Poczekajka
Autor: Anaela
Html: skrypt by pBT
PROLOG
Domek koloru serca margerytki, zanurzony w słonecznym, letnim popołudniu zdawał się drzemać. Półprzymknięte okiennice sprawiały wrażenie opadających sennie powiek. Pszczoły, polatujące nad słodkoróżowym kwiatem pnących róż, nuciły sobie tylko znaną mantrę. Czarny kot, nieczuły na wdzięki wpatrzonej weń burej kotki, leżał rozkosznie wyciągnięty na stercie świeżo zdjętej ze sznura pościeli, znacząc biel prześcieradeł pieczątką łap. Było senne, letnie popołudnie...
Ostry szczek wdarł się w ciszę, sprawiając, że kot, dom i pszczoły wstrzymały na chwilę oddech. Wielki, czarny jak kłąb burzowych chmur pies zaszczekał ponownie. Ochryple. Przejmująco. Wsparł się łapami na cembrowinie studni. Pochylił się, zaglądając do środka. Zaskomlał.
Spojrzała w górę, gdzie na tle niewzruszenie błękitnego nieba kleksem czerniał łeb zwierzęcia.
- Co ja tu robię? - rzuciła pytanie, a echo obiło je o ściany studni. Nikt nie odpowiedział.
Omdlewające od wielogodzinnego wysiłku ręce ześlizgnęły się z pałąka żurawia. W przerażeniu objęła kurczowo zbawienny kij ramionami i zastygła w bezruchu. Gdyby z jej słynnego poczucia humoru pozostał choć ogryzek, stwierdziłaby, iż wygląda jak skrzyżowanie pingwina z misiem koala. Niestety, ogryzek pożarło zwątpienie i strach.
- Co ja robię w tej pieprzonej Poczekajce? - wyszeptała, zamykając oczy...
ROZDZIAŁ I
Zaszedł ją od tyłu; cicho jak wojownik plemienia Czukczów, Dakotów, czy jakoś tak. Zresztą Patrycję, zaczytaną, oderwaną od lecznicowej rzeczywistości, bujającą wśród czarów, zaklęć i uroków, nietrudno było podejść. Prawdopodobnie nawet trąby jerychońskie musiałby się ostro wysilić, by zwrócić uwagę uroczej pani doktor. Co dopiero powiedzieć o jakichś tam pacjentach, o obowiązkach viceszefowej, o pracy... Jakiej znów pracy?! Tu! (klepnięcie otwartą dłonią w okładkę periodyku), tutaj! jest prawdziwe życie!
Właśnie to ,,prawdziwe życie'' wyrwał z rąk Patrycji Ten Wstrętny Łukasz. Rzuciła się nań z pazurami, jak kotka broniąca swych... Nie, to oklepane porównanie. Jeszcze raz. Rzuciła się na niego jak... jak... no jak rozbitek, tkwiący piąty rok na tym samym okruchu lądu, któremu wyrywano by ukochaną lekturę, na ten przykład Biblię (nie mamy bynajmniej nic do Biblii, niech nas Pan Bóg broni!).
- Co ty czytasz, wariatko?! - TWŁ spojrzał na okładkę i zachichotał. - ,,Wiedźma Polska'', no cóżby innego...
- Oddaj! - warknęła, ale uciekł do swojego gabinetu, zatrzasnął jej drzwi przed nosem i przytrzymał nogą. Po chwili usłyszała ryk. Ryk śmiechu.
- ,,Jak wyczarować nowego kochanka'' Aaaaa!!! Patrycha, ty starego sobie najpierw wyczaruj! ,,Wziąć wódki czystej dwie kwarty...'' A bimber może być? Mocniejszy jest, wyjdzie ci facet czerwonoskóry ,,Szałwi, rozmarynu i lubczyku kapkę'' Kapkę z nosa chyba! Aaaa! To jest dobre: ,,Krwi miesięcznej kropli dwie'' A kroplomierz to sobie gdzie wsadzisz? Aaaa! I słuchaj, co z tą krwią, bo nie piszą? Kółko na czole sobie namalujesz, czy co? A może jemu masz namalować?
- Spadaj, Łukasz!! - wrzasnęła rozsierdzona. - I oddawaj moją gazetę!
- No to albo mam spadać, albo oddawać, wolę spaść, bo ciekawa jest...
Do końca dnia była totalnie rozkojarzona. Zresztą TWŁ nie omieszkał dokuczać jej co okazja, rzucając złośliwe komentarze lubo też uwagi typu:
- A temu kochankowi dasz miksturę do popicia, czy go nią polejesz? Tylko proszę cię, nie zaginaj parolu na mnie! Oddam ci się dobrowolnie, byleby tylko ani kapki, ani krwi miesięcznej...
- Zamknij się!
- A na sabat kiedy się wybierasz? Masz już miotłę? Błyskawicę, czy Nimbusa 2000? Jak na niej latasz nie podwiewa ci sukienki, bo chciałbym popatrzeć...
- Zamknij się!!
- A zapalenia ten tego przydatków od tych lotów nie dostaniesz?
Chwyciła lancet w dłoń, by zadźgać sukinsyna, ale ze śmiechem uciekł do swojego gabinetu. Że też musiała czytać to cholerstwo jak tylko kupiła...! Szit! Szit! Do końca życia TWŁ będzie sobie z niej dworował!
Co do sabatu zaś... Owszem. Wybierała się. W najbliższą sobotę.
Szkoda tylko, że adresu podanego w ogłoszeniu nie było.
Siedziała smutna i zła na ławce koło dworca, patrząc tęsknym wzrokiem na kobiety, ubrane w długie czarne suknie, co i rusz wysiadające z PKS - u. Próbowała podążać za czarownicami, skradając się niczym Winnetou albo inna Czarna Stopa. Wszystko na nic. Znikały jej z oczu na najbliższym zakręcie, jak zaczarowane.
Siedziała więc - jak wspomniałam - smutna i zła, zastanawiając się na powrotem, gdy... poderwała głowę i wytrzeszczyła ze zdumienia oczy. Przed nią, tam gdzie jeszcze przed chwilą nie było nic, przynamnije nic godnego uwagi, stała kobieta w czarnej sukni i z tajemniczym medalionem na szyi.
- Na sabat? - To było raczej stwierdzenie faktu, niż pytanie.
Patrycja potaknęła gorliwie.
- Chyba nie myślałaś, że podamy prawdziwy adres?
Po prawdzie Patrycja tak właśnie myślała.
- Jeszcze by się jakichś oszołomów nazlatywało... - Nieznajoma wykonała niesprecyzowany ruch ręką. - Potrzebna ci miotła i kot - dźgnęła palcem powietrze, po czym... znikła w efektownym rozbłysku magii (a może tak się tylko oszołomionej nieco Patrycji wydawało).
,,Miotła i kot'' - powtórzyła dziewczyna w myślach, gapiąc się z niemądrze otwartymi ustami w miejsce, gdzie jeszcze przed momentem stała czarownica. Otrząsnęła się po chwili, tocząc ciężkim wzrokiem po parku. Spojrzenie Patrycji zatrzymało się na zamiatającym alejkę dziadku. Twarz wykrzywił paskudny uśmiech. Dziadek widząc to przycisnął miotłę do piersi, jak najcenniejszy skarb i począł uciekać, Patrycja dopadła go jednak bez trudu...
Przyciskając miotłę do piersi jak najcenniejszy skarb, stała przed drzwiami lecznicy dla zwierząt, zastanawiając się: wejść, czy nie.
No same kłody pod nogi jej dzisiaj rzucają! Zmuszając najpierw do rozboju w biały dzień, potem do bezowocnych poszukiwań kota, chętnego na sabat. Niestety. Kotów w tym miasteczku nie uświadczył. Zapewne wszystkie bawiły obecnie na tajnym wiedźmińskim zlocie, żłopiąc nalewkę z waleriany i gawędząc leniwie z czarownicami.
,,Ja też tak chcę!''
Zdecydowana na wszystko pchnęła drzwi lecznicy. Owionął ją znajomy zapach medykamentów i zwierzęcego strachu. Była u siebie.
- Na sabat? - zapytał z dobrodusznym uśmiechem lekarz. Co oni tutaj powariowali?! Patrycja spłoniła się po cebulki. Włosów. Całe miasteczko wie, że na sabat przyjechała?! - Potrzebny pani kot do kompletu? - Wskazał brodą nieszczęsną miotłę. Patrycja zdobyła się jedynie na słabe potaknięcie. - Pożyczę swojego. Uwielbia latać.
- Latać?! - Brwi same poderwały się do góry.
- A po co pani miotła? Aaaa... To pani pierwszy raz? - Zaraz, zaraz, o jaki pierwszy raz on pyta?! Chyba nie będą jej tam rozdziewiczać?! - No to powodzenia! - Klepnął dziewczynę przyjacielsko w plecy dłonią wielką jak patelnia, skutecznie wyduszając resztki oddechu, po czym wręczył jej wielkiego, pręgowanego, mruczącego jak silnik Diesla, kocura. Chwyciła zwierzę pod pachę, pod drugą pachę wzięła miotłę - zdobycz wojenną - i ruszyła z powrotem do parku.
- I co, w mordę jeża, dalej?!
Zaszyta w najciemniejszych krzakach siedziała okrakiem na miotle, trzymając przed sobą nieprzerwanie mruczącego kocura.
- Mam się odbić?! - Spróbowała, czując się jeszcze bardziej głupio. Wtem zamarła bez ruchu, słysząc, jak ktoś przedziera się przez krzaczory w jej stronę. Może to obrabowany dziadek?! Nie odda miotły!
- Szit! - usłyszała przekleństwo i osłabła z ulgi. To była znajoma czarownica.
Na widok Patrycji uniosła brew:
- Co ty wyprawiasz z tą miotłą? Nie zamierzasz chyba na niej latać? O! Cześć, Pafnucy. - Podrapała kocura za uchem, na co rozmruczał się jak opętany.
- J - jak nie do latania to do czego? - zająknęła się Patrycja.
- Sprawdzian determinacji - parsknęła śmiechem czarownica. - Pafnucy miał sterować, czy wypatrywać lądu? - Pochichotała jeszcze trochę, po czym spoważniała. - Co tu robisz?
Patrycja rozejrzała się, zastanawiając nad odpowiedzią. Nic inteligentnego nie przychodziło jej do głowy.
- Nie pytam czemu siedzisz w krzakach, tylko po co przyjechałaś?! - Czarownica zirytowała się patrysiną ignorancją.
- Chcę odnaleźć Amrego.
- Szukałaś w schroniskach dla zwierząt? - zapytała kobieta ze współczuciem.
- To nie pies, to mój wymarzony ukochany! - wykrzyknęła Patrycja święcie oburzona. - Tak go nazwałam.
- Aaaa... Czyli chcesz sobie wyczarować nowego kochanka? - Dziewczyna potaknęła gorliwie. - No dobrze. Będziesz musiała wykazać się wiarą i odwagą. - Dziewczyna potaknęła jeszcze gorliwiej. - Niezwykłą wiarą i odwagą! - powtórzyła czarownica z naciskiem, na co Patrycja potaknęła najgorliwiej, jak potrafiła. - Okej. Chodź za mną...
Na sabat było całkiem blisko. Stary dwór było wprost stworzony do goszczenia wiedźm, czarownic i innych odmieńców. Wprawdzie z zewnątrz wyglądał jak wymarły, w środku jednak tętnił tego wieczora życiem. I magią.
Sala Balowa w pełni zasługiwała na to miano. W srebrnych kandelabrach płonęły setki świec, rzucając rozmigotane refleksy na twarze zgromadzonych wiedźm. Było ich - wiedźm znaczy się - około trzydziestu. Stały, rozszczebiotane, w grupkach po kilka, przechwalając się jak małe dziewczynki, a to fryzurą, a to krojem sukni, a to co wymyślniejszym makijażem. Podtykały pod oczy rozmówczyń magiczne medaliony, dzieląc się z kumami nowoodkrytym zaklęciem, czy urokiem specjalnie na tę okazję wyszperanym z czarnoksięskich annałów.
- Witaj w klubie - rzekła Aurelia i podała rozglądającej się niepewnie Patrycji kubeczek z bursztynowym napojem. Ta wychyliła kubek do dna i rozkaszlała się straszliwie.
- No, no, Nalewkę Wiedźmuni pijemy małymi łyczkami i nigdy do końca. - Pouczyła Patrycję rudowłosa wiedźma, odziana w obszerną czarną togę, stojąca obok Aurelii. - Ostatnie krople należą się naszej Pani - Magii.
Strząsnęła swoje naczyńko do płonącego na kominku ognia. Płomień buchnął jadowitą zielenią.
Patrycja nagle poczuła się jak u siebie. Na ustach pojawił się wniebowzięty uśmiech (nie ma to jak kapka dobrej nalewki w doborowym towarzystwie!), na policzkach rumieńce, w ciele siła i odwaga cywilna.
Wstała (nieco chwiejnie) i klasnęła w ręce. Wiedźmy ucichły, przyglądając się dziewczynie z ciekawością i sympatią.
- Frzypyłam tutaj szepy wyszarooować sobie noweho chochanka. To znaszy Amrego. Amre to nie pies, tylko mój uchochany - wyjaśniła, zastanawiając się, ale jakoś tak z boku, czy mówi wystarczająco składnie i na temat. - Pomożecie?
- Pomożemy! - zakrzyknęły chórem wiedźmy.
Krąg wirujący coraz szybciej w rytm nuconej mantry - gardłowego ,,mmmmm'' unoszącego włoski na karku, odbierającego zmysły. Kolory, światło i cień, rozmazujące się w jedną szarą smugę. Twarze zlewające się w jedną twarz. Twarz znajomą. Moją twarz. Moje oczy - o źrenicach rozszerzonych podnieceniem, moje włosy rozwiane, jakby przez salę przelatywał orkan, moje usta, nucące to ,,mmmmm''.
Patrycja czuła, jak unosi się razem z tym wirującym kręgiem, ponad salę, ponad dach, ponad chmury, jak ulatuje wprost w rozgwieżdżone niebo i nagle spada, jak jastrząb na ofiarę. I widzi, jak...
...pod domkiem koloru serca margerytki zjawia się jeździec na wspaniałym, czarnym jak źrenica kota, rumaku, pochyla się ku Patrycji i mówi:
- Dokumenty poproszę.
Wróć! Jakie dokumenty?! Patrycja zamrugała, rozglądając się półprzytomnie. Skostniała z zimna siedziała na ławce w parku, tym samym, z którego wyruszyła za Aurelią. Przed nią, miast jeźdźca na wspaniałym, czarnym jak źrenica i tak dalej, koniu, stał policjant, z dezaprobatą wypisaną na pucołowatej twarzy. A Amre?!
Patrycja niemrawo sięgnęła do torebki po dowód osobliwy. Policjant przypatrywał się jej jeszcze chwilę.
- Pani z sabatu wraca? - zapytał domyślnie i już machał na nią ręką, już wracał do radiowozu, odjeżdżając w siną dal.
Skrzywiła usta w czymś, co z założenia miało być uroczym uśmiechem, tylko jej nie wyszło, po czym oparła ciężką głowę na dłoniach.
,,Rany Boskie, ależ mnie łeb nap...boli. Co ja piłam?!'' Chciało się jej... wyyy...ć. Opanowała z niejakim trudem owe chęci i rozejrzała się jeszcze raz.
- To był tylko sen - zmarkotniała.
Wstała, by powlec się na dworzec PKS, gdy... pierwsze promienie słońca zatańczyły na medalionie Aurelii, który teraz zdobił pierś Patrycji. Z niedowierzaniem uniosła srebrny krążek do oczu i przeczytała grawerowany złotem napis: ,,Bądź wierna. Idź.''
W blasku świecy litery zdawały się płonąć. ,,Bądź wierna.'' - Komu, czy czemu? - ,,Idź'' - Kiedy i dokąd? Gdzie szukać odpowiedzi na te pytania? Gdzie szukać Jego? Mężczyzny z wizji?
,,Znajdziesz Chatkę Wiedźmy, znajdziesz i jego'' - coś natychmiast odpowiedziało w umyśle Patrycji. Wstrząsnęła się. Zaczyna mieć omamy słuchowe, to pewnie po tej diabelskiej nalewce, którą odchorowywała dwa dni. Zresztą może za dużo się jej ożłopała - jak przez mgłę pamiętała naczyńko, co i rusz podtykane Aurelii pod chochlę. A przecież Patrycja alkoholu nie piła. Aż do przedwczoraj...
- No i czego się gapisz, Saris? - zapytała jednorożca, którego wizerunek wisiał nad biurkiem.
Zapytany zmrużył figlarnie szafirowe ślipie. On wiedział. Dokładnie wiedział, gdzie mieści się Chatka Wiedźmy, tylko powiedzieć, skubaniec, nie chciał.
,,Za łatwo by było, moja droga. Już i tak dostałaś wskazówkę. Wystarczy tylko odnaleźć miejsce z wizji.''
- Powiedz chociaż, czy jest w Polsce.
,,Tego też nie wyznam. Nawet na torturach.''
- A kto chciałby torturować strzępek płótna upstrzonego farbami - prychnęła Patrycja rozeźlona. - Może więc chociaż zdradzisz, czy naprawdę Jego spotkam? - indagowała po chwili nadąsanego milczenia. - Ty widzisz przyszłość do pierwszego węzła...
,,Wizja sięga daleko poza pierwszy węzeł, ale spotkałaś go w niej? Spotkałaś. Wiesz, kogo masz szukać, wiesz mniej więcej gdzie, nie pytaj więc głupio, tylko zacznij działać!'' - Jednorożec mrugnął raz jeszcze i znieruchomiał, tym razem na dobre, a Patrycja z westchnieniem sięgnęła po atlas Polski...