Pani ptaków
Autor: Anarian
Html: skrypt by pBT
,,Mistrzu mój'' zapytałem dnia pewnego ,,Uczyłeś mnie, że powinienem pomagać innym. Może jestem głupcem, ale nie potrafię tego zrozumieć. Czyliż mam pomagać ludziom, których nie znam?'' Spojrzał na mnie mistrz, tak jak zwykł był to czynić i odrzekł: ,,Nie jesteś głupcem, gdyż oni nie pytają, a udają iż wiedzę wszelką posiedli. Mądrym zaś jest ten, który prawdy poszukuje. Pytanie twe było bardzo mądre. Rozumiem twą obawę, aby ten, którego zratujesz złem ci za dobre nie odpłacił. Tedy posłuchaj mnie. Ujrzałbyś rannego. Nie pomógłbyś mu, trapiły by cię myśli iż sprawiedliwemu nie pomogłeś. Gdy zaś mu pomożesz, a on wdzięczności ci nie okaże, możesz rzec sobie, że ty mu pomogłeś. Spokój ducha zyskasz tak czyniąc, a to wielka nagroda. Dlatego ludziom pomagaj, a nie myśl, że cię który może zdradzić. W ten sposób zaskarbisz sobie również wdzięczność ludzi, a to także nagroda wielka. Gdy jednak okaże się, iż człowiek ten pomocy nie był godny pomyśl sobie iż może przez pomoc twą i miłosierdzie zmieni się człowiek owy i zrozumie błąd swój. A nawet jeżeli i takie myśli nie narodzą się w umyśle jego, wiedz, że wszystko co dobrze czynimy będzie nam jako dobre oddane. Może zauważył cię kto innym i pomyśli o tobie, że dobrym jesteś, bo nawet złym pomagasz. Może on kiedyś pomoże ci, gdyż znać cię będzie. A tak nic by nie uczynił w potrzebie cię widząc, gdyż bałby się, żeś złym jest''.
,,Mistrz mój'' księga przez Ferisa, ucznia mistrza Tergiasza, zapisana.
Część pierwsza: Pani Ptaków
Rozdział I.
Bargan rozejrzał się po karczmie. Było późne, jesienne popołudnie. Niedługo szara, ludzka masa zaleje karczmę. Bargan był siedemnastoletnim chłopakiem zatrudnionym jako barman w jednej z wielu karczm w mieście Vernal. Gdyby nie to, że jego ojciec, nieżyjący od jedenastu lat znał właściciela ,,Roztańczonego chochlika'' Bargan wylądowałby prawdopodobnie w rynsztoku. Poza tym chłopaka dziwiło bardzo, że dostał najlepszą z możliwych posad. Pracował tylko w dzień. Nigdy wieczorami ani nocami. Niewielu ludzi odwiedzało ,,Chochlika'' w godzinach pracy Bargana. Co oczywiście nie oznaczało, że jego praca była lekka. Właściciel karczmy nie chcąc widać przysparzać sobie strat spowodowanych małym ruchem i dużymi kosztami postanowił, iż Bargan będzie pracował sam. To oznaczało, że musiał obsłużyć wszystkich klientów. Chłopak i tak wdzięczny był pracodawcy. Zastanawiał się często jak wyglądała przyjaźń ojca z właścicielem lokalu. Wygląda na to, że byli naprawdę w dobrych stosunkach, skoro on dostał tak dobrą posadę. Bargan doszedł jednak wkrótce do wniosku, że nie to zadecydowało o warunkach jego pracy. W imię przyjaźni był przyjęty, a reszta była już niezależna. Po prostu Bargan do niczego innego się nie nadawał. Na siłacza nie wyglądał, więc nie mógł być stróżem. Jednocześnie był mężczyzną, a więc to wykluczało nocną posługę. Późnymi nocami ludzie nie przychodzą do karczm po to, aby coś zjeść, ale po to, aby się zabawić. ,,Roztańczony chochlik'' słynął z tego, że nocne posługi pełniły tylko kobiety. Piękne kobiety. Poza stróżami oczywiście, ale ci nie przebywali w głównej sali, a w małym pomieszczeniu, skąd byli wypuszczani wtedy, kiedy należało któremuś z gości miło wyjaśnić, że czas iść do domu. Bądź do rynsztoka w przypadku nie posiadania tego pierwszego. Bargan niejednokrotnie słyszał odgłosy bójki, gdy akurat spędzał noc w swoim pokoiku na strychu karczmy. A chłopak rzadko spędzał noc we własnym kącie. Miał inne zadania i inne zmartwienia.
Bargan ponownie rozejrzał się po karczmie. Panowała tu dobrze mu znana przejściowa pustka. Większość porządnych obywateli miasta opuścili już karczmę, w obawie, aby nie spotkać tych mniej porządnych, którzy jeszcze nie przybyli. Czyli wszystko wskazuje na to, że jego praca dobiega końca. Za jakieś pół godziny przyjdą dziewczyny, aby go zmienić. Bargan ich nie lubił. Jak zwykle będą z niego drwiły, podśmiechiwały się, przesyłały mu całusy i pytały, czy miał dziś dużo klientek. Chłopak nie znosił takich kobiet. O ile można nazwać kobietami, skoro zarabiają na życie własnym ciałem. Samo ich wspomnienie budziło w nim obrzydzenie...
Chłopak spojrzał na dziurę w murze szumnie zwaną oknem. Szarzało. Vernal powoli przybierało swe drugie oblicze. Wraz z nastaniem nocy ustawały wszelkie prawa. Po ulicach chodzili złodzieje, mordercy i inne szumowiny. Nikt nie potrafił temu zapobiec. Zresztą ,,Chochlik'' był dobrym obrazem miasta. Za dnia przychodzili tu mniej zamożni kupcy, zwykli mieszczanie a nawet czasem drobna szlachta. ,,Chochlik'' nie był złą karczmą. Jedzenie tu podawane mogło uchodzić za dobre, było w miarę czysto, bo zatrudniany był prawdziwy oddział sprzątaczy, którzy po nocnych zabawach doprowadzali karczmę do porządku. Rozważając temat nocnych zabaw, wspomnieć należy, że wtedy właśnie do karczmy przychodziły różne podejrzane osoby, z którymi strach spotkać się sam na sam w ciemnej uliczce. Jeszcze gorzej gdy los zamiast jednej podejrzanej osoby każe ci spotkać się z grupą podejrzanych osób. Niemiła sprawa...
Drzwi do karczmy otworzył się . Bargan spojrzał na stojącą w nich kobietę. Była dość dziwnie ubrana. Nosiła prostą, białą suknię i zielony płaszcz. Co dziwniejsze ubranie zachowało żywy kolor i Bargan nie mógł dostrzec ani jednego miejsca, w którym byłoby ubrudzone. Chłopak przyjrzał się twarzy nieznajomej. Była bardzo piękna, piękniejsza od wszystkich kobiet, które Bargan widział w życiu. Była starsza od niego o kilka lat. Jej jasnobrązowe włosy i niebieskie oczy spotęgowały tylko wrażenie, że gdzieś już ją widział. I nim zdołał się zastanowić gdzie, nieznajoma ruszyła w kierunku jednego ze stolików. Utykała. Bargan spostrzegł, że jeden z gości siedzących tuż przy wyjściu pobladł. Po chwili on także zauważył. Z boku, od wysokości kolana do stopy suknia była koloru czerwonego. To nie był barwnik. Krwawa smuga oznaczała drogę przejścia nieznajomej.
Bargan już wiedział gdzie ją widział. Poprzednia noc. To miasto opanowane było przez ludzi złych. To miasto potrzebowało obrońcy. To miasto potrzebowało... jego! Każdej nocy, gdy kończył pracę, szedł do swojego pokoiku. Przywdziewał czarny strój, zakładał maskę osłaniającą twarz, brał swój wierny miecz, chował sztylet i wychodził przez okno. Miasto potrzebowało obrońcy. Za każdym razem, gdy widział jakiś rozbój wkraczał do akcji. Szumowiny ginęły zasłużoną śmiercią. Jemu to dziękowali wybawcy. Niejednokrotnie widział łzy wdzięczności, gdy uratował kogoś w najlepszym wypadku przed rabunkiem. Nie było w tym mieście nikogo, kto byłby wstanie stawić mu czoła. Miał jednak swoje zasady. Nigdy nie zabijał kobiet. Był przekonany, że kobieca natura zawsze jest dobra. I nawet jeżeli wszystko wskazuje na coś odwrotnego, to on miał niezbite dowody, że tak nie jest. Gdy spotykał na swej drodze kobietę, która podążała ścieżką mordu przyjmował jej wyzwanie. Stawał przeciwko niej. I mimo iż ona zawsze dyszała żądzą mordu, to on nigdy nie skrzywdziłby kobiety. Każdy taki pojedynek jest dla niego wielkim wyzwaniem. Nie dość, że musi uważać na własne życie, to musi dbać także o to, aby w żadnym wypadku nie zabić przeciwniczki. Potem, gdy ją obezwładniał tłumaczył jej, że została powołana do tego, aby nieść ludziom pomoc, a nie śmierć. Niejednokrotnie musiał się namęczyć, ale zawsze odnosił sukces. Jaka kobieta oparłaby się jego płomiennej mowie? Potem następowało podziękowanie, niejednokrotnie wzruszające. Czuł się bardzo szczęśliwy, gdy kolejny raz udało mu się uratować dla świata kolejną osobę. Z tą kobietą na pewno było tak samo. Bargan zamknął oczy i przywołał wspomnienia.
Szedł przez ciemne miasto. Zewsząd słyszał odgłosy zabaw i hulanek. Instynktownie czuł, że zbliża się do celu. Chwycił rękojeść miecza. Nie pomylił się. W zaułku dostrzegł jakąś postać pochylającą się nad trupem. To była kobieta. Zajęta była właśnie odpinaniem sakiewki biedaka, który leżał u jej stóp w kałuży ciemnoczerwonej cieczy.
- Dlaczego to zrobiłaś? - donośny głos Bargana zagłuszył wszelkie hałasy. Jemu samemu wydawało się, że miasto umilkło czekając na to, co miało się stać.
Kobieta syknęła, odskoczyła od ciała poderwała leżącą na ziemi szable i obrzuciła złym wzrokiem młodzieńca.
- Pytałem, dlaczego hańbisz swą dobrą, kobiecą naturę? Czy wiesz, że nie wolno zabijać?
Kobieta roześmiała się.
- A kimże ty jesteś, abyś opowiadał mi takie bzdury?
- Jam jest Bargan, obrońca tego miasta!
Kobieta ponownie zesztywniała na dźwięk tego imienia.
- Mówią, że to mocarz wielki. Nie wyglądasz mi na takiego.
- Moja chwała płynie z słuszności mych czynów!
- Mocnyś w gębie!
- Czy ty wiesz, że nie zostałaś powołana, abyś strach siała wśród niewinnych? Powinnaś bronić tych, którzy nie utracili resztek nadziei.
- A czy ty wiesz - powtórzyła ironicznie kobieta - że nie zostałeś powołany, aby mnie pouczać? Powinieneś już dawno być przykryty grubą warstwą ziemi. Nie bój się, zaraz naprawię błąd natury.
Bargan płynnie wyciągnął miecz. Nie miał już wątpliwości, że nie uda mu się rozwiązać tej sprawy bez stosowania przemocy. Kobieta miękko postępując zbliżała się ku niemu.
- Wybacz, gdybym przez przypadek krzywdę ci wyrządził. Nie jest to moją wolą, a jeno przypadek może to sprawić. - kobieta roześmiała się na te słowa i uderzyła.
Sparował cios lekko. Nikt nie mógł mu sprostać. Kobieta odskoczyła, jednak Bargan nie zadał ciosu. Kobieta sycząc zaczęła krążyć wokół niego. Patrzył tylko na ostrze jej szabli. Błysnęło, odskoczył zwinnie. Syk powoli zaczął przeradzać się w warkot. Cięcie, jęk uderzającego metalu o metal, chwila ciszy. Świst, odskok, cięcie, odbicie ostrza. Bargan postanowił przystąpić do akcji. Z całej siły uderzył tnącą powietrze szablę, w nadziei, że siła jego ciosu wytraci broń z ręki kobiecie. Nie docenił jej. Wykręciła szablę, odskakując cięła na odlew. Nie zwrócił uwagi na lekką ranę. Bywał mocniej raniony i zawsze przeżywał pojedynek. Teraz jednak trzeba wziąć się w garść. Natarł. Ostrza skrzyżowały się. On był jednak silniejszy odepchnął kobietę i nie czekając na nic postanowił ponownie spróbować rozbroić przeciwniczkę. Nie zdążyła odskoczyć. Szabla pofrunęła w mrok.
- Poddaj się! - krzyknął.
Kobieta wydobyła sztylet. Nie miała szans. Problem w tym, że Bargan nie mógł nic zrobić. Nieważne czy chciałby zadać cios, czy sparować pchnięcie, za każdym razem szansa, że dotkliwie zrani kobietę była duża. Kobieta nie spuszczając z niego wzroku zaczęła się cofać. On ostrożnie postępował za nią. Wiedział co chce zrobić. Już po chwili kobieta znowuż dzierżyła szablę. Czubek ostrza zaczął kreślić w powietrzu ósemkę. Rzuciła się ku niemu chcąc zadać cios w twarz. Pochylił się i skoczył. Ten manewr zupełnie ją zaskoczył. Nie cofnął się, tylko wylądował tak, że miał ją z boku. Błyskawicznie wyprowadził cięcie. Tym razem ją przecenił. Nie była wstanie uniknąć tego ciosu. Czubek miecza zagłębił się w jej nodze i rozciął ją od kolana do stopy. Rana była dość głęboka. Kobieta krzyknęła i osunęła się na ziemię. Przygotowała się aby sparować cios. Bargan opuścił miecz. Nie miał zamiaru toczyć dalej tej walki. I tak był zły, bo nie chciał jej ranić.
- Przepraszam cię za to, co ci uczyniłem - powiedział - nie zrobiłem tego specjalnie.
- Młodzieńcze - odpowiedziała kobieta - przynieś mi jakieś wino.
Bargan zdezorientowany otrząsnął się. Był w karczmie. Ranna kobieta patrzyła na niego. Krew z jej rozciętej nogi sączyła się na podłogę.
- Do ciebie mówię!
Bargan skulił się widząc ten zły wzrok. Każdy ma chyba prawo trochę pomarzyć? Młodzi chłopcy zwykle marzą o byciu herosem, obrońcą prawa i porządku. Bargan nie był wyjątkiem. I podobnie jak rzesze młodych ludzi bohaterem był. Tyle że wyłącznie w własnej wyobraźni.
- Długo mam czekać?
Chłopak poderwał się i wziął na oślep jakąś butelkę wina i pobiegł do stolika nieznajomej. Co prawda roznoszenie zamówień nie wchodziło w skład jego obowiązków, ale wolał nie złościć pięknej nieznajomej. Idąc zauważył, że nieliczni goście, którzy siedzieli przy stolikach wymknęli się z karczmy. Został sam na sam z ranną kobietą. Podał jej butelkę. Nie zwrócił nawet uwagi, że nie podał żadnego naczynia. Jej to najwyraźniej również nie przeszkadzało. Pociągnęła kilka dużych łyków. Odstawiła butelkę i dotknęła ręką zaplamionej krwią sukni. Grymas bólu przeszedł przez jej twarz.
- Chyba by mi się jakiś medyk przydał - powiedziała przez zaciśnięte zęby - idź po kogoś.
- Ale... - Bargan rozpaczliwie zastanawiał się, jak wytłumaczyć, że nie może opuścić karczmy, bo zostanie wyrzucony z roboty.
- Już!
Czucie w sparaliżowanych strachem nogach powróciło. Rzucił się w kierunku drzwi. Gdy je otworzył zderzył się z trzema kobietami. ,,Niech wszystkim bogom będzie dzięki'' pomyślał i krzyknął:
- Biegnę po medyka!
* * *
- Przetnę ubranie - powiedział cicho medyk.
Kobieta nie zareagowała. Nóż delikatnie ciął materiał. Medyk zastanawiał się, dlaczego tu przyszedł. Wpadł do domu jakiś chłopak, zaczął coś bredzić coś o rannej, plątał się, zachowywał się jak pijany. ,,Czemu nie potraktowałem go jak pijaka i nie wykopałem go z domu?'' Przyszedł jednak. Chłopak mówił prawdę.
- Trudno mi będzie cokolwiek zrobić miłościwa pani. Nie widzę dobrze, bo...
- Pomóż mi położyć nogę na stół. - przerwała mu zimnym głosem.
Delikatnie chwycił jej stopę i równie delikatnie umieścił ją na stole. Wiedział, że sprawia jej wielki ból. Udawał, że nie widzi, jak bardzo cierpiała. Teraz mógł przyjrzeć się ranie. Odgarnął resztki materiału i jęknął.
- Bogowie! To bardzo głęboka rana. Miłościwa pani straciła wiele krwi! Chłopcze! - krzyknął do Bargana - przynieś tu jakąś mocną wódkę. To trzeba odkazić - po czym zwrócił się do kobiety - miłościwa pani przyszła to o własnych siłach? To niemożliwe! Przecież tu przecięte są...
- Słuchaj! Nie obchodzi mnie co jest przecięte! To czy przyszłam tu o własnych nogach nie powinno z kolei ciebie w najmniejszym stopniu interesować. Zajmij się swoim zadaniem.
- Jak miłościwa pani rozkaże.
- To nie koniec. Czarne plamki latają mi przed oczami, a więc słuchaj uważnie: jak nie będę już nic czuła weźmiesz sobie kogoś do pomocy i przeniesiecie mnie do ciebie. Do twojego domu. Ja nie mogę tu zostać. Rozumiesz?
- Ale przenoszenie w takim stanie jest niebezpieczne - rozpaczliwie powiedział medyk.
- Nic mnie to obchodzi. Nie mogę być w karczmie. A jeżeli chodzi ci o zapłatę, to zaręczam cię, że stać mnie, aby zapłacić pięciokrotną stawkę, niż bierzesz normalnie. Pomóż mi, a zostaniesz nagrodzony. Jeżeli mnie tu zostawisz...
- Ależ oczywiście, że pani pomogę, proszę się nie denerwować, to źle wpływa na stan miłościwej pani.
- Dobrze - powiedziała słabnącym głosem - gdy będziecie mnie nieść... zakryjcie ranę... słyszysz? Zakryjcie... i jeszcze... jed... jedno. Gdyby... ktoś... pytał. Nie... znasz mn...
Medyk podtrzymał ją, aby nie osunęła się na podłogę. Rozejrzał się. Zaklął. W karczmie nie było nikogo.
- Chłopcze! Pomóż mi. Przeniesiemy tą panią. Ale trzeba zakryć jej ranę. Znajdziesz coś?
Bargan bez słowa przykrył kobietę swoim płaszczem. Wziął ją potem na ręce i poszedł za medykiem.
* * *
- Jak się ona czuje? - spytał Bargan.
- Przepraszam, nie wiem o kim pan mówi - powiedział zaspany medyk.
- Proszę pana, mnie się pan bać nie musi, to ja pana wezwałem i potem zaniosłem ją do pana.
- Rodzina?
- Nie. Nie znam jej.
- Aha - chwilę milczeli - jej stan jest ciężki. Zrobiłem co mogłem, ale nie wiem, czy to pomoże. Straciło dużo krwi.
- Czy mógłbym w czymś pomóc?
- Idź do domu chłopcze. Matka się pewno denerwuje.
- Nie mam matki.
- Idź i tak. Nie wyglądasz najlepiej. Powinieneś się położyć.
- Pan też wygląda na zmęczonego.
- Padam z nóg chłopcze. Długo trwało nim zatamowałem krwawienie.
- Do widzenia zatem.
- Żegnam. Czekaj, jak ci imię chłopcze?
- Bargan.
- Aha. Fertez jestem. Miło mi.
- Dobranoc panie Fertez.
- Dobranoc.
Fertez otarł pod z czoła. A to dziwna historia. Muszę sobie usiąść i pomyśleć. O... tak lepiej. Kim ona jest? Jak zdołała dojść o własnych siłach. Czyżby zraniono ją tuż przed karczmą? Za drzwiami nie było śladów krwi. Dziwne...
Fertez położył się, ale nie mógł zasnąć. Co paręnaście minut wstawał i sprawdzał stan chorej. Gorączkowała. Była bardzo osłabiona. A jednak jej organizm był silny. Późno w nocy, trochę bardziej uspokojony Fertez postanowił poważniej pomyśleć o śnie. Niestety niewiele z tego wyszło. Rzucał się na posłaniu, ale mimo zmęczenia zasnąć nie mógł. Nie spał całą noc. Cały czas przed oczami widział tę kobietę. Zastanawiał się po raz kolejny, dlaczego jej pomógł. Nie miał przecież pewności, że nie okłamała go, co do pieniędzy, które rzekomo posiadała. Chciała, aby jej pomógł, a więc mogła to powiedzieć, aby on w to uwierzył i uratował ją. Gdyby nie jego natychmiastowa pomoc z pewnością by umarła. Zastanawiające jest jedno: tylko naprawdę bogaci mogą sobie pozwolić na usługi medyka. I tylko takim pomagał. Nie zwracał nigdy uwagi na biedotę. Przechodził wobec ich cierpienia obojętnie. Nie mają pieniędzy, on im nie pomaga. Proste i skuteczne. Tymczasem teraz... chyba zmęczony byłem za bardzo. Choć z drugiej strony ona na biedną nie wyglądała. Materiał z jakiego zrobiono jej ubranie było najwyższej jakości. I jeszcze te broszki przypinające płaszcz. Albo tandetna podróbka, albo rzeczywiście tkwiły w nich szafiry. A więc biedna nie była...
Rano Fertez zerwał się z łóżka i skierował się do pokoju, w którym położył ranną. Był jeszcze bardziej zmęczony niż wieczorem. Potarł zaspane oczy, ziewnął. Stanął przed drzwiami. Chwycił klamkę i wszedł do środka. Nie było jej. ,,Przyszli po nią'' pomyślał. Tylko kto? Nieważne! Nie upilnowałem jej! Jak mogłem? Zaraz! Przecież kazałem pomocnikowi sprawdzać co jakiś czas jej stan! Czy i jego zabili? Co się dzieje? Naraz zobaczył coś jeszcze. Na stoliku, który znajdował się obok łóżka leżał sporej wielkości szafir. To było za dużo dla jego umęczonego umysłu i osłabionego ciała. Fertez zamrugał dwa razy, wdzięcznie zakręcił się wokół własnej osi i runął jak długi. Uczyniony przez upadające cielsko hałas obudził służącego, który następnie zrobił harmider na cały dom. Gdy w końcu podeszli do pana domu, aby mu pomóc ten obudził się na chwilę i powiedział:
- Uciekła psiamać. Jak nie wiem, ale uciekła.
* * *
Fertez chciał jak najszybciej zapomnieć o tej historii. Nic z tego nie wychodziło. W każdej wolnej chwili głowił się, kim była nieznajoma. Jak zdołała wyjść z pokoju i z jego domu? Jak? Powracało też stare pytanie jak doszła do karczmy. Fertez był prawie pewien, że nie była człowiekiem. Ale skoro tak, to kim? W pierwszej chwili pomyślał, że to bogini. Nie był specjalnie religijny, ale to było jedyne rozsądne wytłumaczenie. Jakaś bogini może chciała sprawdzić, czy jest miłosierny. Przybrała postać rannej dziewczyny. Pomógł jej, a więc powinna go nagrodzić. I tu pojawiał się problem. Fertez słyszał wiele opowieści, w których bogowie nagradzali śmiertelników, ale nigdy nagrodą nie był szafir! W opowieściach ludzie byli obdarowywani specjalnymi mocami, jak zdolnością jasnowidzenia. Ludzie jego fachu stawali się cudownymi uzdrowicielami, tak że nie było choroby, której nie byliby wstanie uleczyć. Fertez słyszał niedawno właśnie taką opowieść. Owy medyk ucieszył się, że mógł od tej chwili lepiej pomagać ludziom, całkowicie oddał się tej posłudze. Leczył najbiedniejszych, ponieważ było mu ich żal. Później jednak zauważył, że może leczyć bogatych z ich słabości i zarobić ogromne pieniądze. Z chwilą przyjęcia pierwszej zapłaty medyk stracił swój dar. Powiesił się potem. Jednak Fertez nie zastanawiał się nad opowieścią długo. W tym momencie przeżywał swego rodzaju trans, w którym własne spostrzeżenia uznawał za bardzo mądre. Niestety tak wiele myśli przelewało się ich przez jego umysł, że nie wiele potem pamiętał. Myślał o innych darach boskich. Często słyszał jakoby nagrodą był jakiś tajemniczy przedmiot, dla przykładu łuk, który zawsze trafiał w cel, albo zbroja której nie imała się żadna broń. Ale szafir? Nie, to niemożliwe! Gdyby jakiś bard stworzył opowieść, w której bóg obdarowuje kogoś szafirem ludzie by go wyśmiali. To jednak w najmniejszym stopniu nie wyjaśniało kim była. Fertez nie miał żadnego pomysłu. Postanowił jednak zapomnieć i żyć dalej. Nie dało się.
- Mistrzu Fertez?
- Słucham chłopcze. - zwrócił się do jednego ze służących.
- Przyszło dwóch interesantów do pana.
,,Interesanci'' okazali się zakutymi w zbroje wojownikami. Jeden z nich trzymał w rękach swój hełm. Drugi nie zadał sobie tylu trudów aby go zdjąć. Fertez zaklął w duszy i obiecał sobie, że natrze uszy chłopakowi. Gdyby mu powiedział kto przyszedł przyjąłby ich w swoim gabinecie - tam miał nabitą kuszę. A tak stał w pokoiku, w którym zwykł przyjmować gońców, których posyłali bogaci mieszkańcy miasta wzywając go i prosząc o pomoc. Stał przed dwoma uzbrojonymi zbirami całkiem bezbronny.
- Witamy mistrzu... - odezwał się ten, który zdjął hełm.
- Fertez. Miło mi. Witam panów.
- I my ciebie.
- Może panowie zechcą przejść do mego gabinetu - zapytał Fertez, gdy po dłuższej chwili obcy nie przedstawili się.
- Nie chcemy sprawiać kłopotu. Nasza rozmowa potrwa chwilkę. Mam przynajmniej taką nadzieję, ponieważ nie od nas to zależy - mówiący umilkł na chwilę po czym kontynuował - mamy jedno tylko pytanie.
- Słucham.
- Słuchasz - mężczyzna z hełmem na głowie nadal milczał - a wolałbym, abyś mówił. Zdecydowanie bym wolał. Cztery dni temu - znowu dłuższe milczenie. Przypuszczenia Ferteza się sprawdziły. Od początku rozmowy wiedział o co chodzi - czy nie było tu u ciebie rannej kobiety?
- Jestem medykiem szlachetny panie.
- Wiem kim jesteś. Ale to nie była odpowiedź na me pytanie.
- Panie - powiedział pochylając się Fertez - tu dużo rannych osób przebywa. Skąd miałbym pamiętać?
- Kobieta ta nosiła lśniąco białą szatę i zielony płaszcz. Była ranna w lewą nogę.
- Przykro mi, ale nie było tu jej.
- W takim razie kończymy rozmowę. Choć coś mi mówi, że spotkamy się jeszcze. Żegnaj.
- Czekaj! - Fertez skulił się, gdy usłyszał głos tego drugiego. Był jakby zachrypnięty, ale zarazem bardzo groźny. Rycerz w dwóch krokach znalazł się przy medyku, tak że ten czuł chłód bijący od zbroi tamtego - słuchaj kmiotku! Jeżeli kłamiesz wrócimy tu. A nasza rozmowa nie będzie już tak przyjemna!
- Daj spokój - powiedział ten pierwszy - widzisz przecież, że w portki już prawie robi. Idziemy!
Wyszli wśród szczęku zbroi. Fertez osunął się na krzesło. Siedział tak i co chwila ścierał pot z czoła, który ciągle się tam gromadził. Jego myśli stały się bardzo chaotyczne. Z wielkim trudem zdawał sobie sprawę z tego, co się wokół niego dzieje. A nagle zdarzyło się coś bardzo, bardzo dziwnego.
Ktoś stanął w drzwiach, przez które przed chwilą wyszło dwóch zbrojnych. Oczy Ferteza rozszerzyły się i jeszcze bardziej. I o ile przed chwilą można było powiedzieć, że był trupio blady, to teraz stał się prawie przezroczysty. Wszystkie jego myśli ponownie zawirowały w zawrotnym tempie. Przed nim stała kobieta, którą niedawno uratował, a o którą przed chwilą był wypytywany. Ubrana była tak jak ją widział poprzednio. Tym razem śnieżnobiała szata nie była poplamiona krwią. Jednak tak jak wtedy zielony płaszcz był przypięty do reszty stroju dwiema broszkami. W obu tkwił dość duży szafir. Taki sam, jaki medyk miał w tej chwili w kieszeni.
- Witaj Fertez - powiedziała ciepłym głosem kobieta.
- Wybacz pani! Nic im nie powiedziałem! Nic. Zmiłuj się - medyk zupełnie nie wiedział co ma powiedzieć.
- Uspokój się człowieku. To ja chciałam cię przeprosić. Naraziłam cię na niebezpieczeństwo.
- Wiem! - powiedział Fertez całkowicie ignorując słowa kobiety - przyszłaś po swą własność. Proszę weź to - wydobył z kieszeni kamień i podał kobiecie.
- Nie! Pomogłeś mi, a to jest twoja nagroda. Zachowaj go. Przyda ci się kiedyś. Jest sporo wart. Nie daj się oszukać, jeżeli ktoś nie zaoferuje ci co najmniej dziesięciu tysięcy waszych jak to sami nazywacie królewskich dukatów.
- Kim jesteś? - wydusił z siebie.
- Przykro mi, ale to chyba nie ważne. Obiecuje ci, że znikam z twego życia na zawsze.
- Co mam im powiedzieć, gdy wrócą?
- Nie wrócą. Znikną wraz ze mną. Nie martw się. I jeszcze jedno. Ta karczma, w której widziałeś mnie po raz pierwszy. Jak ona się nazywa?
- ,,Roztańczony chochlik''.
- Gdzie to jest?
- Eee... - Fertez zaczął szukać w pamięci. Trudno było mu się skupić.
- Zresztą nieważne. Nie powinnam tam iść. Mam do ciebie jeszcze jedną prośbę.
- Słucham miłościwa pani - powiedział lekko się jąkając.
- Ten chłopak. Zawołał ciebie. Pamiętasz go?
- Bargan. Pamiętam.
- Nie chcę go narażać. Podziękuj mu ode mnie i przekaż to - kobieta podała mu identyczny kamień, jaki już posiadał - oddaj mu to i powiedz o tym, o czym ci mówiłam o cenie. I wybaczcie mi. Nie dość, że naraziłam was, to jeszcze nie potrafię nagrodzić waszego trudu. Lichy kamień to mała zapłata za życie. Jeszcze raz wam dziękuję. Żegnaj.
- A rana miłościwej pani? - medyk uspokoił się trochę.
- Zdecydowanie lepiej. Mogę już chodzić.
- A szwy?
- Już mi je zdjęto. Nie przejmuj się. Jeszcze raz dziękuję to tobie i temu chłopakowi. Uratowaliście mi życie, a ja tego nigdy nie zapomnę. Żegnaj.
Fertez nie odpowiedział, był zbyt zadziwiony. Ponownie opadł na krzesło. ,,Ja chyba oszalałem. Obudzić się! Tak, obudzić się''. Jego marzenie jednak nie spełniło się. Kobieta wyszła. A jednak miała rację. Nie wróciła już. Rycerze również.
Rozdział II.
Kalia stanęła przed potężnym gmachem Szkoły Magii na górze Lac Grah. Pięść Olbrzyma. Nazwa pasowała idealnie. Góra rzeczywiście przypominała pięść. Wąska u podstawy, rozszerzająca się ku górze. Praktycznie nie sposób by na nią wejść. Wyjątek stanowił portal. U podnóża góry stały magiczne wrota. Tylko tędy można było wejść lub wyjść z Szkoły Magii. Otwierać lub zamykać portal mogli tylko arcymagowie. Było ich czterech. Tyle ile jest żywiołów...
Kalia pomyślała o swych pierwszych dniach spędzonych w tym miejscu. Przyprowadziła ją tu czarodziejka, która wykryła u niej moc magiczną. Czy miała rację? Chyba tak, chociaż... ,,Nie liczą się zdolności, liczy się powołanie!''. Tak mówił jeden z nauczycieli. Czy ona była powołana do tego, aby zawładnąć nad mocą, którą dawała magia? Nikt tego nie wie. Pamiętała jakby to było wczoraj, jak szła tą ścieżką. Bała się wtedy. Gdy zbliżały się do wejścia wyszedł stamtąd młody chłopak. Burknął coś na ich widok i poszedł przed siebie, w dół, w kierunku miasta. Czarodziejka powiedziała wówczas, że chłopak ten został wyrzucony ze szkoły. Upomniała ją, że jeżeli nie będzie się uczyć skończy tak jak tamten.
Kalia przystanęła. Portal było już widać. Wyciągnęła ręce. Nie miała najmniejszego zamiaru korzystać z drogi oficjalnej.
* * *
Pokój wyglądał jak po hucznej zabawie. Na stole leżały poprzewracane kielichy, opróżnione butelki. Prawdopodobnie nikt nie uwierzyłby, że zeszłej nocy bawiły się tu tylko trzy osoby. Teraz wszystkie trzy leżały w jednym, dużym łożu. Mężczyzna i dwie kobiety. Obraz rozpusty...
Alvah obudził się pierwszy. Po obu jego stronach spały ,,ślicznotki''. Tak nazywał wszystkie te, z którymi spędzał noc. Był arcymagiem powietrza, rektorem szkoły, zawładnął siłami powietrza - najtrudniejszą dziedziną magii, więc miał swoje niekwestionowane prawa. Nie przywiązywał żadnej uwagi do tych przelotnych miłostek. A nawet ta nazwa była grubo przesadzona. Aby opanować żywioł powietrza trzeba być geniuszem. Takim jak on na przykład. Tak więc wszystkie młode, ładne dziewczyny, które nie potrafiły sobie poradzić z żadną z dziedzin trafiały właśnie na ,,powietrze''. Paradoks. Najsłabsze trafiały na najtrudniejszy wydział szkoły magii. Najsłabsze. Nigdy nie najsłabsi. Na tym wydziale były tylko dziewczyny. Wszyscy wiedzieli dlaczego tak jest, choć wszyscy udawali, że niczego nie widzą. Alvah nie przejmował się tym wcale. Żył jak mu się podobało i dalej będzie tak czynić. Arcymag często zastanawiał się nad psychiką tych dziewczyn. Wiedziały, że się niczego nie nauczą, więc czemu nie opuszczały szkoły? Alvah doszedł do wniosku, że dziewczyny, które do niego trafiały były bardzo ładne i bardzo zadufane w sobie. Może im się wydawało, że uda im się go uwieść? I że będą czerpać z tego zyski? Śmieszne! On tym czasem robił co miał ochotę. Jak jakaś mu się zaczęła naprzykrzać, to zwyczajnie usuwał ją ze swojej szkoły. Rektor ma swoje prawa! Musiał oczywiście zachować pozory, ale jaki problem zrobić adeptce mały egzamin? Przecież nie umiały nic, dosłownie nic. Wiedział, że w ten sposób stał się niejednokrotnie przyczyną łez, ale nie przejmował się tym. Co go to obchodziło? Wiedziały, co je czeka, to był ich wybór, a plotki na pewno do nich dotarły. On bez problemów zapominał każdą. Poza jedna... Alvah skrzywił się, ale po chwili odpędził od siebie przykre myśli. Zastanawiał się nad swym życiem. Podobne zabawy zwykł był organizować średnio raz na dwa dni. Co najlepsze nie miewał najmniejszych problemów, jakie zwykle miewają ludzie, gdy wypiją za dużo alkoholu. Wymyślone przez Harissę, arcymistrzynię wody, środki przeciwbólowe działały zadziwiająco dobrze. Tym bardziej, że one nie leczyły przypadłości, tylko przed nimi zapobiegały. Nic tylko żyć i cieszyć się życiem. A jeżeli już jesteśmy przyjemnościach...
Obudzili się grubo popołudniu. Leżeli nadal w łóżku i sączyli wino. Wpatrywali się w stół. Jedna z adeptek rozglądała się ciekawie po pokoju. Wcześniej nie było ku temu sposobności. Alvah nie mógł sobie przypomnieć, czy ona aby na pewno była tu pierwszy raz. Czy to ważne?
- No, drogie panie - przerwał ciszę - zdaje się, że powinniśmy mieć właśnie jakieś zajęcia.
- Więc coś nam pokaż, mistrzu - powiedziała lekko kpiącym głosem jedna z dziewczyn.
- Skoro tego chcecie... - Alvah oszczędnym ruchem ręki poderwał ze stołu butelkę wina, która powoli zbliżyła się do nich - jak wiecie - przybrał naukowy ton, na którego dźwięk jego słuchaczki zachichotały - to zwykła lewitacja. Nic specjalnego. Słyszałyście na pewno również o teleportacji. Ale z pewnością nie słyszeliście o teleportacji typu setha. Czyli, hm... jakby to przetłumaczyć... o! Może być teleportacja rozeznaniowa. To chyba najtrafniejsze sformułowanie. Same rozumiecie. Chyba nigdy nie tłumaczyłem tego słowa.
- A na czym polega ten typ?
- Odpowiedzcie mi na pytanie: magowie których żywiołów mogą używać teleportacji?
- Wszyscy - odpowiedziały równocześnie.
- Właśnie! Ale wszyscy są w tym kiepscy. Poza magami powietrza oczywiście. Załóżmy, że mag ziemi dajmy na to, chce się napić wina, a nie chce mu się wstać. Co robi? Namierza butelkę i sprawia, aby pojawiła się przy nim. Ale, nie jest wstanie zrobić tego dokładnie. Załóżmy, że na butelce siedziała mucha. Mag ziemi nie ma szans oddzielić jej od naczynia.
- A co ty byś zrobił - Alvaha zaczęło denerwować, że jedna z nich od około miesiąca czasami przechodzi z nim na ty. Bez jego zezwolenia. Chyba za niedługo będzie jakiś egzamin.
- Ja - powiedział nie dając nic po sobie poznać - nie działam na butelkę, bo musiałbym później przechylić ją, aby nalać sobie wino. A tego również mi się nie chcę. Dlatego ja namierzam wino. Tylko wino. Przeprowadzam rozeznanie. Ustalam charakter materii, którą chcę teleportować i oto jest. - mag poruszył ręką i wino z butelki znikło i pojawiło się w kielichach.
- Efektowne - powiedziała jedna z nich - ale po co to?
- Które rzeczy są twoje?
- Słucham?
- Pytałem, które rzeczy są twoje. Zresztą nieważne. Dajcie mi się chwilę skupić, bo to bardzo trudne zaklęcie.
Przez chwilę nic się nie działo. Alvah przymknął oczy. Po chwili otworzył je i wykonał gest. W ułamku sekundy jedna z dziewczyn była całkowicie ubrana.
- A widzisz. Jednak bardziej podobałaś mi się poprzednio - po chwili rzeczy wróciły na swe dawne miejsce, a więc porozkładały się po podłodze pokoju.
- Nadal nie wiem czy to jest ci potrzebne.
- Mi nie, ale wyobraź sobie taką sytuację. Idzie sobie wojsko. Mag namierza... to słowo też tu nie pasuje. Nie do końca oddaje istotę... namierzania. Dobra, zostawmy to. A więc idzie sobie wojsko, a nagle całe ich uzbrojenie znika. Plum i nie ma.
- Aha - powiedziała ta druga, która do tej pory milczała - coś jak wyczyn Xariusa?
- Tak - Alvah skrupulatnie zapisał sobie w pamięci, że ma do czynienia z bardziej rozgarniętą. Jedna nad wyraz inteligentna, a druga mądralińska pomyślał ze złością. Tak jak... ach, psiakrew po co się denerwować?
- Kto to był Xarius? - zapytała ta zdecydowanie mniej inteligentna.
- Arcymag powietrza. Postać legendarna. Miał własną wizję świata i chciał ją zrealizować, ale nie spodobała się ona jakiemuś królowi. Dlatego wysłał do twierdzy maga oddział liczący tysiąc pieszych i dwustu konnych. Był pewien, że twierdza jest silnie chroniona. Natomiast tam przebywał tylko jeden człowiek... Otóż Xarius ujrzawszy armię... choć oczywiście wiedział o nich wcześniej, ale nie chciało mu się interweniować, bo nie sądził, że zajdą tak daleko. Ludzie od zawsze bali się magów. Kontynuując, gdy ich ujrzał, przeprowadzi selekcję. Odebrał im wszystkie rzeczy metalowe, które posiadali, po czym odesłał ich do króla.
- Odesłał?
- Nie, nie był wcale miłosierny. Teleportował ich dwa tysiące metrów nad zamkiem. Prawdziwy deszcz ciał. Metal później sprzedał.
- Tak było naprawdę? - zapytała z niedowierzaniem.
- A skąd mam wiedzieć? To legenda. Ja jednak spodziewam się, że pieszych nie było tysiąc, tylko dziesięciu, konnych dwóch, a wśród nich był król, który królem nie był, a jakimś w sumie bogatszym chłopem. Broni im nie odebrał bo i po co i nie teleportował ich, a używając prostszych zaklęć uniósł dowódcę dwadzieścia metrów nad ziemię i stamtąd go rzucił. Reszta zwiała. Nigdy nie wierzcie legendom.
- A wielu było magów powietrza? - Alvah szczerze wolałby, aby odzywała się ta mądrzejsza. Co za głupie pytanie.
- I jak ci mam na to odpowiedzieć?
- No... dobrze. A wielu było magów powietrza od czasu gdy ty zostałeś arcymistrzem.
Alvah był bardzo zdziwiony. Ona sama potrąciła najbardziej drażliwy punkt. Wiedziała, że nigdy nie zostanie czarodziejką zdolną władać tą trudną dziedziną. Dlaczego więc chciała się dowiedzieć, o ilości magów powietrza? Zgodnie z przewidywaniami druga dziewczyna zaczerwieniła się. Postanowił zripostować pytanie szybką odpowiedzią.
- Ani jednego.
- A Kalia?
Oto tu chodziło! Podeszło mnie durne babsko. Oj, ten egzamin chyba będzie szybciej niż myślałem. Nie dość że głupia, to jeszcze sprytna. Fatalne połączenie. W ułamku sekundy wiedział już co powie. Da upust swojemu gniewowi, który trawi go od czasu, gdy wspomniana Kalia publicznie wyśmiała go, to jeszcze raz spróbuje przyprawić hardą adeptkę o zakłopotanie.
- Ona nie jest czarodziejką. To dziwka, która oddawała się każdemu prawie za nic. Ona nigdy nie władała mocami.
- Ach tak? - w pokoju rozbrzmiał kobiecy głos. Po chwili na środku pojawiła się kobieta. Była ubrana w białą suknię, a jej zielony płaszcz przypięty był dwiema broszkami z dużymi szafirami - jesteś pewien?
Przez chwilę nie było odpowiedzi. Wszyscy patrzyli na kobietę z szeroko rozwartymi ustami. Najbardziej zdziwiony był Alvah. Po chwili leżące w łóżku dziewczyny jak na komendę zaczerwieniły się i przykryły.
- Mnie się wstydzicie? - zapytała kpiąco Kalia - mnie? Kobiety? Choć trzeba przyznać, że jest czego.
- Co ty tu robisz? - zapytał oburzony Alvah, gdy już wróciła mu mowa.
- Stoję. Chyba widać.
- Jak tu się dostałaś?
- Terrisa bari. A więc używając zrozumiałych dla wszystkich nazw portal zawieszony.
- To niemożliwe!
- A jednak prawdziwe! Zaklęcie na tyle efektowne, że rzucający czar przebywa cały czas w sferze weth, ale równocześnie zmysły jego rejestrują to co dzieje się w rzeczywistym odpowiedniku. Jak widzicie czarodziejką jestem i ponad wszelką wątpliwość czarodziejką powietrza.
- Podsłuchiwałaś nas!
- I owszem - zupełnie się nie przejęła - i drobny okres czasu również podglądałam, jeżeli chciałbyś wiedzieć. A postanowiłam się w pięknej chwili pojawić, nie dlatego, aby was zaskoczyć tym objawieniem, ale zrobiłam to, gdyż nie znoszę jak mnie obgadujesz. Robisz to w nader obrzydliwy sposób. Nie wliczając oczywiście tego, że celowo opowiadasz bzdury i dobrze o tym wiesz.
- Ach tak? - do pomocy Alvahowi przyszła ta głupsza - chcesz powiedzieć, że nie byłaś jego kochanką?
Kalia roześmiała się.
- Nie spodziewałam się takiego zarzutu w twoich ustach. Dobrze. Owszem, spędziłam z nim sporo nocy, ale chociaż zachowałam pozory. Mogłam dla przykładu powiedzieć, że wydaje mi się, iż on mnie kocha i chce poślubić, że jestem tą jedyną. To oczywiście głupota, ale mogłam sprawiać choćby wrażenie, że tak myślę i ludzie mogliby mnie traktować wyłącznie jako głupią. Natomiast wy, wskakując razem mu do łóżka przekreślacie tą możliwość. Was można traktować jako takie, jakimi rzeczywiście jesteście. Tanimi dziewczynami z burdelu. Nic więcej.
- Jak śmiesz? - ryknął Alvah.
- Nie krytykowałam ciebie. Żyj sobie jak chcesz, załóż sobie harem, choć w istocie już go masz, nie obchodzi mnie to. Mdli mnie jednak, gdy widzę kobietę na samym dnie moralności, która wyrzuca mi brak cnoty.
Przez chwilę wszyscy milczeli.
- A teraz panienki - powiedziała Kalia - jazda stąd, bo muszę poważnie porozmawiać z tym panem. I bez żadnych domysłów, bo i tak nic nie wymyślicie.
- Co ty sobie wyobrażasz? Że wejdziesz do mojego mieszkania i będziesz tu rządzić? I obrażać wszystkich?
- Bądźmy szczerzy...
- Ja ze wszystkimi jestem szczery!
- Doprawdy? Ciekawa jestem, czy te dwie ladacznice wiedzą, że dolałeś do wina środek antykoncepcyjny?
- Skąd wiesz? - warknął. ,,Ladacznice'' oniemiały.
- Czuję go aż tutaj! Wiem, wiem, nie chcesz mieć problemów. Co by to było? - powiedział drwiąco - Arcymag powietrza, rektor szkoły i ma dziecko z jakąś smarkatą adeptką, która nie powinna być w ogóle do tej szkoły przyjęta? Skandal!
- Ty...
- Tak, tak, to cały czas ja. Myślę, że teraz drogie panie nie będą odczuwały żalu opuszczając nas. A my mamy sobie bardzo wiele do powiedzenia.
* * *
- Postawmy sprawę jasno! Wdzierasz się do mojego prywatnego mieszkania w najmniej odpowiedniej chwili, zachowujesz, się, jakbyś była królową całego świata, dlatego oświadczam ci, że nie zamierzam poświęcić ci więcej niż kilka chwil, zrozumiałaś?
- Oczywiście. Oświadczam ci również, że nie zamierzam spędzić tu więcej czasu nad to co jest absolutnie konieczne. Przejdźmy zatem do sedna sprawy.
- Świetnie - powiedział kwaśno.
Kalia podeszła do krzesła, usiadła i podciągnęła spódnicę powyżej kolana.
- Widzisz to?
Alvah dobrze wiedział o co jej chodzi, ale postanowił być wredny.
- Noga - powiedział udając znudzenie - widziałem ją już wiele razy. Nie robi na mnie specjalnego wrażenia.
Posłała mu wściekłe spojrzenie, jednak opanowała się.
- Nie udawaj durnia! Wiesz, że chodzi mi o bliznę.
- Wiem i co z tego? To kolejny dowód, że nikt mnie nie słucha. Tyle razy wszystkim powtarzam, że leczenie ran magią to kiepski pomysł. To się kiedyś odbije na waszym zdrowiu. Nie mogłaś poczekać, aż to się naturalnie zagoi?
- Nie, nie mogłam.
- W takim razie co? Jak każda kobieta nie chciałaś być oszpecona? Naprawdę tak by ci przeszkadzała ta blizna na nodze? Wiem, wiem, za parę dni nie będzie nawet śladu po ranie dzięki magii. Ale to naprawdę było dla ciebie takie ważne?
- Cały czas musisz grać przygłupa? Nie przyszłam tu do ciebie po porady medyczne! - nie wytrzymała i zaczęła krzyczeć.
- Och - powiedział drwiąco - w takim razie chyba nie jestem ci potrzebny. Nie wieżę, że jest cokolwiek, co ja, uniżony sługa, wiedziałbym, czego nie znałaby wielmożna pani Kalia.
- Przestań Alvah!
- Ja? Ja ci się wpieprzyłem do chaty gdy przyjmowałaś gości, tak to nazwijmy? Czego ode mnie chcesz?
- Dobra, już spokojnie. Nie przedłużaj. Oboje chcielibyśmy jak najszybciej skończyć tą gadkę.
- Słucham więc.
- Nie tak dawno zostałam napadnięta i zraniona.
- To widzę.
- Nie przerywaj. Stanęło przede mną dwóch dryblasów. Wiedzieli kim jestem. Jeden z nich powiedział do drugiego, coś takiego: ,,No to nasz czarodziej nas ozłoci''. Po czym wyciągnęli broń i rzucili się na mnie. Efekt znasz.
- Nawet nie pytam co się stało z tymi dwoma. Ale mam inne zmartwienie: czemu przychodzisz z tym do mnie? Myślisz, że wezmę cię pod ochronę? - nie mógł się powstrzymać od ironicznego stwierdzenia.
- Nie - panowała nad sobą bardzo dobrze - wydaję mi się, że ty bardzo dobrze wiesz o co mi chodzi.
- Cóż takiego wiem? Rad byłbym usłyszeć i dowiedzieć się coś o sobie.
- Chodzi o rzecz wręcz prozaiczną - cedziła słowa - bardzo dobrze wiesz co się dzieje w twojej szkole. Powszechnie wiadomo, że znaczna większość magów przebywa właśnie tutaj. Dlatego pytam, czy wiesz coś o tym, żeby któryś z nich na mnie polował.
- Za kogo ty się masz? - Alvah roześmiał się - doskonale wiesz, że tu przebywa tylko elita - z zadowoleniem przypatrywał się gniewowi malującemu się na jej twarzy - pewnie ściga cię jakiś napaleniec, który nawet czarów rzucać porządnie nie umie. Cud to wielki, że jeszcze się sam przy tym nie zabił.
- Bądź poważny. Chcę wykluczyć tę możliwość i już mnie nie ma.
- Dobrze. Ale najpierw jedno pytanie. Czy to Harissa leczyła twoją nogę?
- Nie. Co to ma do rzeczy?
- A kto ci pomógł?
- Kapłanka.
- Kapłanka? Dziwne... A jakiego boga?
- Cały czas schodzisz z tematu. Przecież i tak w bogów nie wierzysz.
- Prawda.
- Do rzeczy więc. Czemu pytałeś o arcymistrzynię wody?
- Gdyby zrobiła to ona, oznaczałoby to, że cię toleruje. A tak potwierdza się moje przypuszczenie, że ona bardzo cię nie lubi.
- Dlaczego?
- Bo w jej mniemaniu hańbisz magię.
- Co?
- To co słyszałaś. Ona uważa, że zachowujesz się bardzo niegodnie.
- Niby czemu? Może powiedziałbyś coś konkretnego.
- Ona uważa, że dobry mag winien przebywać tutaj. Oczywiście niekoniecznie uczyć młodych, ale mogłabyś chociaż prowadzić jakieś badania.
- Badania? - spytała z niedowierzaniem.
- Przecież wiesz, że po mnie jesteś jedyną, która opanowała siły żywiołu powietrza. Na dodatek jesteś zdolna, więc wiele mogłabyś zrobić.
- Nie dalej jak pół godziny mówiłeś, że nie jestem czarodziejką - powiedziała ironicznie.
- Kalio - po raz pierwszy zwrócił się do niej po imieniu - sama prosiłaś, abyśmy dali spokój wszelkim swarom.
- Przepraszam - powiedział leciutko zbita z tropu jego spokojnym głosem - sądzisz, więc że to Harissa?
- Niemożliwe. Po pierwsze zabijanie z tak błahego powodu jest całkowicie nie w jej stylu. Po drugie gdyby miała powód zrobiłaby to sama. Nie poniżyłaby się, aby najmować zbirów. A poza tym zostało użyte stwierdzenie ,,czarodziej'', a nie ,,czarodziejka'', co jest raczej istotne w tej sprawie. A jak już przy tym jesteśmy, to powiedz jakim cudem ktoś zranił cię w nogę? Tak nisko?
- Miałam skrupuły.
- A dokładniej?
- Wiesz, że ja również nie znoszę zabijać. Powiedzmy, że ich lekko oszołomiłam. Gdy podeszłam sprawdzić, czy żyją jeden z nich wydobył sztylet.
- Rozumiem.
- Jeszcze jedno. Czy mógłby to być ktoś z pozostałych arcymagów?
- Wątpie. Nie podejrzewasz chyba mnie - uśmiechnął się leciutko - A poza mną? Verithię jak zwykle nic nie obchodzi, a Falastur? Miota się na wszystkie strony, wszystkim pyskuje, mogłoby wyglądać, że aż tryska nienawiścią, ale to przecież szczeniak. Młody, zdolny, ba, genialny, nie opierzony mag i tyle. Nic szczególnego.
- A inni magowie?
- Nie sądzę.
- W takim razie muszę szukać gdzie indziej.
- Zostają Wygnańcy, ale w to nie wierzę. Wybacz, ale sądzę, że oni szybciej by cię zaakceptowali niż my, Zrzeszeni.
- Nie lubię tych nazw.
- Dlaczego?
- Bo większość jak to określasz Zrzeszonych traktuje mnie jako Wygnaną. A to mnie denerwuje.
- Nie dziw się. Nie mówię, że nie ma magów, którzy w Lac Grah spędzają bardzo mało czasu. Ba! Większość z nich nie jest ściśle powiązana z tym miejscem. Nie mniej jednak utrzymują z nami kontakty, dzielą się doświadczeniem. A ty znikłaś zupełnie niespodziewanie. Nie zostałaś wygnana za działania których nasz kodeks zakazuje, ale niejako sama skazałaś się na wygnanie.
- A jednak się jako taką nie uważam. Ja jestem niezależna.
- Więc szukaj wśród innych niezależnych - silnie zaakcentował ostatnie słowo. Udała, że tego nie zauważyła.
- Jeszcze jedno... - zaczęła, ale jej przerwał.
- Wiem o co ci chodzi.
- Tak?
- Tak. Nie jest to nazbyt trudne, aby się domyślić.
- Słucham więc.
- Jesteś zbyt dumna, aby przyjść do mnie po informację, po czym nie dać mi nic w zamian.
- Masz rację - przyznała lekko zdziwiona.
- Nie będę udawał, że nie trzeba mi niczego, po czym za twą namową i tak czegoś zażądam. Nie ma sensu. A więc chciałbym odpowiedzi na kilka moich pytań. Zajmujesz się magią z tej samej dziedziny co ja, a więc interesują mnie twoje osiągnięcia.
- Pytaj.
- Nie jest tajemnicą, że bardzo interesujesz się ludźmi zwanymi Przekaźnikami Energii. Ponoć tacy potrafią bardzo mocno skupiać moc. Nigdy się tym nie interesowałem, gdyż jest mi to niepotrzebne. Ale ciekawi mnie to trochę. Czy tacy ludzie są wstanie rzucać zaklęcia?
- Nie. Oni potrafią skupiać jedynie energię pochodzącą z zewnętrznego źródła. Co dziwniejsze nigdy, absolutnie nigdy nie będą mogli rzucać czarów. Niemniej jednak przy dobrym zastosowaniu można użyć ich jako katalizator.
- Jak to można wykorzystać?
- Przy dobrym zestrojeniu z taką osobą można wzmacniać siłę rzucanych zaklęć.
- A w praktyce do czego to wykorzystujesz?
- Nie ma wiele czarów, dla których zauważalny jest efekt takiego wzmocnienia. Dobrym przykładem jest jednak teleportacja.
- O ile można zwiększyć zasięg?
- Zależy od danej osoby. Zdarzyło mi się, że około dwunastokrotnie.
- Ile? - powiedział zaskoczony.
- Dobrze słyszałeś. Są jednak poważne minusy. Po pierwsze rzucenie takiego zaklęcia jest dwanaście razy bardziej męczące. A poza tym musisz teleportować ze sobą daną osobę, co również wpływa na trudność czarowania. Praktycznie nie używalne.
- O cholera. A mi się wydawało, że to tylko mało ważna ciekawostka.
- Nie mniej jednak jest to tylko ciekawostka. Nie da się bez szwanku pokonywać takich odległości.
- To skąd wiesz, o ile można zwiększyć zasięg?
- Raz to zrobiłem. Żałowałam tego później. Może gdyby ktoś zajął się poważnie tymi badaniami... - spojrzała na niego ironicznie - tak czy owak na razie jest to praktycznie bezużyteczne
- Aha. Jeszcze jedno. Plotka głosi, że Przekaźnikami są tylko mężczyźni. To prawda?
- Oczywiście że nie. - uśmiechnęła się lekko - a jak myślisz, dlaczego tak wiele dziewczyn trafia do ciebie? Naprawdę sądzisz, że one są po prostu leniwe? One zwyczajnie nie mają najmniejszych szans wyuczyć się rzucania zaklęć. A trafiają tu, bo dają silne sygnały przy testach na posiadanie energii.
- To znaczy, że one wszystkie?
- Większość. Z tych dwóch, które tu były, to ta pyskata na pewno jest zwykłą, rozleniwioną babą. Ta druga natomiast prawie na pewno jest przekaźnikiem.
- No to muszę przyznać, że sporo się dowiedziałem.
- Ja też, choć może to tak nie wygląda. W każdym razie żegnaj. Pójdę już sobie.
- Kalio.
- Słucham.
- Pomyśl kiedyś, aby wrócić na uczelnie. Ja wiem, że pozostali arcymistrzowie uważają, że ty nic nie robisz tylko wyszukujesz męskich przedstawicieli Przekaźników, uwodzisz ich i wykorzystujesz. Ale oni zmienią zdanie. Jesteś bardzo utalentowana. Docenią to.
- A ty? Co ty o mnie uważasz.
Przez chwilę milczał. Po chwili odpowiedział.
- Szczerze powiedziawszy spodziewałem się trochę lepszego powitania z twojej strony. Jakby na to nie patrzeć to ja cię uczyłem.
- Więc co miałam zrobić? Beztrosko dołączyć do waszej gromadki? Nie Alvah, między nami wszystko skończone. Nie ma o czym mówić.
Zapadło milczenie.
- Jeszcze jedno - powiedział po chwili Alvah - przepraszam za te przykre słowa, które mówiłem na ciebie. Rzeczywiście jesteś czarodziejką. I ponad wszelką wątpliwość czarodziejką powietrza - dodał z uśmiechem.
- Żegnaj.
- Do zobaczenia.
Po chwili już jej nie było. Alvah usiadł na łóżku, chwycił się za głowę i długo myślał o tym co usłyszał.