Ze względu na mój stan zdrowia przepychanie się siła zajęło nam trochę więcej czasu niż zwykle. Weszliśmy do budynku. Przeszliśmy przez udekorowany korytarz.
    Fiu, fiu - zagwizdał brat - facet ma chyba kupę kasy, ale to dobrze - zaśmiał się
    To budynek miasta i zbudowany za kasę miasta. - odparłem - a dobrze wiesz jak miasto nie lubi wydawać czy też dzielić się własnymi pieniędzmi.
    Uśmiech zniknął z twarzy Pokiego. Weszliśmy do głównej sali. Tu również siedziało dużo ludzi, a po ich minach widać było, że czekają na spotkanie z burmistrzem chyba już kilka godzin. Bez efektu ma się rozumieć. Od razu, nie patrząc na nikogo skierowaliśmy się do drzwi, do których wcześniej poprowadził mnie Paelron.
    A państwo do kogo??? Burmistrz bez wcześniejszego umówienia nie przyjmuje - powiedziała kobieta średniego wieku, siedząca przy biurku. Wcześniej jej tu nie było, albo przynajmniej jej nie zauważyłem - pomyślałem.
    To ważna sprawa i myślę, że burmistrz będzie zadowolony z naszego przyjścia. - odparłem najgrzeczniej jak tylko umiałem.
    Przykro mi, bez umówienia nie wpuszczę. - nie ustępowała
    Ale to bardzo ważne - próbowałem dalej.
    Bez wcześniejszego umówienia nie....
    Mam to gdzieś paniusiu i niby jak ty chcesz mnie zatrzymać - odparł mój brat poczym minął zaskoczoną i odrętwiałą sekretarkę burmistrza i otworzył drzwi.
    Przykro mi, ale prosiłem - odrzekłem i skierowałem się ku otwartym już drzwiom.
    Gdy weszliśmy do środka siedziały tam cztery osoby: burmistrz Herold we własnej osobie, biskup miasta - Kolotar, jakiś starzec wyglądający jak mędrzec ślęczący nad jakąś grubą księgą oraz młody, średnio schludny mężczyzna, siedzący naprzeciwko burmistrza.
    Nie będzie żadnych dopłat - stwierdził głośno burmistrz odkładając na bok jakieś papiery.
    Co tu tak siedzisz nie słyszałeś co powiedziałem - powiedział zagniewany Herold -Won stąd chłopie, bo każę cię wychłostać. Sio, sio - powiedział to burmistrz robiąc specyficzny gest dłońmi tak jakby wachlował krzesło, które teraz stało już puste, chłop bowiem zniknął tak szybko, że nawet nie zwróciłem uwagi kiedy.
    Oooo.... Witam panie Midorze i panie.... - zaczął burmistrz
    Ee.... Poki, znaczy się Pok Kwapisz, brat Midora. - odrzekł Poki.
    Słyszałem, że skończyłeś swoją misję i spodziewaliśmy się ciebie z biskupem oraz Lizarem - skrybą i głównym inspektorem. To on badał sprawę tych mordów, ma dużą wiedzę na temat różnych rzeczy - stary skryba wypiął dumnie pierś i uśmiechnął się szeroko ukazując prawie gołe dziąsła.
    A jeśli można wiedzieć to skąd pan o tym wiedział??
    Mam przyjaciół wszędzie - uśmiechnął się burmistrz - a więc jakie wieści nam przynosisz skrytobójco???
    Nie zrobiło to żadnego wrażenia na pozostałych. Widać było, że zostali wtajemniczeni. Oparłem się o ramię brata i wyjąłem z jego torby głowę człowieka, bądź stworzenia którego zabiliśmy i rzuciłem prosto na biurko burmistrza. Ten aż podskoczył. Zrobiło to zarówno na nim jak i na biskupie wrażenie, o które mi chodziło. Tylko inspektor bez żadnych emocji wpatrywał się w odciętą głowę i harmonicznie machał głową w dół i w górę.
    Fuj, co to za ohydztwo?? - krzyknął burmistrz.
    Teraz dopiero mogłem się dokładniej przyjrzeć głowie stwora. Wyglądała jak ludzka, z tą tylko różnicą, że była większa, miała głębsze oczodoły, Bardziej wysunięte czoło i dolną szczękę. Poza tym miała większe i masywniejsze kły, ale to może tylko moja wyobraźnia. No i była cała wytatuowana w dziwne symbole.
    To diabeł, istota piekielna. Znak apokalipsy - wstał biskup.
    Nie - zaprzeczył Lizar i wszystkie oczy zwróciły się na niego
    Jak to nie - odrzekł cicho biskup nie przyzwyczajony do zaprzeczenia.
    Tak to nie biskupie, to jest Garulikus Humanus.
    Co takiego??? - wszyscy odpowiedzieli chórem
    Gurulikus Humanus, Dziki Człowiek -wyjaśnił skryba - Myślałem, że wyginęły setki lat temu. To wielkie odkrycie.
    Wielkie to one są i nocą zabijają, to one - nie wytrzymał mój brat - Boją się słońca, dlatego atakują nocą.
    Słońca i każdego innego światła. Żyły w jaskiniach, ale nie były agresywne. Owszem. Czasem zabiły jakiegoś człowieka, ale z głodu i nie w takich ilościach - zastanowił się główny inspektor.
    A i mam jeszcze coś - powiedziałem wyciągając z kieszeni naszyjnik znaleziony przy ołtarzu i podając go staremu człowiekowi.
    Pokręcił nim trochę w dłoni, poprzekłądał go, nawet przymierzył.
    hmmm...to mi wygląda na ......amulet......na amulet - chwilę się zastanawiał jakby szukał w głowie nazwy - na amulet boga Wilka, nieprawdaż biskupie??
    Biskup spojrzał i bez zastanowienia odparł:
    Tak, ale jest jakby trochę.....inny. Zresztą ten kult wymarł dawno temu. Został zabroniony ze względu na brutalne składanie ofiar z ludzi, ale tamte amulety byłe robione z kości wilka.
    Ten jest zrobiony z czarnego diamentu. Wiesz chłopcze jaką wartość przedstawia ten amulet???
    Nie panie - odrzekłem gdyż faktycznie nie miałem pojęcia.
    Pewnie, że nie wiesz, bo byś go nie oddał - uśmiechnął się starzec. - Myslę, że mógłbyś za niego wykupić trzy czwarte naszej dzielnicy, o ile nie więcej. Za taką ilość szczerego czarnego diamentu bez skazy. Nie wiem skąd go wziąłeś, ale powinno to trafić do Muzeum Cudów Archeologii tu w Rachudzie, prawda burmistrzu?? - uśmiechnął się starzec. Nawet nie wiedziałem ,że tu w Rachudzie jest takie muzeum. Burmistrz chyba wciąż był w szoku, bo nawet nie odpowiedział.
    - Trzeba to zniszczyć - odparł po chwili burmistrz. - Wyślemy tam armię
    Nie ma szans - odrzekłem - Ich może być tam bardzo dużo, a żeby zabić jednego trzeba się sporo namęczyć. Poza tym nic tam nie widać jest tam ciemno i siasno.
    Ja tam był ich uwięził tam i czekał aż zdechną - odparł Pok Kwapisz poczym splunął na dywan burmistrza.
    Nastąpiła niezręczna cisza, a oczy wszystkich skierowały się na mego brata. Zawsze twierdziłem, że ten przygłup przez swój brak kultury i ogłady zgubi nie tylko siebie, ale i mnie. I aż mnie zdziwiło kiedy to nie o to wcale chodziło.
    Ty jesteś genialny chłopcze - odparł burmistrz.
    Uwięzić...hmmm - pomyślał starzec - to może się udać. Nie wiecie ile jest wejśc do tego miejsca...a gdzie to w ogóle jest?? - zapytał się wreszcie
    W kanałach - odparłem
    Niemożliwe, kanały w naszej dzielnicy zostały dokładnie przeszukane. Zresztą nie tylko w naszej dzielnicy - poprawił się burmistrz
    Nie dość dokładnie. Chodzi o starodawne tunele, poza miastem.
    Niemożliwe - odparli burmistrz i biskup.
    Możliwe - w tej samej chwili odparł skryba. - oczy dwóch pozostałych z powrotem zwróciły się na starca - Chyba kiedyś o tym czytałem, bądź słyszałem. O tym ,że Rachud zanim otrzymał status miasta był osadą o zupełnie innych granicach, a każda szanująca się wtedy osada...... - opowiedział całą historię, którą ja znałem już wcześniej, dzięki Baltazarowi. - ale...jak to możliwe. Niewiadomo gdzie one dokładnie były. Kiedyś zarządziłem poszukiwania, ale....okazały się bezowocne.
    To prawda, ciężko było - pozwoliłem sobie na drobny uśmieszek.
    A więc, trzeba naprawić historię i sprawić by ten gatunek wyginął....jeszcze raz - rzekł Lazar - główny skryba, inspektor oraz człowiek mający dużą wiedzę o wszystkim.
   
   
***

   
    Jak powiedziano tak zrobiono. Brat pokazał ludziom burmistrza znane mu wejścia, które natychmiast zostały zapieczętowane tak, że sam smok nie potrafił by ich złamać. Wszystko zostało przeprowadzone sprawnie i szybko, aby zdążyć jeszcze przed zachodem słońca. Zostały przeprowadzone dokładne przeszukiwania całego lasu i jego obrzeży w celu znalezienia innych wejść, ale starodawne kanały były za małe, aby mieć więcej wejść. Podobno, po jakimś czasie, w nocy ludziom spać nie dawały przeraźliwe ryki z podziemi, które były gorsze od wszystkiego innego. Ryki dość szybko ustały. Domniemam, iż potwory, z głodu, bądź z chęci złożenia ofiary swemu bogowi pozabijały się nawzajem, ale to tylko domniemanie. Starodawne kazały zostały na zawsze zamknięte i chyba nikt, w najbliższej przyszłości nie będzie próbował tam wejść. Burmistrz wywiązał się z umowy i faktycznie dał mi wolną rękę na terenie miasta. Tak od siebie dał nam jeszcze trzy tysiące srebrnych talarów i czterysta złotych dukatów, co było równoznaczne z uczynieniem nas bogaczami, przynajmniej przez pewien czas. Wyjechałem jednak z Rachudu, bo jaka to przyjemność wykonywać swój zawód kiedy właściwie nie muszę się kryć przed strażą?? Ale najprawdopodobniej wrócę tu jeszcze, a tym czasem zrobiłem sobie wakacje w małym Tironie. Może rozkręcę tam swój biznes?


Strona główna   Szuflada   Skomentuj