Kolor tła: Kolor tekstu:

   Pigmalion 2403

Autor: Dj. Varamus
Html: skrypt by pBT


   
    Prom schodził lekką spiralą, a kiedy wystrzelił z nad gór ostro pikując skierował się ku dolinie, gdzie pokryty żelbetonem plac pozwalał wylądować. Prowizoryczne lądowisko trzymało się jako tako choć, już praktycznie nikt nie siadał na jego powierzchni od blisko 20 lat. Niegościnne niebo planety pokrywała gruba jak zawsze warstwa chmur. Osada otaczająca zdezelowane lądowisko liczyła kilkanaście prowizorycznych mieszkalnych budynków z plastiku i płyt stalowych, zapewniających wystarczająca izolację od deszczu i zimna, które były nieodłącznymi towarzyszami garstki przymusowych kolonistów. Wieża kontrolna, przechylona z wywalonymi szybami, podobna była do stracha na wróble z którego ptaki nic już sobie nie robią. Stała jednak twardo, ziejąc oczodołami wybitych szyb, będąc niemym świadkiem upadku osady. Zaczął siąpić kleisty deszcz . Strumienie silnego mimo dnia światła biegały po spękanym betonie lądowiska miotając się bezładnie po pustym obszarze. Prom był coraz niżej zmieniając przechył i hamując w narastającym gwizdzie rakietowych silników. Powierzchnia globu zdawała się podskakiwać widziana ze sterówki gdy maszyna walczyła z silnymi podmuchami wiatru idąc w kierunku podłoża. - Jak długo jeszcze? zapytał mężczyzna o zmęczonych oczach, pilota, który nerwowo ściskał wolant, patrząc na wyświetlacz komputera nawigacyjnego. Jeszcze kilka minut, muszę wyrównać, jest silny wiatr, strasznie szarpie, cierpliwości. - odrzekł sterujący pojazdem. - Cierpliwości zostawiłem w kopalniach Hd – 242., więc nie proś mnie o nic człowieku, bo do mnie już te prośby nie docierają. - warknął zmęczony mężczyzna. W dłoni trzymał mały grubolufowy pistolet wojskowy, na który co i raz zerkał wystraszony pilot. - Ląduj szybciej nie kołuj, ona i tak ledwo żyje, a przypominam, że twoje życie zależy od tego czy przeżyje ona . - tu człowiek z pistoletem wskazał na trzeci fotel w którym z rozchylonymi ustami i pół przymkniętymi oczami pół leżała, pół opierała się młoda kobieta o pięknej bladej twarzy. . - Nie uda wam się i tak, jadowicie rzucił pilot, milknąc natychmiast gdy spojrzał na skierowaną w jego stronę lśniąca broń. - Może, może nam się nie uda, to nawet jest niezwykle parwdopodobne, odparł człowiek z pistoletem . Ale daję ci słowo, że jeśli nie ściągniesz tego złomu bezpiecznie na dół, rozwalę twój łeb znacznie wcześniej niż nas dopadną twoi ukochani rodacy. Zakoduj to sobie dobrze w swojej tępej głowie. - Jesteście przeciwni naturze, dorwą was, zobaczycie, moja śmierć nic tu nie zmieni - odpyskował pilot popychając wolant ku dołowi i kierując prom łagodniej nad płytę lotniska. - Dla takich jak ty owszem jesteśmy przeciwni naturze... Ale ty kim jesteś? Już zapomniałeś klonie? Pilot poczerwieniał i intensywnie wpatrywał się w przyrządy.
    Maszyna siadała z rykiem w kaskadach ognia z skierowanych ku dołowi dysz, para powstała z lejącego deszczu i pył topionego betonu otaczał prom. Teleskopowe łapy dotykały podłoża i uginały się coraz mocniej pod ciężarem kadłuba, który coraz delikatniej opierał się na ogniu plującym z silników. Wreszcie cały wrzecionowaty korpus osiadł na podporach a maszyny podniosły gwizd do niesłychanego wycia i ucichły z sykiem zamykanych przepustów. Z wyraźnym fuknięciem otworzył się właz promu i i na hydraulicznych wysięgnikach opuściła się klapa pozwalająca wydostać się z wnętrza statku. Pierwszy szedł pilot popychany skierowaną w jego plecy lufą, potykając się ze zdenerwowania. Zszedł z trapu i chwiejąc się stanął na betonie lotniska. Za nim mężczyzna z bronią niosąc i częściowo wlokąc kobietę na granicy utraty przytomności. - Idź przodem w kierunku tamtych zabudowań, pójdziemy za tobą i nic nie kombinuj, ja naprawdę mam już niewiele do stracenia, więc chętnie problem jaki stanowi tu twoja osoba rozwiązałbym od ręki - to powiedziawszy ruchem miotacza wskazał wieżę kontrolną i niskie szare budynki majaczące za nią w strugach coraz silniejszej ulewy.
    Gdy byli już blisko dawnej dyspozytorni, pilot krzyknął krótko i rzucił się w tył. Równocześnie rozległ się huk a człowiek upadł trzaśnięty pociskiem, płynnie obracając się w swojej osi i rozwierając szeroko tracące blask oczy. Z pod leżącego na betonie ciała wypływała kałuża czerwieni rosnąc szybko, rozchlapywana i powiększana przez deszcz. Z za zabudowań wyszła gromada odzianych w łachmany i uzbrojonych w broń maszynową ludzi. Patrzyli tępo i ponuro na leżące zwłoki i dwójkę stojących nie opodal przybyszów. Mężczyzna trzymający pistolet celował w gromadę a wisząca u jego ramienia kobieta zdawała się w letargu nie widzieć całego zajścia. - On nic wam nie zrobił - mężczyzna trzymający kobietę zwrócił się do uzbrojonej grupy - nic wam nie zrobił, nawet nie miał broni. Po chwili ciszy wielki najlepiej ubrany napastnik odrzekł uśmiechając się zagadkowo. - Zrobił nam wystarczająco dużo jak i wy z reszta, po prostu przybył tutaj. Nie wiadomo skąd wokół dwójki pasażerów promu zaroiło się od różnorodnie i dziko wystrojonych ludzi, którzy byli uzbrojeni i wyraźnie ich otaczali. Człowiek trzymający kobietę wiedział, że jeśli ich zaatakują pistolet nie zda się na wiele, jedynie o chwilę opóźni klęskę. Co z nią? - spytał ten który pierwszy przemówił z grupy napastników i wskazał na półprzytomna dziewczynę. Jest... zawahał się jej towarzysz - Jest chora, potrzebuje pomocy, umiera - dokończył zrezygnowanym tonem. Pomóżcie mu - niekwestionowany przywódca gromady wskazał dwóch potężnych ludzi i ci bez słowa zbliżyli się do podtrzymywanej kobiety po czym delikatnie zabrali ją z rąk mężczyzny który uciszony władczym gestem herszta bandy nie protestował wyczuwając chyba jedyną szansę na ratunek dla towarzyszki. Nie obawiajcie się - odezwał się do pasażera promu przywódca zbieraniny - , przykro mi z powodu incydentu z waszym pilotem - zawahał się - jeńcem nawet bo tym był on w istocie. Społeczność nasza niestety na widok promu i jakichkolwiek oznak aktywności z zewnątrz planety reaguje nazbyt nerwowo, co jest z reszta usprawiedliwione. Tu wskazał na zarys ciężkiego kadłuba statku, który przesłaniała ściana siekącego niemiłosiernie deszczu. Grupa, prowadząc przybysza i niosąc jego towarzyszkę opuściła lądowisko i weszła między skąpe zabudowania zmierzając do największego budynku, który niegdyś był hangarem, mogącym pomieścić wewnątrz układowy towarowy statek. Kilku ludzi pobiegło przodem po krótkim czasie otwierając wrota i wpuszczając grupę do obszernego ale przyjemnie ciepłego wnętrza. Połóżcie ją w izbie chorych jest od dawna wolna - rzucił przywódca. Ludzie dźwigający chorą zrobili co kazał. Przejdźmy do izby chorych, zobaczymy co z nią, tam też porozmawiamy - skinął dłonią w rękawicy bez palców na przybysza nakazując mu podążać za sobą. Gromada mężczyzn z zainteresowaniem przypatrywała się nieznajomemu niechętnie się przed nim rozstępując, żeby umożliwić przejście. A wy, – dowódca zwrócił się do stłoczonych ludzi - wracajcie do roboty i zajmijcie się promem, niczego nie ruszać zamknąć i zamaskować, przyda nam się, - dodał na koniec z zadowoleniem. Wprowadził przybysza do dużego czystego, sterylnego wręcz pokoju gdzie stała aparatura medyczna i  kilka łóżek, na jednym z których leżała towarzyszka człowieka z promu. Oczy miła całkiem zamknięte i wydawała się spać. Ona umrze jeśli nie dostanie lekarstwa - zwrócił się do herszta bandy przybysz. - Masz na myśli preparat i impulsy, tą mini baterią? - z uśmiechem spytał przywódca - Dostała już preparat i impuls - dodał patrząc uważnie na przybysza, który milczący i wyraźnie zaskoczony nic nie odpowiadał. - Bądź spokojny, na razie nic jej nie będzie, mam o tym swego rodzaju wiedzę - dodał, zadowolony wyraźnie z wrażenia jakie wywołało jego stwierdzenie na przybyszu. - Skąd?, skąd wiedziałeś? - wykrztusił człowiek z promu - Nikt przecież nie jest w stanie tego poznać, jeśli nie ma szczególnej wiedzy na ten temat, jak to zrobiłeś? - dopytywał wyraźnie zaskoczony i równie przerażony. - Jestem fizykiem i cybernetykiem zarazem, no ale przede wszystkim jestem terrorystą i wyłącznie temu zawdzięczam to, ze jestem w tym sympatycznym miejscu, kierując w dużej mierze poczynaniami tych miłych panów - zaśmiał się herszt zbieraniny. - to jest kolonia karna - stwierdził przybysz - tak, słyszałem o tym miejscu ale nie miałem wyjścia, musiałem lądować bo nas ścigają, z reszta pewnie się domyślasz - spojrzał na przywódcę - Byli dość blisko i przypuszczam, że tu trafią, bo wierz mi z reszta sam wiesz o tym, ze ich ciężko oszukać - tu zamyślił się wyraźnie, a zmęczenie odczuwane od tygodni uderzyło go z siłą tarana. - Wiem co masz na myśli, chłopcze - odezwał się herszt - ich ciężko oszukać, mnie się nie udało a naprawdę byłem w tym niezły, a co do tego, że to karna kolonia to mylisz się - uśmiechnął się miło terrorysta - Użyliśmy środków koniecznych, które pozwoliły nam przejąć władzę na terenie, że się tak wyrażę placówki - jego uśmiech stał się lodowaty. - Myśleli - kontynuował - że jak nas zostawią po tym co tu urządziliśmy i nie dadzą żadnych dostaw z zewnątrz to wymrzemy sami ale nie pomyśleli o tym, że ludzie tu zesłani to nie jacyś tam złodzieje i idioci. - zamyślił się na moment - Ta zbieranina którą widziałeś składa się z bandytów tym różniących się od innych zbirów, że są bandytami świetnie wykształconymi, profesorami naukowcami specjalistami w wielu dziedzinach w dziedzinach żywności też. I się udało - dodał z optymistycznym akcentem, jak narazie sobie radzimy. – A teraz mamy prom – przypomniał przybyszowi marzycielsko się uśmiechając. - Wiesz, że nas znajdą... bo szukać nie przestaną, nie mogą przestać. Za wiele im odebrałem, za wiele chcą się o niej dowiedzieć. Ona jest inna niż poprzednie modele, jest ludzka - zrobił pauzę i spojrzał w oczy przywódcy. - Poprzednie obiekty nie były takie, a teraz udało się to na co czekali ludzie przez prawie 400 lat
    Procesy chemiczne i elektryczne ludzkiego mózgu zastąpiono elektronika i programem. Jest świadoma... jak... jak ty i ja, czuje lek, gniew, rozpacz i zdaje sobie sprawę z tego czym, kim - poprawił się - jest. - Jak wam się udało dotrzeć tak daleko, przebić aż tu, na to zadupie? - spytał herszt. Mężczyzna z promu stał przez moment jakby próbował przywołać wspomnienia, a potem usiadł na jednym z krzeseł w które wyposażone było ambulatorium. - Kiedy w  klinice, tam gdzie pracowałem nad eksperymentem, moi współpracownicy zorientowali się jak daleko doszedłem i co to oznacza, próbowano mnie odsunąć, oddelegować do innego zadania - umilkł na moment - Chcieli zebrać oklaski za to co ty stworzyłeś? - spytał starszy człowiek - Nie, ja byłem dobry, tak twierdzili wszyscy i chyba rzeczywiście tak było, wiedzieli, że jestem potrzebny, bo potrafiłem manipulować tą tworzona wirtualna świadomością. Ale wtedy ona była już gotowa. Pracowałem nad jej kształceniem, badaniem zachowań, reakcji na różnego rodzaju, bodźce. Stworzyłem ją, zwłaszcza jej umysł i teraz należało gimnastykować go, ćwiczyć . Wiele pomogła możliwość ładowania jej programów jak do komputera, a programy te zawierały wiele pożytecznych umiejętności i informacji dla niej. Innych spraw należało ją uczyć od zera, jak dziecko. Ona jednak nie była dzieckiem - wtrącił przywódca - Nie była, potwierdził przybysz. Sam zapomniałem o tym, że została stworzona kobietą, że myśli jak kobieta, tak samo czuje. Ja jestem mężczyzną i tu popełniłem błąd. Zapomniałem się, a ona robiła to co nakazywała jej wrodzona, wbudowana - poprawił się - natura. To brzmi niesamowicie ale wiedziałem - podniósł głos - pierwszy raz w swoim życiu poczułem to, cokolwiek to jest i jakkolwiek to się nazywa. Czy są to efekty chemii mojego ciała czy jak określali to setki lat temu miłość, poczułem! - Przywódca stał nieruchomo z zaciekawieniem przysłuchując się opowieści. Zakochałem się, ona chyba tez, bez względu na to czym to uczucie było z jej strony, ono istniało i było coraz silniejsze. Pod pozorem pracy przesiadywałem z nią po nocach, rozmawialiśmy - I nie tylko - wtrącił z nikłym uśmieszkiem herszt bandy - I nie tylko - potwierdził młodszy mężczyzna. - Robiliśmy to co robią zakochani, nic dodać nic ująć. W laboratorium już na początku tego związku, tej wzajemnej niezdrowej jak twierdzili fascynacji, podejrzewano coś. Te moje nocne wizyty u ,,obiektu'' - skrzywił się wymawiając wyraz - Moje gesty, sposób mówienia o niej, aż wreszcie taśma. - Taśma? - spytał z zaciekawieniem dowódca. - Tak... widzisz, ja naprawdę straciłem dla niej głowę, ja naukowiec, zimny, surowy, zdolny iść po trupach dla kariery, myślący, dbający o szczegóły! Zapomniałem o mini - kamerach zainstalowanych w jej pokojach. Wszystkie nasze rozmowy i jak słusznie zauważyłeś nie tylko rozmowy zostały nagrane, a potem obejrzane, przez moich zwierzchników. Chcieli najpierw mnie odsunąć, przymknąć oko, przydzielić inne zadania. Ale ja jak romantyczny bohater wymyśliłem, że uciekniemy. Razem, ja i ona. Niewiele myślałem - spojrzał w oczy swego towarzysza - wszedłem do laboratorium w nocy, miałem jeszcze kody, nie zmienili ich tak szybko jak przypuszczałem. Dotarłem do jej apartamentów, tak to nazywali ten cały boks, to ruchome zoo. Bo widzisz oni, inni znaczy nie traktowali jej jak człowieka. Dla reszty to był wynalazek, ciekawostka, przełomowa zdobycz techniki... - przerwał i spojrzał na śpiącą kobietę, po krótkiej przerwie kontynuował - Rzuciła mi się na szyję i ruszyliśmy razem do wyjścia. Wtedy ochrona, a w zasadzie wojsko pilnujące placówki zobaczyło na skanerach co się dzieje. Drogę zagrodził nam żołnierz, próbowaliśmy zawrócić. On był tam nowy, nie znał mnie i otworzył ogień. Trafił ją, upadła, a ja wpadłem w rozpacz. Kiedy podszedł bliżej, jakimś sposobem wyrwałem mu karabin i kiedy sięgnął do kabury przy pasie by wyjąc pistolet, strzeliłem mu prosto w twarz. Jego głowa dosłownie rozpłynęła się w powietrzu, jak roztrzaskane jajko. Wtedy zobaczyłem, że ona się nie rusza i coś pękło, było mi już obojętne co będzie dalej. Zaraz zaroiło się tam od ludzi. Bez problemu mnie złapali, bo tylko stałem tępo się gapiąc. - Czapa? - spytał krótko chłodnym tonem starszy z mężczyzn. - Gorzej - ponieważ oprócz morderstwa i włamania do ośrodka badań naukowych rządu po uprzedniej w zasadzie degradacji, miałem na pieńku z pewnymi wpływowymi ludźmi ze środowiska naukowego, którym dość agresywnie zająłem stanowiska w eksperymencie - tu westchnął głęboko - ...skazali mnie na 25 lat kopalni uranu w podziemiach Hd - 242. - Ładnie - skwitował z uznaniem przywódca zesłańców - To jest coś, robi wrażenie - dodał po chwili. Ją - ciągnął pasażer promu - gdyż okazało się, że przeżyła, w tym przypadku potraktowano na równi. Ponieważ wiedzieli, że im się nie przyda, bo jej umysł nosi zbyt silne piętno wydarzeń i jako obiekt jest skazana na straty, uznali świadomą swych czynów, które nazwali spiskiem antyludzkim i współudziałem w morderstwie. Wysłali ją również na Hd - 242, do przetwórni, stojącej nad kopalnią, w której ja miałem zdychać. Ta bliskość jej osoby, zawdzięczam mojemu jedynemu przyjacielowi, który zorganizował tego typu zesłanie jej w miejsc gdzie będę i ja. On też dokonał cudu za sprawą którego uznano ją niezdatna do dalszych badań, bo gdyby nie jego miliony i wpływy, tkwiłaby mimo wszystko w laboratorium, a komputer korygujący ładował by w jej wirtualną świadomość kolejne przełomowe - zrobił kwaśną minę - programy. Mnie niestety mój jedyny przyjaciel nie mógł pomóc. Za dużo szumu było wokół sprawy. Armia chciała mojej głowy. Zabiłem przecież ich człowieka . Nic nie dało się zrobić. Ale uważam, że to tak naprawdę dzięki niemu jestem tutaj. Z tego co wiem karne kopalnie na HD są dobrze strzeżone, jak zdołałeś uciec?, jak udało ci się zabrać ją ze sobą? - spytał przywódca byłych więźniów. Wiesz, że w kopalniach, tam gdzie mnie zesłano używamy ładunków atomowych, by usuwać metalowe skały dzielące nas od poszukiwanych złóż - przybysz zaczerpnął powietrza i kontynuował - Ja ze względu na odpowiednie umiejętności, byłem w grupie więźniów, którzy podkładali ładunki, o wyliczonej już sile detonacji przez personel cywilny kopalni. Jednak te bomby da się przeprogramować. Oczywiście nie każdy to potrafi, a nawet dość niewielu ludzi ale ja nie chwaląc się posiadam takie możliwości. Kiedy wysłali nas do zawalonych korytarzy byśmy podłożyli ładunki, szliśmy tam bez obstawy strażników. Bali się. Nigdy nie było pewności, że bomby nie odpala za wcześnie lub, ze fala uderzeniowa jest odpowiednio skierowana. Zostawali na górze, tak na wszelki wypadek. Wtedy przeprogramowałem sterownik jednej bomby zmieniając kierunek fali uderzeniowej. - Czy inni więźniowie, którzy byli z tobą nie protestowali? - spytał starszy mężczyzna - Nie, wyjaśniłem, że to da nam szanse ucieczki, że jest możliwości zniszczyć główna bazę ochrony kopalni . Uwierzyli od razu, chcieli w to wierzyć, nikt przecież nie przeżył w kopalniach więcej niż 6 lat. A nikt też nie miał wyroku mniejszego niż 15. Nic nie traciliście - dodał herszt grupy - skądś to znam, mów dalej to naprawdę ciekawe. Młodszy człowiek sięgnął po styropianowy kubek z napojem, pociągnął łyk, spojrzał troskliwie na śpiąca kobieta i opowiadał. Założyliśmy ładunki w samym końcu ślepego tunelu, w miejscu gdzie 3 kilometry nad nami mieściła się żelbetonowa baza ochrony, przypominająca starodawny wojskowy fort. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności było to, że w założeniu naszych zwierzchników mieliśmy podłożyć bomby w korytarzu nie opodal tego w którym byliśmy. Dzięki temu, ochrona, która do głębokości 1 kilometra śledziła nas na ekranach skanerów nie widziała nic podejrzanego w naszej wędrówce w głąb planety i nie mogła zobaczyć, ze mijamy docelowy tunel. Wykonaliśmy zadanie i wyszliśmy na powierzchnie HD - 242. Padał deszcz, taki jak ten tutaj, kleisty, brudny. Sam widok krajobrazu Hd odbiera człowiekowi 5 lat życia. Strażnicy, czekający na nas u wylotu szybu jak zawsze wycelowali w nasze głowy automaty. To była taka ich ceremonia, dosłownie to lubili. Kazali nam ruszać w kierunku stojących nieopodal transporterów. Wyjście tunelu było odległe od miejsca zaminowanego o ponad 30 kilometrów. Do miejsca gdzie czekali na nas strażnicy jechaliśmy pod powierzchnią wagonikami, więc z terenu gdzie się znajdowaliśmy nie można było widzieć bazy ochrony, w dodatku byliśmy w górach. Bardzo bałem się, żeby fabryka, tam gdzie ona przebywała nie ucierpiała w wyniku eksplozji ale miałem nadzieję, że się nic nie stanie gdyż stała na litej skale na wzgórzu ponad fortem. Wsiadaliśmy do transporterów kiedy jądrowe młoty uderzyły. Najpierw usłyszeliśmy pomruk ziemi jakby skały tarły o siebie. Potem lekki wstrząs dało się odczuć jak by w pobliżu upadło cos ciężkiego. Po krótkiej chwili niewyobrażalnej przerywanej jedynie szumem deszczu ciszy, dziwna podobna do niesionego wiatrem piasku mgiełka rozeszła się od strony głównej bazy. Strażników było trzech, czwarty, nieuzbrojony kierowca. Staliśmy przy pojazdach, niektórzy siedzieli już w środku, gdy kolejny tym razem dużo silniejszy wstrząs zakołysał transporterami. Jeden strażnik potknął się i upadł. To był znak, którego z nikim nie ustalaliśmy. 15 więźniów, rzuciło się na trzech uzbrojonych w karabiny klawiszy. Rozległy się strzały, 2 z nas padło na kamienisty grunt by nigdy nie powstać. Ale moment zaskoczenia nam pomógł. Byliśmy zbyt blisko by strażnicy mogli otworzyć pełną serię. Leżeli na ziemi tłuczeni przez 15 ludzi, nogami, kamieniami i odebraną bronią. Wrzasnąłem byśmy ruszali, że jest szansa, że baza nie powinna istnieć. - I nie istniała? - spytał ciekawie starszy z ludzi. Nie istniała - odpowiedział krótko przybysz. Gdy dojechaliśmy wszędzie unosił się pył i dym. Tam gdzie stał fort strażników, teraz znajdował się wielki lej, ogromne zapadlisko po podziemnej detonacji megatonowej bomby. Fabryka na wzgórzu była jednak nie ruszona, odległość i tytanowa płyta fundamentowa zrobiły swoje. Wyły syreny. Główna kopalnia tylko trochę oberwała, ale my zamierzaliśmy ją zamknąć na długo. Strażników mogło być w niej może z 5, reszta musiała zginać w bazie głównej. Dalej wypadki potoczyły się szybko. Wjechaliśmy do kopalni, brama była zerwana z zawiasów. Wszędzie w panice biegali skazańcy, a dwóch strażników próbowało zapanować nad szalejącym tłumem, oddając w jego kierunku ostrzegawcze pojedyncze strzały. Dwóch moich towarzyszy z transportera położyło ich krótką serią ze zdobytych karabinów. Innych strażników nie było widać. Tłum widząc co uczyniliśmy z ich katami ryknął triumfalnie. Byli wolni, przynajmniej chwilowo. Na Hd, jak wiesz nie ma innej bazy. więc na razie nikt nie wiedział o zdarzeniu. Jeśli nawet na orbicie był jakiś statek, to mógł to być jedynie bezbronny masowiec, którego załoga nie zejdzie tłumić buntu rozszalałych kryminalistów. Mogliby jedynie zawieść wiadomość na Ziemię ale to by trwało 2 miesiące. Kilku ludzi z którymi zdążyłem się wcześniej zaprzyjaźnić wzięło broń i pojechało ze mną w transporterze do fabryki. Tam było wiele kobiet, i chyba dwóch strażników, którzy na nasz widok opuścili teren i uciekli w niegościnne góry. Znalazłem ją. Poczułem, że miękną mi kolana ale zachowałem spokój. Po krótkim powitaniu pojechaliśmy wszyscy na płytę lądowiska. Stały tam dwa promy z dołączonymi modułami dalekiego zasięgu. Nie wracaliśmy do reszty skazańców. Zrobiliśmy i tak dużo, dalej musieli radzić sobie sami. Było nas w sumie pięcioro. Jeden z naszej grupki potrafił pilotować statki średniej wielkości, więc pewni swego porzuciliśmy transporter i  biegliśmy po żelbetonowej płycie lądowiska w kierunku statku. Już z tej odległości widać było, że jest gotowy do lotu, bo symbol zatankowania na boku przy zbiornikach fosforyzował na zielono. To dodało nam jeszcze otuchy. Byliśmy może z 15 metrów od maszyny, gdy rozległy się strzały. dwóch moich towarzyszy padło, a trzeci rozglądając się w panice złapał się za nogę i potem podzielił los tamtych dwóch. Okazało się, że zza holownika lotniskowego ktoś nas atakuje. Zauważyłem go i strzeliłem paralizatorem. Udało się, bo facet upadł wypuszczając pistolet. Dwóch innych udało mi się trafić z automatu, kiedy próbowali podbiec do mnie z tyłu. Ten obezwładniony paralizatorem to był pilot transportowców, klon z resztą. - Mężczyzna powiedział to z nie smakiem - Sterroryzowałem go i przywiózł nas do was. Zboczyliśmy z kursu bo po drodze natknęliśmy się pechowo na wojskowy, inspekcyjny statek z Ziemi. Gdy my odlatywaliśmy on właśnie wszedł na orbitę Hd. Udało nam się go minąć ale po dwóch dniach dogonił nas i już wiedzieli co się działo. Musieli widocznie zejść na powierzchnię globu. Nie wiem czy stłumili bunt ale myślę, że tak. Łatwo namierzył nasz kurs. Dokładnie drugiego dnia podróży był za nami całkiem blisko. Weszliśmy w rój asteroidów i prawdopodobnie to go trochę opóźniło. Wiedzą, że ten układ jest jedynym w pobliżu, będą tu za parę dni. To wszystko. Obawiam się, że ściągnąłem na was nieszczęście. Wybaczcie mi.
   
    Dj. Varamus


Strona główna   Szuflada