Kolor tła: Kolor tekstu:

   Najśmieszniejsza historia

Autor: AJ
Html: skrypt by pBT


    - Lary był mięczakiem. Bał się każdego szelestu, za każdym głazem widział Maputów. Chyba wcale nie sypiał. W każdym razie nikt z nas nie widział go nigdy śpiącego. Nie rozstawał się z bronią. Drżał o swe życie, jak każdy, ale nie potrafił tego ukryć. Inni potrafili.
    Tropiliśmy Maputów dniem i nocą. Gdy przewaga była po ich stronie - Mapuci tropili nas. Jak to na kresach. Cóż - Mapucja była zbyt łakomym kąskiem by pozostawić ją Maputom. Nas było pięciu - to znaczy pięciu penetratorów i ona - bionik wyprawy, istota przedniej rasy i wielkiej dumy, choć tylko kobieta. To zabawne, ale każdy z nas wyczuwał pogardę, jaką tłumiła w sobie. Nie lubię filozofować, ale zdarza się czasem, że istota pośledniego gatunku żywi pogardę wobec gatunków wyższych, jakby wyższość ta była przez nie zawiniona. Tak musiało być właśnie z naszą bionik.
    Tylko Lary jej nie wyczuwał, tej pogardy. Zżymał się, gdy zwracaliśmy mu uwagę na pogardę bionik... Nie wierzył nam, niczego nie dostrzegając.
    Był drobny, nie szczupły nawet, a wręcz - chudy, by nie rzec chuderlawy... W każdym razie nosił na sobie piętno swej słabości i może to w jakiś sposób zbliżało go do naszej bionik.
    Czasem myślę - a robię to oczywiście tylko wtedy, gdy nie mam żadnej poważniejszej roboty na głowie - że darzył tę kobietę jakimiś niezrozumiałymi względami, bo tylko to tłumaczyć mogło jego ślepotę.
    Gdy to się stało, właśnie my byliśmy tropieni przez Maputów. Rozłożyliśmy się obozem w bardzo dzikiej okolicy. Niegościnny, kamienisty teren utrudniał Maputom akcje zaczepne. Rozstawiliśmy automaty strażnicze, uruchomiliśmy noktowizory i samopały. Właśnie bionik miała czuwać jako pierwsza. Sam ją wyznaczyłem, bo była to najbardziej niebezpieczna zmiana.
    Ułożyliśmy się w łaziku, zamknęliśmy szczelnie osłony i po chwili zmorzył nas sen, krążyliśmy bowiem cały dzień po interiorze, a szperacze co rusz piszczały, że czują Maputów.
    Nie mam pojęcia jak to się stało, że samopały zawiodły, nie da się tego już dziś wyjaśnić. Zresztą nie wyjaśniło tego nawet dochodzenie prowadzone przez admiralicję. Gdy się obudziłem, wszystko wokół jęczało i gwizdało, a błyski wybuchów ukazywały przemykające tu i tam postacie. Chwyciłem swój miotacz i wypadłem z łazika, który w każdej chwili mógł stać się celem jakiegoś pocisku. Zaraz za mną wypadł Penta. Lary jak zwykle trząsł się w kącie i udawał, że szuka broni. Byliśmy do tego przyzwyczajeni, zostawiliśmy go więc w spokoju.
    Pozostali byli już na stanowiskach, które wybrałem dla nich z wieczora. Mapuci trzymali się na razie w przyzwoitej odległości, czując respekt przed naszymi miotaczami. Sami posługiwali się dziwaczną bronią miotającą kawałki metalu, wyrzucane z rur wybuchem jakiegoś palnego materiału.
    Bionik miała swój punkt obserwacyjny w sporej odległości od naszej pozycji. Nie wiedzieliśmy jak sobie radzi. Mogło jej już tam nie być i prawdę mówiąc nikt z nas nie liczył, że zobaczymy ją jeszcze żywą. Nie powiem, że było nam jakoś szczególnie przykro... Codziennie ginał któryś z penetratorów, takie były czasy i przywykliśmy do tego. Mapuci podchodzili coraz bliżej, stawali się coraz bardziej bezczelni. Kilkakrotnie użyłem miotacza, by oczyścić przedpole z siły żywej. Ujrzałem, jak jeden z nich biegnie prosto w moją stronę. Zachowywał się dziwnie, nie krył się i wymachiwał kończynami. Zastanowiło mnie to i choć miałem go w celowniku, nie użyłem broni. Tuż za nim biegło dwóch innych. Gdy rozpoznałem w tym pierwszym naszą bionik, było już za późno, by użyć miotacza. Raziłbym ją bowiem razem z Maputami. Ci, mimo ciemności i braku noktowizji, zorientowali się wreszcie, kogo mają w ręku. Przystanęli, by spokojnie wycelować do biegnącej.
    Wyraźnie widziałem przestrach na twarzy bionik. Ciągle nie mogłem użyć miotacza, teraz także dlatego, że w swej głupocie znalazła się na linii strzału.
    Dalej wypadki potoczyły się tak szybko, ze trudno mi dziś odtworzyć chronologię. Mapuci pewni byli sukcesu, likwidacja naszej bionik była dla nich pozbawioną ryzyka egzekucją. Nagle jakiś cień przemknął przez mój ekran. Ktoś przeciał drogę napastnikom w chwili, gdy obaj unieśli swe prymitywne destruktory. Błysk i huk zlały się w jedno z szaleńczym skokiem owej nierozpoznanej postaci. Furiat ów rzucił się na bionik, przygniatajac ją swym ciałem do podłoża. W tym momencie mogłem nareszcie nacisnąć spust, co też uczyniłem. Obaj Mapuci wyparowali prędzej, niż ktokolwiek zdążyłby kichnąć. Potem dałem maksymalne powiększenie...
    Okazalo się, że naszą bionik uratował Lary. To on osłonił ja ciałem i nadal leżał bez ruchu. A gdy Mapuci wycofali się, mogłem podejść do Lary'ego. Na jego plecach widniały cztery czerwone przestrzeliny, ułożone w rządek, jakby ktoś celowo ozdobił mu w ten sposób kombinezon.
    Żył jeszcze, gdy pochyliłem się nad nim. Z trudem poruszał ustami, chcąc przekazać mi jakąś ostatnią informację, ale słowa szeptał niewyraźnie, brzmiało to raczej jak charkot niż mowa. Dopiero po chwili domyśliłem się, co miał do powiedzenia, zanim skonał. Chodziło mu mniej więcej o to, by zdjać jego ciało z naszej bionik, bo obawia się, iż krwią zabrudzi jej kombinezon. Spełniłem tę jego ostatnia wolę. Wkrótce przestał oddychać.
    Często przypomina mi się to dziwaczne wydarzenie, nikt z nas nie potrafił wtedy zrozumieć pobudek, jakie kierowały Larym, był w końcu penetratorem, a bionik... bionik to zawsze tylko bionik i nikt więcej, a nasz był w dodatku kobietą. Zresztą i ona podzielała nasz pogląd, rysując sobie na czole wymowne kółko, gdy ktoś z nas wspomniał przypadkiem Lary'ego. Nie wiem dlaczego miałem ją kiedyś ochotę za to trzepnąć, ale nie lubię bić słabszych, jeśli - oczywiście - nie są Maputami.
    W jakiś czas po akcji uznaliśmy zgodnie, że dziwaczny postępek Lary'ego był jego prywatną sprawą i tak to ująłem w raporcie dla wścibskiej admiralicji.
    Dlaczego opowiedziałem panu właśnie o tym? Bo to najzabawniejsza historia, jaką znam. Coraz mniej chodzi po światach dziwaków podobnych Lary'emu, trzeba mieć dużo szczęścia, by na nich trafić, a szkoda. Żyłoby się wśród nich dużo weselej...


Praca została pobrana ze strony autora: http://www.opowiesc.republika.pl
Histeria posiada zgodę na publikację


Strona główna   Szuflada   Skomentuj