Kolor tła: Kolor tekstu:

   Obraz

Autor: AJ
Html: skrypt by pBT


    - To jedna z mgławic. Numeru nie pamiętam - wyjaśnił Kret.
    Przyglądałem się obrazowi zawieszonemu nad koją mojego przyjaciela, nie bardzo wiedząc, co faktycznie przedstawia. Całość utrzymana w niebieskim tonie była dość abstrakcyjna, jednak zmrużenie powiek pozwalało mi dostrzec tam twarz - przymknięte oczy, włos w nieładzie, wrażenie nieobecności wśród żywych - twarz drzemiącej dziewczyny.
    - Myślałem, że to portret...
    - To mgławica. Z gatunku NGC.
   
    Mijała trzecia doba od chwili, gdy pełni dobrego samopoczucia wystartowaliśmy w kierunku Prokreatora, by odnaleźć tam Papandreę. Nie odzywał się wystarczająco długo, by koordynator nabrał podejrzeń i  - co więcej - mógł uznać je za uzasadnione. Uznawszy zaś za takie - po długich konsultacjach z kalkulatorem, wysłał zwiad pozagalaktyczny.
    Zadanie Papandrei należało do rutynowych, Prokreator nie był obiektem groźnym, a więc milczenie penetratora Papandrei rzeczywiście było w pewnym stopniu podejrzane. Krótko mówiąc - było wystarczająco podejrzane, by koordynator naraził Centrum na koszt nadzwyczajnej wyprawy, który to koszt pokryć mógł tylko niezwykle napięty już fundusz ryzyka penetracyjnego. Ani ja, ani Kret nie mieliśmy pojęcia, jak pomóc człowiekowi, któremu miesiąc temu skończyły się wszelkie zapasy. Koordynator też nie miał, chciał jednak wiedzieć, co się stało i tyle.
    Statek nasz, mała jednostka typu TT, tkwił w bezruchu. Utraciliśmy ciąg, wyhamowanie stało się koniecznością. Nie znaliśmy przyczyn awarii. Wszystko pozornie wydawało się być w porządku, a ciąg zniknął i nie było na niego rady. Trzy doby to oczywiście nie tak znowu wiele, wystarczyło jednak tego czasu, by znaleźć się poza zasięgiem holownika.
    - Wiesz, że mam rację - w głosie Kreta drgało wzburzenie.
    - I co? Ja też często mam rację - odparłem, przewracając się na drugi bok. - I też nic z tego nie wynika - dodałem w kierunku grodzi.
    - Musimy coś zrobić, Paweł - Kret postarał się o pojednawczy ton.
    - Użyjmy wioseł - mruknąłem. Chciało mi się spać.
    Kret wypadł z kabiny. A jednak była to mgławica, nie portret. Po co Kret miałby wieszać portret nad koją? Zresztą, myślcie sobie, co chcecie - wolałem tam widzieć mgławicę.
    Czwartego dnia udało nam się nawiązać łączność z Centrum. Dyżurny nie był rozmowny, wlepili mu prawdopodobnie dodatkową służbę i wyładowywał się na każdym, kto miał nieszczęście nawinąć mu się na częstotliwość. Mimo to zdołaliśmy umówić się co do EWENTUALNEJ - co podkreślił z wyraźną satysfakcją - pomocy. Jednak termin jej nadejścia był dość odległy. Na pocieszenie wysłano do nas "latające oko". Miało ustalić przyczynę awarii. W Centrum nie ufano naszej wiedzy, której zasób obejmujący konstrukcję TT uznano, poniekąd słusznie, za zbyt ograniczony.
    Kret rozsiadł się pod grodzią, założył nogę na nogę, oparł brodę na dłoni, a łokieć na kolanie i zaczął mówić, ni to do mnie, ni to do siebie...
   
    - Mieszkałem wtedy w sporym mieście, w Okręgu Centralnym, tam gdzie teraz konsorcjum Herdla produkuje tamit. Po naszym domu nie pozostał żaden ślad, ale każdy szczegół przechowuję w pamięci i mógłbym w każdej chwili odtworzyć wszystkie kształty, barwy i zapachy. Pamiętam pełną zgiełku ulicę, pobliski park, pamiętam sąsiadów i ich niesforne dzieciaki... wiesz jak pamięta się te rzeczy... Wydaje ci się, że słyszysz wszystko, jakby życie stanęło w miejscu, jakbyś potrafił przerzucać w myślach jego obrazy, niczym karty ogromnej księgi. Słyszysz wtedy nawet stuk naczyń dobiegający z kuchni, w której krząta się mama, dobiega cię świergot ptaków okupujących pobliskie drzewo, gdzieś w upale zamiera zgrzyt tramwaju... Zdajesz sobie sprawę, że to tylko psoty wyobraźni, że wrażenia te pochodzą z wielu różnych sytuacji, że pozornie tylko zlały się w jedność i sugerują niby - konkret. A jednak z przyjemnością poddajesz się złudzeniom, wierzysz w to, że przypomniał ci się konkretny dzień ze wszystkimi szczegółami. O, w tej chwili matka wygoniła z kuchni psa - czarnego, wiecznie zarośniętego pudla, który zbyt nachalnie domagał się jadła. A oto trzasnęły drzwi - ojciec wrócił z pracy... zaraz położy się na tapczanie, bo taki ma zwyczaj i zawsze o tej porze nachodzi go senność... Mimo wszystko było coś, co wyróżniało ten dzień spośród innych, podobnych. W dniu tym oczekiwano w naszym domu wizyty. Kiedyś składano sobie wizyty, które polegały na rozmowie, jedzeniu... i właściwie na niczym innym. Jednak dla dzieciaków była to znakomita rozrywka. szczególnie, gdy goście przychodzili z własnymi dzieciakami. W owym czasie odwiedzali nas różni ludzie, do wielu z nich chodzili też moi rodzice. I mnie udzielał się wówczas jakiś bardziej odświętny nastrój, ogarniała mnie prosta, dziecięca radość bez uchwytnej, wytłumaczalnej przyczyny. Może cieszyłem się radością rodziców, może ożywieniem, jakie pojawiało się na ich twarzach, może zwykłą odmianą tylko, bo w takim wieku potrafi jeszcze cieszyć każda odmiana i nie dostrzega się w niej zagrożeń, nie obawiasz się - jako dzieciak - jakiejś destabilizacji, której perturbacyny charakter niepokoi dopiero dużo później. A więc matka kończy krzątaninę w kuchni, ojciec zdejmuje pantofle i wkłada buty, bo zawsze gości przyjmuje w butach, pies zostaje zapędzony do łazienki, ja sam umyty i uczesany łażę tu i tam wdychając zapach świeżo wypastowanego parkietu, nie bardzo wiedząc z czego się właściwie cieszę, jednak cieszę się, czuję to i to mi wystarcza. Wreszcie rozlega się dzwonek, staje się to zwykle w momencie, gdy wszyscy zdają się tracić nadzieję i gdy ja sam markotnieję, bo nie znam jeszcze zasad ludzi dorosłych i nie wiem, że zapowiedziana wizyta musi się odbyć, choćby nie wiem co. I oto są - ciocia, bo wtedy każdy jest ciocią lub wujkiem, wujek z jakąś słodkością w małej paczuszce i... ich dzieci, na które właśnie czekało się najbardziej, mimo że nie przyznawałeś się do tego przed samym sobą. Jeszcze chwila niepokoju, bo przecież czasem mogło się zdarzyć, że zostawili je w domu z jakąś babcią czy ciocią, że przyszli sami, a w końcu to mniejsza atrakcja dla takiego smyka jakim jesteś i choćbyś chciał nie potrafisz ukryć zawodu, nie potrafisz tak szczerze cieszyć się wizytą samych dorosłych. A więc spoglądasz z niepokojem, czy czai się tam ktoś jeszcze za nimi, czy dojrzysz kogoś mniejszego, z kim trzeba się będzie bawić i na kogo naprawdę czekałeś... Ale już po strachu, jest i ktoś mniejszy, przekracza próg tuż za ciocią, wita się grzecznie z twoimi rodzicami, z tobą dość oschle, z przymusem, na odległość - jakieś cześć - to w końcu dziewczynka, więc sprawa jest dość skomplikowana, mimo iż widzisz ją po raz nie wiadomo który... Banalne, prawda? Każdy z nas ma podobne wspomnienia i może właśnie ich wielość, ich powtarzalność i podobieństwo sprawiają, iż wszystko pachnie banałem. Zapewniam cię jednak, że to nie był banał. To nie... Widzisz, przychodzą potem różne wydarzenia, wiele z nich zapominasz, dzieciństwo wydaje ci się przelotną chwilą, którą, zda się, potrafisz streścić w kilku słowach, mimo że trwało tyle lat, a każdy rok był inny, dojrzalszy i ciągnął się tak długo. Zresztą w tym miejscu wspomnienie się urywa, przestaje być banałem, bo oto czas się żegnać, wizyta dobiegła końca, ale to co najistotniejsze zacznie się dopiero, gdy w domu ucichnie, gdy posprzątasz zabawki, rozbierzesz skomplikowane budowle z koców i krzeseł, zlikwidujesz sceny teatralne, a gabinety inspektorów policji zamienisz ponownie w pokoiki zwykłego mieszkania. Wtedy dopiero dotrze do ciebie coś, czego nie rozumiesz do dziś, czego nigdy nie rozumiałeś, bo nie zastanawiałeś się nad istotą rzeczy, chłonąc samą powierzchnię zjawisk, ich zewnętrzną oczywistość, ich pozorną zrozumiałość i prostotę. Dziwisz się więc trochę, że jest ci smutno i wesoło jednocześnie, że miga ci przed oczami główka z ciemnym warkoczem, że czujesz na sobie czyjś wzrok, pamiętasz tyle słow i gestów, nawet zapach i te wszystkie ulotności, których nazwać nie sposób... Zabawa toczy się dalej w twych myślach, ale to już przecież nie zabawa, to jakaś refleksja, akt twórczy, bo tworzysz ów ciąg dalszy teraz, gdy nie krępuje cię już niczyja obecność, gdy budujesz ją z elementów branych wprost ze swego pokoju, ale zapełniasz nimi inną, wymyśloną, piękniejszą i prostszą od realnej rzeczywistość. Tylko dlaczego króluje w niej ta dziewczynka, która przed chwilą była tu, w tym pokoju, która coś mówiła, właściwie wstydziłeś się jej, lecz na nią czekałeś, choć nigdy nie przyznałbyś się do tego przed samym sobą i gdyby ktoś głośno podejrzewał cię o coś takiego roześmiałbyś mu się w nos. W końcu co mogą obchodzić cię takie rzeczy, gdy jesteś już prawie inspektorem Scotland Yardu i czekasz tylko na ostateczne potwierdzenie nominacji... A przecież sam łapiesz się potem na tym, iż właśnie ona, ta dziewczynka z warkoczem, wciela ci się w postać osoby poszukującej twej pomocy, opieki, rady... Tylko dlatego, że tu przed chwilą była, że twa myśl ma ją właśnie pod ręką? Nad tym się nie zastanawiasz, bo nie są to spekulacje możliwe do przeprowadzenia w twoim wieku, wystarczy ci sama przyjemność, jaką daje wspomnienie, wywołanie obrazu... Tak... nie rozumiesz tego wszystkiego zbyt dokładnie, bronisz się nawet przed zbytnią dosłownością obrazu, bo przecież twa dziecięca jaźń nie dopuszcza jeszcze wyjaśnienia tak oczywistego, tak jasnego, tak wyraźnego, mającego tak starą nazwę... nie dopuszcza tej możliwości, że oto rodzi się uczucie - najtrwalsze z możliwych, będące diabelską lub boską, któż to wie na pewno, mieszaniną zabawy, marzeń, dziecięcego szczerego zachwytu, nie uświadamianych sobie wyraźnie pragnień i naturalnej nieśmiałości. Czas mijał, a ja powoli zdobywałem jakąś tam wiedzę o świecie i, co ważniejsze, o sobie samym. Zaczynałem rozumieć co to wszystko oznacza, ale ba... owo zrozumienie nasilało tylko nieśmiałość, potęgowało wewnętrzne spięcie, zwracało uwagę na własną, oczywistą niedoskonałość i równie oczywistą nieprzystawalność wszelkich mych - o śmieszności! - potencjalnych zabiegów do powagi sytuacji. Poza tym, mimo powtarzających się wizyt, coraz rzadziej dostrzegałem wyłaniającą się spoza "cioci" - bo już zaczął pojawiać się ten cudzysłów - ową ozdobioną warkoczem główkę... Może sprawiła to jakaś kobieca intuicja, może jakieś dorosłe obawy, może tylko zwykła ostrożność - nie wiem. W każdym razie "cioia z wujkiem" przychodzili coraz częściej sami, a i ja nie zawsze już towarzyszyłem swym rodzicom, gdy składali tam swoje wizyty. W ten sposób zabito coś, co właściwie jeszcze się nie narodziło. Ogień przygasł, nim zdążyłem zachwycić się jego płomieniem. A właściwie ugaszono go z całą premedytacją, z całą dorosłą bezwzględną wprawą i brutalnością. Do dzisiaj nie potrafię zrozumieć, dlaczego to zrobiono.
   
    Piątego dnia przybyło "latające oko". Obmacało ze wszystkich stron naszą jednostkę, pokiwało antenami, połączyło się z pokładowym komputerem i o czymś tam ze sobą poszwargotali własnym piskliwym językiem. Stanęło wreszcie na tym, iż przyczyna awarii jest wprawdzie nadal niejasna, ale sama awaria zdaje się być możliwa do usunięcia, tyle że w doku Bazy, w żadnym wypadku zaś nie tutaj, w Pustce.
    Kret w ogóle nie odzywał się już do mnie, a ów przydługi monolog, jakim mnie uraczył, uznałem za skutek silnej depresji, dopadającej starszych pilotów, gdy na statku powija im się noga. Postanowiłem nie informować o niczym koordynatora. Do dziś zastanawia mnie jedno: dlaczego Kret, snując swą opowieść, ciągle wpatrywał się w obraz mgławicy z rodziny NGC...


Praca została pobrana ze strony autora: http://www.opowiesc.republika.pl
Histeria posiada zgodę na publikację


Strona główna   Szuflada   Skomentuj