Druga część opowiadania znajduje się Tu
Kolor tła: Kolor tekstu:

   Przy współpracy

Autor: Internauci
Html: skrypt by pBT


   

[3] Wojtek
   Nieee...
Ale okrzyk ten Wyrwał się już po fakcie.
   Stała nad trupem, a w oczach jej paliło się niedowierzenie.
    "Jak to się mogło stać??" - myślała gorączkowo. Przecież nad wszystkim panowała... Panowała? A więc dlaczego "TO" miało miejsce? Nie, nie tak miało być... To miało być delikatne zaklęcie zapomnienia, a nie...
[6] Wojtek
   Nie miała czasu, na to aby się nad tym zastanawiać. Coraz wyraźniej słyszała kroki. Ktoś się zbliżał. Z każdą chwilą była coraz bardziej pewna, że idzie w jej kierunku.
   "Teraz najważneiejsze jest to aby opuścić to miejsce. Tym błędem zajmę się później." -- Myślała.
Powoli zaczęła składać zaklęcie teleportacji, kiedy zdała sobie sprawę z tego, że i tym razem może się nie udać. Oddzieliła fragment i rzuciła na popiersie obok. Te natychmiast spłonęło, we wnętrzu poczuła przeszywający ból.
   Dopiero teraz zdała sobie sprawę z powagi sytuacji. Magia była "od zawsze" obok, a teraz nie mogła z niej korzystać.
   Odgłos kroków dochodził tuż zza drzwi...
    "Co robić?" - myslała gorączkowo. Wiedziała, kto zmierza ku niej, kto tropi ją od chwili, gdy dowiedział się o jej Mocy... Mocy, która teraz była dla niej niedostępna. Myśli plątały się w jej głowie. Co on chce zrobić? Zabić ją?
   "Nie, to by było zbyt łatwe... Nic by mu z tego nie przyszło". A więc zamierza zrobić coś dużo gorszego...
    Musiała znaleźć jakiś sposób, by stąd uciec. Nie mogła walczyć. A on dobrze o tym wiedział. Instyktownie wyczuła drugie, inne wyjście z owej komnaty. Ukryty korytarz... Oczami duszy zobaczyła niewidoczne drzwi. W sercu jej zatlił się płomyk nadziei, który jednak bardzo szybko zgasł. Usłyszała kroki również od jego strony.
"Ktoś mu pomaga" - ta myśl nasunęła jej się nagle i zniszczyła do końca już resztki nadziei. - "Ktoś, kto bardzo dobrze zna zamek..."
[9] Wojtek
   Zza zasłony wyłonił się jakiś mężczyzna.
- Chodź za mną - Szepnął.
- Kim ... jesteś?
   Ale on już zdążył zniknąć. W głównych drzwiach usłyszała klucz wkładany do zamka. Musiała się teraz zdecydować.
   Co do intencji mężczyzny za głównymi drzwiami nie miała najmniejszych złudzeń. Ten drugi ... jego nie mogła wyczuć. Pierwszy rygiel otworzony. Za drzwiami słyszała brzęk kluczy - poszukiwanie właściwego kawałka metalu. Zdecydowała się. Odsłoniła ręką kotarę ... I na ułamek sekundy zastygła zdziwiona. Tam gdzie wcześniej, podczas dokładnego lustrowania swego więzienia natrafiła na zwykłą kamienną wnękę, teraz widziała lekko niebieskawo świecącą taflę. Słyszała o tym, lecz wiedziała, że jest to wyjątkowo rzadka rzecz. Gdzie mnie ta brama przeniesie? Dlaczego nie czuję energii z której jest wykonana? Powinnam ją czuć! Jak każdy czar - nawet nie marzyła by to zrozumieć. Wkładany klucz do drugiego zamka zmobilizował ją do działania. Zrobiła krok w nieznane...
   Przeszła przez ścianę i znalazła się... na murach zamku. Zobaczyła kątem oka zamykającą się taflę przejścia. Przepiękny widok... Wychyliła się przez krenelarz. Mur gładki - stojący na klifie - tędy nie zejdzie. W oddali na wzburzonym morzu jakiś statek walczył z pogodą. Wiedziała to już od południa, zbliżała się wielka nawałnica. Ktoś był w komnacie wiatrów i rozregulował kamień żeglarzy. Słyszała o tej komnacie, ten zamek zapewniał spokojne morze od wieków... do dzisiaj. Do dzisiejszego zniewolenia zamku. Smutne... Wróciła do rzeczywistości. Nigdzie nie było jej wybawcy - tylko czy wybawcy? Doszedł jej uszu ryk wściekłości wydawany za grubą ścianą przez Czarnego Księcia. Pozwoliła sobie na mały uśmiech triumfu, lecz zaraz go zgasiła.
- Szybciej - usłyszała głos z baszty.
- Już biegnę.
   Wbiegła w półmrok baszty potęgowany wieczorem i wiszącymi targanymi przez wiatr ołowianymi chmurami.
   Zobaczyła zakapturzoną postać. Płaszcz prosty, koloru stalowo niebieskiego, bez żadnych ozdobników, wysokie czarne buty. Mężczyzna ten był wysoki i dobrze zbudowany. Żadnego innego szczegółu nie udało się jej wyłowić.
- Przejdziesz tym murem z machikułami. Za następną basteją jest zejście z muru. Na ziemi pobiegniesz dalej, w wykuszu jest malutka bramka. Jest otwarta. Powodzenia!
- Kim jesteś - zapytała z nieukrywaną ciekawością.
- Spłacam dług rodzinny, który byłem winny twemu zmarłemu ojcu.
- Ale nie odpowiedziałeś! Kim jesteś ? - nalegała
- Jestem Gernas. Twój ojciec uratował mi życie, gdy byłem jeszcze młodym uczniem magii... Teraz spłaciłem część długu. Poza tym, był moim przyjacielem... Uciekaj, zaraz ogłoszą alarm!
- Czy mógłbyś mnie przenieś dalej od tego zamku?
- Mógłbym i nie mógłbym. Tam tylko zlikwidowałem mur. Gdybym cię przeniósł to wszyscy wiedzieli by, że to ja zrobiłem. Ponadto, teraz na miejscu jest silny mag, a ja jestem daleko. Taki czar przeniesienia żywej materii na odległość chwilkę się formuje... Książe, pewnie by go zakłócił, a ja z takiej odległości nic bym nie poradził. Chyba nie chcesz zginąć?
- Jesteś magiem. Czy zachciałbyś mnie uczyć? - zapytała z nadzieją
- Przybądź do mego zamku w dolinie Deras. Wtedy zobaczymy, ale niczego nie obiecuję.
Rozległ się dźwięk rogu.
- Idź już - ponaglił i rozpłynął się w powietrzu jak poranna mgła.
   Zrozumiała. Rozmawiała tylko z obrazem, jego tu fizycznie nie było...
 Pobiegła wskazaną trasą. Widziała jak na sąsiednie mury wybiegają straże, ale dziwnie na jej drodze nikt się nie pojawił. Jak była już przy furtce zobaczyła, że już i ten mur jest w pełni obsadzony.
   Wtedy spadł rzęsisty deszcz, pierwsza błyskawica uderzyła w niższą wieżę. Była już za murem. Nie może użyć żadnego czaru. Książe zakłuci jego działanie. Dlatego nie udała się teleportacja... Teleportacja, najbardziej skomplikowany czar jaki znała, a wybawca otworzył bramę. Przejście z wejściem i wyjściem oddalonym jedynie o jakiś metr, ale zrobił to na niebywałą odległość - potknęła się. Dość! - będzie i czas na rozmyślania - zdyscyplinowała siebie w myślach Biegła w strugach deszczu, ku wolności.
   Nie wiedziała ile czasu, biegła. Cała jej szata była przemoczona. Marzyła teraz o ciepłym posiłku. Niestety w strugach nadal padającego deszczu nie widziała żadnego schronienia. W co ja się wpakowałam myślała coraz bardziej, zmęczona i ziębnięta. W oddali zamajaczyło światło, skup się zganiła siebie, trzeba sprawdzić czy mogę się tam zatrzymać. Resztkami sił przywołała odrobinę magi jaka jej została. Mogę, mogę ucieszyła się, zbliżała się do tego światła szybko. Przed nią w ostatnich kroplach deszczu ukazała się gospoda. Weszła do niej, zapach dziczyzny, grzańca i ciepła rozchodził się po pomieszczeniu. Było tu czysto i schludnie, usiadła przy wolnym stole.
[12] Wojtek
   Chwilę jej zajęło uspokojenie się na tyle, na ile było możliwe w zaistniałej sytuacji. Przywołała dziewkę z obsługi i zamówiła wino. "Trzeba będzie je trochę wzmocnić" pomyślała. Teraz zdecydowanie nia miała ochoty myśleć na trzeźwo.
  "Chociaż powinnam myśleć trzeźwo" - pomyślała - "W sumie, to też nie powinnam rzucać czarów. Przez to mogą mnie namierzyć..." Ale czar już został rzucony, a wino wypite.
   Myśli kłębiły się jej w głowie. Nie była w stanie podjąć żadnej sensownej decyzji. Zastanowić nad czymś się dłużej. Przeskakiwała z tematu na temat nie potrafiąc zatrzymać się choćby przez chwilę na jednym z nich. Wszystkie były takie ważne...
   W końcu do niczego nie dochodząc postanowiła iść się przespać. "Sen jest najlepszym doradcą." Mawiał jej ojciec.
   Kiedy szła do izby, myślała o nim. Przez tyle lat go nie dostrzegała. Myślała, że go nie będzie potrzebować... A teraz kiedy go nie ma...
- Niezły jest. - Powiedziała z uśmiechem myśląc o tym że nawet zza grobu potrafi mieszać się w jej sprawy.
   "Był..." - ta nagła myśl popsuła Kleopatrze humor.
   Właściwie to jeszcze gdzieś istnieje w krainie magii.
   Nadano jej kiedyś dwa imiona Kleopatra, Sagitta - wolała to drugie. Bardziej odpowiadało jej charakterkowi, była szybka i porywcza jak strzała. Nie wiedziała dlaczego myslała o sobie tym pierwszym imieniem teraz. Pewnie to wszystko od tego wzmocnionego wina. Poczuła się bardzo zmęczona. Zrzuciła z siebie jeszcze trochę mokre szaty i powiesiła je nad płonącym kominkiem. Wsunęła się pod kołdrę. Ummm pomyślała z rozkoszą, prawdziwa pościel. Nie pamiętała kiedy spała w takim luksusie. Od śmierci ojca uciekała. Chcieli ją usunąć ostatnią z rodu.
   Zapadła w nerwowy sen - sen wspomnień.
Znów znalazła się w dzieciństwie.
Kolana ojca to bezpieczna przystań.
- Wyrośniesz na mądrą dziedziczkę. A teraz posłuchaj bajeczki:
Dawno, dawno temu, żyła sobie mała księżniczka i miała starszego braciszka - żartownisia. Zawsze robił jej kawały, był obdarzony odrobiną magii i potrafił jej zmienić kolor włosów. Na początku strasznie się gniewała, potem jej się to spodobało. Lecz pewnego razu zrobił jej inny kawał: sprawił, że z jej włosów lała się woda i wyglądała jak zmokła kura. Akurat tego dnia przybywała rodzina i księżniczka chciała wyglądać przepięknie... nie udało się. Ona też była obdarzona magią - każdy człowiek , elf, czy krasnolud ma w sobie magię. Jedni potrafią ją wykorzystać, przełamać powstałe bariery i uwierzyć w magię. Innym się to nie udaje i choć mogą czarować lepiej lub gorzej, nie mogą w to uwierzyć i w rezultacie nie potrafią tego czynić. Księżniczka uwierzyła - chciała się ukryć przed braciszkiem. Miała pewien kłopot braciszek zawsze ją wyczuwał po potencjalnej magii - jak mówił widział gdy nawet była przebrana za służkę, strumyczki magii które odginały się w jej stronę i zawsze ją zdradzały. Postanowiła, że otoczy się skorupką z jajka i wszystko wokół niej nie będzie wnikało do tej skorupki. Myślała o tym bardzo intensywnie i braciszek przestał ją zauważać. Tak powstał pierwszy czar ochronny. Jak księżniczka podrosła to udoskonaliła ten czar. Już nie zamykała się szczelnie w skorupce. Pozwalała małym strumyczkom magii przenikać przez ścianki - dawało to złudzenie że jest zwykłą osobą nie umiejącą czarować, a pozwalało kontrolować otoczenie. Mówiła, że dziwnie by to wyglądało by przed nią stał ktoś, a strumyczki magii go omijały - byłoby to nienaturalne. I od tej pory pozwalała się znajdować bratu gdy miała na to ochotę, lub sama chciała mu zrobić psikusa ...
Koniec bajki , idź aniołku do mamy, tylko nie powtarzaj bajki nikomu - zakończył ojciec puszczając oko. Zaskoczyła z kolan taty i pognała korytarzem...
Zrozumiała po kilku latach, to była pierwsza lekcja magii...
....
Ostatnie wydarzenia jest w rodzinnej posiadłości. Szloch matki - już wie, ojciec został zabity w jaskini starożytnych. Był tam by naprawić górską zaporę przeciwko trolom. Ale trole go nie zabiły. To po prostu średnio inteligentne szkodniki... w sumie mało szkodliwe, chyba, że będą dowodzone... Spadł z nieba meteoryt i zniszczył pół góry. Nikt nie miał wątpliwości - to nie był przypadek.
.....
Matka zmarła pół roku później, ze zgryzoty ...
....
A teraz od tego pogrzebu minęło ledwie następne pół roku...
....
Wczoraj przybyła na zaproszenie Księcia Morza Fedoki do jego zamku. W swoje 24 urodziny opuściła dom, a było to 3 miesiące temu... opuściła dom - uciekła. Podróżowała do biblioteki miasta Hergeda - tam znajdzie odpowiedzi! Pieniądze kończyły się, przyjęła zaproszenie - dawno nie była nad morzem, a to tylko nieznacznie wydłuży jej podróż. Pojechała z posłańcami. Ledwie wkroczyła do komnaty by się odświeżyć przed kolacją, jak zaczęto grać alarm. Chciała zobaczyć co się dzieje lecz przybył wtedy do jej komnaty młody woj i nie pozwolił się jej ruszyć. Po pół godzinie zapanowała cisza, dziwna cisza. Woj. wyszedł na korytarz jak mówił rozglądnąć się. Nie wrócił, miast niego przyszli żołdacy odziani w skórzane derki z niebiesko - czerwonymi kolorami kaftanów....
Zaciągnęli ją do sali tronowej gdzie okupował tron Czarny Książę. Znała go z widzenia widziała go raz w dzieciństwie w bibliotece miasta Hergeda gdzie przebywała z ojcem....
I jeszcze kilka miesięcy temu ... był składać kondolencje ...
- A i jest i piękny ptaszek - stwierdził wyniośle.
- Ty zbóju ! Gdzie mieszkańcy, gdzie prawowity władca ?! - Krzyknęła mu w twarz.
- O nerwowi jesteśmy.... no cóż poradzimy coś na to, ale później. A co do drugiego pytania - mieszkańcy żyją i nie żyją. Naprawdę nie żyje tylko bardzo odporna grupka ludzi, lub ci co mieli pecha i kupili za dobre amulety ochronne. Moje wojsko ...hm ,,eliminowało odpornych&'' hahaha... A reszta gdzieś są - ale gdzie któż to wie .. Przygotujesz się na moją wizytę w wieży będę u ciebie za kilka godzin. Będziesz moją uczennicą - będę Cię uczył magii.
- Nigdy - wycedziła przez zęby. Wolę zginąć.
- Zobaczymy, zobaczymy. Rozważę i tą propozycję. Ale złamanie twej woli będzie dla mnie niezłą zabawą.
- Ty .... draniu !
Zaczęła formować kulę ognia - rzuciła ją w księcia lecz kula nawet nie przeleciała metra. Rozwiała się w nicość.
- Zabrać ją ! - wykrzyknął rozbawiony.
....
Pukanie do drzwi zbudziło ją ze snu. Była cała mokra.
Kto jest za drzwiami ?
Przyjaciel, li wróg ?
Teraz czuła ktoś starał się naprawić pogodę - po takim działaniu będzie wracała kilka tygodni do równowagi...
Pukanie powtórzyło się.
   - Panienko! Panienka jeszcze śpi? - poznała wysoki głos żony karczmarza. - Jeno dwie klepsydry do połodniu, panienka prosiła...
Sagitta uchyliła drzwi. Na twarzy starej kobiety odmalowała się ulga.
- Jużem się martwiła, iże cosik panience zaszkodziło.
- Skądże! -szczerze zaprzeczyła. - Wieczerza była przednia. Zaraz zejdę...
- Nie trzeba, nie trzeba - przerwałą jej kobiecina. Popchnęła lekko drzwi. Sagitta zobaczyła drewnianą tacę zastawioną jedzeniem. Woń śiweżego chleba zakręciłą jej w nosie. - Wszystko panience przyniosłam.
Minęła ją i raźno wkroczyła do pomieszczenia. Ustawiła tacę na stoliku. Rzuciła okiem na pomiętą pościel, piżamę magiczki.
- Wyspana panienka aby?
- Tak, wszystko w porządku, proszę się mną nie przejmować - uśmiechnęłą się delikatnie.
- No! - karczmarka odruchowo wytarła ręce w fartuch. - To ja już pójdę. Jakby panienka...
- Wiem. Dziękuję.
Wbiła zęby w bułkę. Nastrój poprawił się momentalnie. Dobre chwile, złe chwile... fragment zasłyszengo gdzieś porzekadła przemknął jej przez myśl. Z rozkoszą delektowała się przednimi wiktuałami. Nagle posiłęk stanął jej w gardle.
Spod serwetki wysunął się kawałek papieru. Delikatnie odsunęła lniany obrusik.
Koperta.
Wyciągnęła ją i przez chwilę przyglądała uważnie. Nic. Żadnej emisji mocy. Zwykły kawałek papieru.
Oderwałą pieczęć, zupełnei gładką, na lśniącym laku nikt nie odbił swego herbu, ani żadneog innego symbolu.
Pojedyncza kartka papieru. Rozłożyła ją i po raz kolejny jej serce zamarło.

"Kochana Córko!"
   Mam kochanie mało czasu, nie udało się ocalić magii, Zginiemy a Ty jak to będziesz czytać, ja już będę w krainach szczęśliwości i magii. Musisz dotrzeć do biblioteki w miascie Hergeda, tam jest schowany zwój który pomoże Ci w walce z Czarnym Rycerzem, nie ignoruj jego mocy. Po mojej śmierci będzie jeszcze silniejszy, strzeż się jego szpiegów. To już koniec nie zdążę juz więcej nic napisać, żegnaj kocham Cię i będę z Tobą w magii...

  Tu list gwałtownie sie kończył, widac było ze kto inny go włożył do koperty, i zalakował. Przyjaciel to czy wróg i już wie gdzie ona zmierza. Samotna łza spadła na kawałek papieru rozmazując ostatnie słowa jej ojca. miała do niego żal, że ją tak zostawił. Gdzie jest mój brat, gdzie on się włóczy. otarła szybkim ruchem ręki, następną zbłąkaną łzę. Była nie tylko magiem i to dobrym, ale jeszcze wojowniczką. Wszystko przez ojca, chciał mieć synów, a tu się urodziła ona. Dopiła szybko kawę, przełknęła ostatni kęs. Dość użalania się nad sobą. Skończyła się ubierać, sięgnęła do sakwy wyjęła miedzianą monetę, to powinno straczyć. Zapłaciła karczmarzowi, oponował że niby za dużo, ale ona nie miała ochoty na dyskusje. Spieszyła się, było juz strasznie późno.
   
Wyszła przed gospodę.
Padało. Choć ołowiane chmury mieściły jeszcze dużo wody, to oddawały niewiele, czekając na jakąś okazję by się całkowicie wypróżnić. Straciła konia w zamku , musi kupić konia. Naliczyła ledwie 6 chałup. Wróciła do karczmy.
- Gospodarzu, gdzie można tu kupić konia ? - zapytała, podchodząc do właściciela. Nie chciała by wszyscy wiedzieli o jej problemach.
- Konia... a najlepiej... hm w podgrodziu nadmorskiej twierdzy, ledwie pół dnia drogi na północ. - Odpowiedział tubalnie i całą dyskrecję trafił szlak. W karczmie było ledwie 3 osoby, ale to już o 3 za dużo.
- A w tej osadzie ?
- Tu nikt nie ma konia na sprzedaż !
- Faliksie, jak to nie, a ten szary koń zostawiony przez wielmożnego pana więcej niż rok temu. Zostawił go mówiąc "jak nie wrócę do pół roku to sprzedajcie zwierzę" - wtrąciła się karczmarka, która miała ciekawą cechę pojawiania się z nikąd.
- Ale to najlepszy koń w osadzie - protestował karczmarz.
- Masz rację i się marnuje - nikt na nim nie potrafi jeździć - zrzuca każdego jeźdźca. Dajmy tej pani szansę.
- Dobrze jak się jej uda okiełzać tą klacz, to dorzucam darmowo siodło, sakwy i miecz który zostawił ten wielmożny pan. W sumie mówił by sprzedać wszystko. Konia cenię na 2 srebrne monety - dodał z satysfakcją karczmarz.
- Chodźmy go oglądnąć - ponagliła Sagitta, wcale się jej nie podobało, że jest tak blisko zamku.
Przeszli do stajni. stały tam 4 konie. Rozpoznała Siwiutką - klacz która była hodowana w jej domu! Nie dała nic poznać. Klacz rozpoznała też swoją panią. Tylko 4 osoby mogły ją dosiąść jej ojciec, mama, stajenny i ona. Koń zaczął kopać ziemię kopytami, strzyc uszami.
- Panienka chce go dosiąść ? - zapytał wesoło karczmarz.
- Za 2 srebrne monety ... to za drogo, spróbują za 50 miedziaków.
- Ależ to rozbój w biały dzień, niech będzie srebrna moneta i 50 miedziaków.
- No z siodłem to mogę dać 80 miedziaków - targowała się Sagitta, zapłaciła by od ręki te 2 srebrne monety, lecz nie miała za dużo pieniędzy, już wiedziała w paskach sakwy były zaszyte złote monety... 10 sztuk...
- Dobrze, niech będzie 1 srebrna moneta. W sumie nie będą musiał karmić tego zwierzaka, nie będzie też zajmował boksu - ale wszystko pod warunkiem że Panienka go udobrucha - zakończył się śmiejąc
- Już nie jeden próbował - dorzucił wesoło.
- Dobrze proszę go osiodłać.
Dosiadła Siwiutkiej - klacz momentalnie się uspokoiła.
- Tu jest Wasza zapłata karczmarzu.
- Dziękuję.... - powiedział, miał strasznie zbaraniałą minę.
- Karczmarka która gdzieś w międzyczasie zniknęła, pojawiła się z dwoma pakunkami.
- Tu masz dziecko jedzenia na 2 dni, od firmy.
Karczmarz już przyszedł do siebie i chciał zrobić jeszcze jeden interes.
- Pani, na polu pada, może za 5 miedziaków kupisz tą używaną derkę ?
- Kupię, proszę podaj mi ją - rzekła nie zsiadając z konia.
Zawarli tą ostatnią transakcję, pożegnali się.
Sagitta opuściła osadę kierując się ku południu.
Ręką gładziła głownię zwykłego - nie zwykłego miecza. Takich mieczy było tylko 5. Normaly, z szarego metalu, bez ozdóbek i kamieni, bez srebra czy złota, ale z mocą - wszystkie wykuł jej ojciec... A gdzie pozostałe 4 konie ? Ojciec zabrał w ostatnią podróż 5 koni. Czy rozmieścił je w różnych gospodach ? Następna tajemnica - powoli stwierdzała, że nie znała Ojca.
Jechała już pół dnia. Ciągle padało. Zjechała ze szlaku, pojechała przez stary las, starą zapomnianą drożyną. Tu jej nie będą szukali. Ściemniało się... Musi pomyśleć o następnej nocy.
[19] Wojtek
   Ciągle zastanawiała się, co zrobić. "Nie mogę od razu udać się na poszukiwania zwoju. Ktoś napewno wiedział, gdzie mam się udać. Może już na mnie czekają..." -- myślała -- "Wtedy nie mogę przyjść sama. Mogę potrzebować pomocy. Ale jeśli przez ten czas, kiedy będę zbierać drużynę pojawi sie tam ktoś? Zdecydowanie nie mogę tracić czasu."
W końcu zadecydował rozsądek:
-- Niedaleko od szlaku do biblioteki leży posiadłość Lady Cool. -- Mruczała do siebie -- Zawsze mogłam liczyć na jej pomoc. No i może będzie coś wiedziała na temat brata...
Zadowolona z podjętej decyzji zaczęła uważniej rozglądać się wokół
   I zobaczyła grote, była ukryta ze nie widac jej było z szlaku. Super miejsce na odpoczynek. wypadało by tylko cos jeszcze dozbierać drewna i będzie niezłe schronienie
   Zsiadła z konia, chwyciła za uzdę i zczęła zbierać leżące na ziemi gałęzie. Troche za mokre, burczała pod nosem, ale nic to może uda się użyć magii aby rozpalić ogień. Weszła do groty, rozejrzała się zadowolona. Grota była na tyle obszerna że mogła, konia spokojnie do niej wprowadzić. Nie chciała by koń samotnie wałęsał się po lesie, jeszcze zwróciło by to czyjąś uwagę, a tak grota zamaskowana gęstymi gałęziami, stała się schronieniem jej i konia. Rozsiodłała konia, wyszła na zewnątrz zebrać jeszcze troche trawy i mchu dla konia. Nakarmiła klacz pogłaskała ją czule, rozpaliła ognisko i wyszła na zewnątrz sprawdzic czy nic nie widać. Usatysfakcjonowana weszła spowrotem do groty wszystko było Ok. teraz mogła odpocząć, nie wyczuwała innej magii.
   Zebrała opał w samą porę. Gdy znosiła go do groty nastąpił drugi atak żywiołu. Z nieba polała się długo trzymana woda.
Kiedyś w tej grocie nocowali ludzie!
U wejścia na podwyższeniu leżały stare pochodnie.
Po krótkim namyśle zapaliła pochodnię tradycyjnie - jeszcze nie chciała używać magii. Kosztowało ją to trochę wysiłku. Krzesiwo było w sakwach.
Weszła do groty głębiej.
To nie była grota, to była duża jaskinia !
Widziała górę próbowała ją okrążyć - stary szlak okalał to pasmo górskie. Główna droga szła bokiem razem z rzeką, ale ona wybrała ten trudniejszy sposób...
Wiatr się wzmagał. Poczuła przewiew powietrza - ta jaskinia ma drugi otwór !
Przewiew wzmagał się, wiatr grał na stalagmitach, stalaktytach, pęknięciach ...
Poszła gdzie indziej, tam gdzie nie zdmuchiwało jej pochodni. Zobaczyła poprawianą przyrodę. Wykute schody - były stare. Gdzieniegdzie polewa naciekowa liznęła ich brzeg.
Stało na nich kilka malutkich stalagmitów...
Poszła prowadzona przez schody. Skończyły się po kilku metrach. Znalazła się w wielkiej sali. Stał tam stół i wyrzeźbione 12 foteli. Na jednym siedział - sądząc po koronie - jakiś król. Posąg miał jeszcze rzeźbiony miecz.
- To później - stwierdziła w myślach.
Wróciła po następną pochodnię. Ta się dopalała, była stara i zwietrzała.
Przyroda dostała istnej furii: wiatr, błyskawice i wielkie wodospady wody. Ktoś naprawiał kamień żeglarzy, a robił to wyjątkowo niezdarnie, lub wywoływał to piekło celowo... Słyszała dźwięk powalanych drzew.
Ruszyła z powrotem do sali królów - jak ją nazwała. Prowadząc konia, do którego przyczepiła opał. Czy będzie tam wystarczający przewiew by zapalić ognisko. W sumie miała do pokonania prawie po płaskim jakieś 75 m. Była już na schodach gdy usłyszała szum rzeki... To płynęła fala wody zebrana na dużej powierzchni gór i skierowana przez małe pęknięcia pod ziemię. Teraz drogę którą przyszła miała odciętą. Woda szybko tu dotarła czyli jak przestanie padać szybko ustąpi. Znalazła się powtórnie w sali ze stołem. Było tu inne wyjście zamknięte kamiennymi drzwiami. Znalazła też mały kominek - miał ciąg. Zapaliła małe ognisko. Zrobiło się przytulniej. Uspokoiła klacz delikatnie ją pieszcząc. Była bezpieczna - na razie.
   rozłożyła przygotowane przez żonę karczmarza jadło. Był ty kawał świerzutkiego chleba, kawałek mięsiwa, chyba to był boczek, jeszcze do tego cztery jajka na twardo. Było jej ciepło i dobrze najedzona schowała resztę jedzenia, teraz rozglądała się, gdzie tu sobie jakieś spanie umościć. Po chwili stwierdziła że stół, będzie najlepszy, roscieliła na nim derkę, wyjęła z sakwy pled, zrobiony jeszcze przez jej matkę. Przytuliła do niego policzek, zdawało jej się że czuje zapach matki, lekki zapach mięty, konwali, bzu. Matka uwielbiała te kwiaty. Teraz dopiero spostrzegła że znak wykuty na jednym z siedzisk coś jej przypomina, podeszła bliżej, blask pochodni oświetlił znak. Zamarła
[24] Dorwall
   Był to runiczny znak, który przedstawiał demona, zabijającego człowieka... Był to herb jednego z njapotężniejszych demonów, ze starożytnego świata...
Dotknęła znaku... Poczuła nagle, jak ogromna siła wciąga ją do jakiegoś tunelu... Miliony barw zlały się wjedną, w niekończącym się tunelu... Wszystko wirowało, ona leciała, barwy zamazane, prdkość coraz więsza, kolory zlewają się w jedno, strach, dezorientacja... i...
Koniec...
Znalazła się na ogromnej równinie, na której roczyła się wręcz epicka bitwa...
   No nie jęknęła, tylko nie to. Wszystkie rodzaje magii się pomieszały, ktoś się źle bawi. Obróciła się na pięcie, i wkroczyła w wrota które sie jeszcze nie zamknęły. Znowu wszystko wirowało, tym razem była na to przygotowana. Znowu znalazła się w jaskini. Teraz należy się przespać, jutro czeka mnie dalsza droga. Położyła sie na pośpiesznie przygotowanym posłaniu, niestety teraz nie czuła się już tak bezpiecznie
   Zerwała się z posłania, przyśniło się jej że dym z rozpalonego ogniska ktoś zobaczył, i bynajmniej nie był to żaden z wieśniaków zbierających chrust w lesie. wstała z posłania i wygasiła do końca tlące się jeszcze palenisko. Zobaczyła jeszcze co z koniem, klacz spała spokojnie. Uspokojona troszke położyła się, zapadła w lekki sen
[27] Wojtek
   Śniło jej się, że popwróciła na pole bitwy. Widziała walczące strony. Przyjżałą się sytuacji. Stała na natóralnym wzniesienu, lecz nie w najwyższym miejscu. Wkoło, jak okiem sięgnąć wpierały się ogromne armie. Rycerze stawali w szranki z widmowymi maszkaronami. Nad ziemią było drugie pole bitwy. To smoki walczyły z harpiami.
Powyżej miejsca w którym stała widziała grupka osób w zbrojach. Dyskutowali o czymś zawzięcie gestykulując. "Najwyraźniej dowódcy." - Pomyslala Sagitta - "Ale wyglądają komicznie w tych starych zbrojach". Sama nie wiedziała, skąd czerpie te informacje.
Tymczasem dyskusja przerodziła się w gorącą kłótnię.
   Stała osłupiona. Tyle różnych linii mocy przeplatało się na tej równinie.
Na drugim wzgórzu oddalonym o kilka staji widać było obóz przeciwnika. Stamtąd kierował harpiami. Smoki walczyły dzielnie, lecz było ich tylko 5 osobników w tym 3 samice. Wtem, harpie rzuciły się na jednego smoka, pozostałe trzymały inne smoki na dystans. Niestety to posunięcie było skuteczne smok miał rozszarpane skrzydła. Pomimo, że był to smoczy mag, zionął ogniem i raził zaklęciem, już spadał na ziemię. Ostatkiem sił wyprowadził lot w szybowanie. Usiadł na ziemi tuż przed jaskinią. Harpie chciały dokończyć dzieła. Bronił się dzielnie lecz przegrywał. Wtedy zmienił taktykę, ledwo powłócząc skrzydłami doszedł do jaskini i tam bronił otworu. Już nie mógł pomagać w bitwie, lecz miał szansę uratować życie. Żadna harpia nie weszła do jaskini. Smok potrzebował pomocy - inaczej wykrwawi się na śmierć. Przeniosła wzrok na pole bitwy. Skądeś pojawił się olbrzymi jaszczur który rozgramiał ludzkie wojsko. Teraz zobaczyła dokładnie. Z jednej strony stali wojowie w zbrojach, w skórach, a nawet i pospólstwo z kosami. Drugą stronę stanowili jeźdźcy ubrani w czarne płaszcze bogato zdobione czerwoną nitką - Ci byli dowódcami polowymi. Kaptury skrywały ich twarze. W tej armii służyły orki, trolle, trollaki, i inni. Co było smutne, zasilało tą armię i rycerstwo. Jaszczur coraz wyraźniej dawał się we znaki rycerstwu... Wielu już nie wróci do żon, matek czy dzieci, a bitwa wciąż trwa...
Nikt nie atakował magicznie obozów. Widziała te węzły energii postawione zabezpieczenia - żaden czar tu nie dotrze, tego była pewna. Pewnie podobnie miała się rzecz i w obozie przeciwnika. Teraz dostrzegła troszkę niżej stało 5 czarodziejów miotali kule ognia i błyskawice w kierunku jaszczura i harpii. Pojedynek w powietrzu wyraźnie wygrywały te ostatnie. Wtem, dobiegł ledwo powłócząc nogami jakiś wędrowiec - nie umiała inaczej go nazwać. Był cały zakrwawiony, lecz miał strój nie na wojnę lecz na polowanie: skórzany i bardzo kiedyś wygodny, teraz przedstawiał jeden łachman.... Upadł ze zmęczenia czy wykrwawienia dziesięć kroków przed dowodzącymi, z rąk wyleciał mu tak mocno trzymany srebrny flet. Podniosła się wrzawa ktoś zabrał flet, inny już tamował krwawienie przybyłemu. Jeszcze ktoś biegł do czarowników. Za moment jeden z nich w barwach zielono - niebieskich - lekko z rysów podobny do elfa stał już na górze. Dowodzący wręczył mu flet. Ten z namaszczeniem przyłożył go do ust. Najpierw próbował instrument. Popłynęło kilka dźwięków. Przełknął ślinę i ponownie zagrał. Powolna muzyka niosła ukojenie... Znała się na muzyce grała kiedyś na flecie, to był doskonały instrument i trzymał go niebywały mistrz. Wiedziała, że z taką wirtuozerią spotkała się po raz pierwszy w życiu. Ale coś się działo z liniami mocy. Wszystkie skupiały się wokół fletu. Drgały, przybierały na sile. Muzyka zmieniła się, była już skoczna. Sagitta widziała już rzekę która płynęła przez flet. Chwilę później było to już jezioro. I wtem, muzyka umilkła lecz cała zgromadzona energia popłynęła ku wzgórzu przeciwnika . Wzgórze zaczęło dymić, chwilę później nadszedł dźwięk gromu, trzęsienia ziemi w3idać było ogień i pioruny ... Szeregi wroga uległy załamaniu - już było pewne bitwę wygrali ludzcy wojowie. Lecz szeregi wroga nie uległy rozsypce - postacie w czarnych płaszczach przejęły dowodzenie - zaczęły logicznie wycofywać żołnierzy.
Flet zagrał ponownie. Lecz to już nie interesowało Sagitty, biegła do jaskini - słyszała słabnące serce smoka. Dobiegła. Stały tam ledwie 3 harpie. Rzuciła zaklęcie - kulę ognia. Nie zrobiła tego perfekcyjnie, lecz padło jedno zwierze inne uciekły w popłochu. Weszła ostrożnie do jaskini... Smok lustrował ją jednym okiem, nie mógł zrobić nic innego - umierał. Doskoczyła do niego i zaczęła czarować. Zamknęła mu rany, naprawiła rozerwane arterie. Zarodkowała szybki proces leczenia złamań.
Padła ze zmęczenia.
Zbudziła się wieczorem. Nie było już słychać odgłosów walki. Teraz smok się opiekował Sagittą. Zauważył, że odzyskała świadomość.
- Dziękuję - odpowiedział w jej myślach.
- W porządku - odparła na glos.
- Nie przeżyłbym tego gdyby nie Ty, jak masz na imię ?
- Sagitta
- Nazywają mnie Wędrowny Latawiec - to imię z młodości. Wiesz jestem magiem i widzę, że nie jesteś tu i teraz w pełni - pochodzisz z innego czasu.
- Tak, ale....
- Nie przerywaj, twój czas tutaj dopełnia się. Weź to - wyłamał małą łuskę ze swojego ciała. Pomruczał coś pod nosem. Sagita dostrzegła niesamowitą ilość małych pasemek energii tańczących wokół łuski. Buchnął ogniem z pyska. I na koniec dużą łapą podał powstały medalion czarującej.
- Dziękuję - odpowiedziała Sagitta.
- Ma to dużą moc i może Ci się przydać.
Zaczął się już powrót - całość obrazu pokryła mgła....
Obudziła się zlana potem.
Trzymała w ręce medalion, z leciutko świecącą na zielono runą. Świecenie słabło.
Była cała poobijana.
Czy to był sen ? - pytała się w myślach.
Nie, bo skąd by ta łuska ...
Była zmęczona potrzebowała normalnego snu.
Nawlekła medalik na rzemyk i powiesiła go na szyi.
- Gdzie ja widziałam taką runę ....
- Na tych kamiennych drzwiach w kącie komnaty ! -teraz już krzyknęła na głos.
Już nie było mowy o śnie.

   Postanowiła troszke sie ogarnąć, przypomniała sobie o podziemnej rzece. szybko zapakowała swój dobytek, wzieła swój stary szal i poszła do rzeki, przepływała jeszcze tam gdzie ją wczoraj (a mnoże i przed wczoraj)widziała, zdjeła ubranie i weszła do wody. Myślała że woda będzie lodowata a tu masz niespodzianka, była ciepła jakby jakieś moce ją podgrzewały, zanurzyła się ciepła woda koiła ból mięśni, zmęczenie ustępowało, poczuła sie świetnie. Ach jak mi jest wspaniale - pomyślała, moczyłabym sie cały dzień, ale dość tego dobrego trzeba coś zjeść i w drogę bo nigdy nie dotrę na miejsce. Wytarła się w szal i szybko ubrała, rozpaliła najmniejsze z palenisk jakie mogłą i zagotowała wywar, szybko zjadła i napiła sie wywaru. Spakowała resztę rzeczy, podeszła do konia pogłaskała po pysku pieszczotliwie, i powiedziała ruszamy kochana
[30] Dorwall
   Ale koń nie chciał nigdzie jechać... Zastrzygł uszami zaczął przestąpiwać nerwowo z nogi na nogę... Sagitta wiedziała, ze czegoś się przestraszył. Cokolwiek to był, musiałobyś zabójczo szybkie, ponieważ, już po chwili zobaczyła to kątem oka... Jeździec w czarnym kaptórze i takimże płaszczu, całkowicie zakrywy, gał wpros na nią na swoim olbrzymim, czarnym jak noc, krwiożerczym rumaku... Spod jego odzienia, tylko miejscami prześwitywał czerwony blask, tak samo jak spod kaptura...
Spięła konia... Pognała co sił przed sibie... droga była wąska... Demon wydał z siebie przeraźliwty pisk i przyspieszył... Nie wiedziała co robić... Ponagliła konia... Okolica rozmyła się... Gnała na łeb na szyję, w dal, przed siebie, byle dalej od demona... Jednka on był coraz bliżej...
Powietrze powiewało włosami, udarzało w twarz, hamowało oddech... Sybko, szybko, szybko... Wleciała jak wiatr na otwartą polankę... Demon za nią... Uciekać, uciakać... Ogromny, paraliżujący strach, ścisnął jej duszę... Wpełz do trzewi...
Polanka była rozległa... Gnałą jej środkiem... On tuż za nią... Ona: wicher, a on: grom... Koniec... Nie uda jej sie umknąć... Zrównał sie z nią... Wyciągnął do niej rękę, a ta była ręką szkieltu, ale spowijał ją taki sam blask, jaki bił spod kaptura... Nie... nie... Nie!!... Paraliżujący strach... i nagle... koniec... Polanka kończyła się urwiskiem... Wpadła w nie, koń skoczył na jekieś kilka metrów w przepaść... Demon zdołał się zatrzymać... Gdy tak spadała, myślała, jaki jest sens jej śmierci... co w życiu osiągnęła... a czego nie zdołała osiągnąć...
[31] Wojtek
   Wtem medalion, który dostała od smoka zaczął świecić mistycznym, zielokawym blaskiem. Wysuwały się z niego linie pola magicznego, które zaczęły ją i jej konia otaczać. Poczuła, że spadają jaby wolniej... Jednocześnie widziała coraz mniej zewnętrznego świata.
Demon patrzący na jej upadek był zdziwiony tą sytuacją. Wiedział, że ostatni "Smoczy Medalion" został zniszczony ponad 500 lat temu. Chciał do końca obserwować co się dalej stanie... Jego ofiara -- Sagitta zniknęła w nagłym rozbłysku światła. Kiedy musnęły go linie światła zaczął się demateraializować. "Ten jest cholernie mocny..."
Na ziemię opadły jego szaty.

Tymaczasem Sagitta pojawiła się w nieznanym sobie miejscu. Momentalnie otoczyła ją kakofonia dźwięków. Była jedyną osobą, jadącą konno. Wszyscy byli dziwnie ubrani. Dzieci wskazywały ją palcami. Inni siedzieli w potworach, które miejscami miały przeźroczystą skórę.
Wiedziała, że nie jest w swoim czasie...
[32] Dorwall
   Nagle kilku z tych ludzi, podeszlo do niej, wiedziala, ze chyba nie maja dobrych zamiarów... Mieli dziwny kolor skóry, przypominajcy gline, ale poza tym, wygladali jak ludzie... tylko te ich dziwne stroje... Jej kon wierzgnal, omal nie spadla, ale udalo sie jej go okielznac, lecz owi, dziwni "ludze", widac przestraszyli sie tego zwierzecia... Wykrzykiwali komendy w dziwnym jezyku i wycigneli, nieco osobliwe wlocznie, o podwójnym grocie... Otoczyli ja dokladnie, przystawiajac swoja bron, zarowno do niej, jak i do konia... Wiedziala, ze opor jest bezcelowy i tylko pogorszy jej sytuacje... Postabowila zejsc z wierzchowca i nie wykonywac zadnych gwaltownych ruchów... Tak tez zrobila. Uniosla dlonie wysoko, tak zeby je widzieli, i ostrozne zsunela sie z siodzla... Podeszlo do niej dwoch osobnikow, ktorzy zakuli jej rece w dziwaczne, acz moce kajdany... Podprowadzili jednego ze swoich dziwnych stworow i wsadzili ja na niego... Wiedizala, iz prowadza ja do jakiegos wiezienia...
[34] Wojtek
   Na niejscu dokładnie ją obszukali i zabrali jej miecz, sztylet, sugnet i medaloin, które dostała od ojca. Dziwnym trafem nie zabrali jej "Smoczego Medalionu" -- czyżby go nie zauważyli?? Wiedziała, ze ostawiane opooru było by bezsensowne. Coś do niej mówili, a ona nic nie rozumiała. Widziała, że się denerwują. Prubowała, im tłumaczyć kim jest i że nie powinni jej tego robić... To tylko powiększyło ich nerwowość.
[35] Wojtek
    Potem zabrali ją do komnaty, gdzie znusili ją, aby siadła na krześle -- zadiwiająco wygognym jak na swój wygląd.
Została sama. Zaczęła się z zaciekawieniem rozglącać. Wkoło nie widziała żadnych gobelinów, czy firan lub zasłon. Bardzo białe ściany wyglądały jak wycięte z jednego kawałka kamienia. Na sufice świeciło diwne podłużne słońce. Jedyną ozdobą -- zdecydowanie nie na miejscu według niej -- było ogromne podłużne zwierciadło umieszczone naprzeciwko miejsca, w którym siedziała. Po dłuższej chwil jakaś kobieta -- wyglądająca miło -- i z uśmiechem zaczęła coś mówić.
Sagittę nagle olśniło i zaczęła składac czar translacji. Wtedy kobieta cofnęła się, zaczęła żywo gestykulować w kierunku zwierciadła.
[36] Dorwall
   Gdzy skończyła, w lustrze otwarła sie brama, przez którą przeszła, czym prędzej... Sagitta nie wiedziała, dokładnie, o co chodziło, przecież nie chciała zrobić jej krzywdy... myślała, iż było wręcz przeciwnie... Została sama...
Po jakimś czasie, do pokoju wszedł mężczyzna, o dziwo, nie podobny do swoich pobratymców. Wyglądał raczej, jak istota z jej świata, czy czasu, sama już nie wiedziałą, skąd... Wiedziała tylko jedno: ów "człowiek", bo założyła, ze nim jest, był wysoki, barczysty, ubrany w czarny strój, który nieco dodawałmu elegancji, przypasany miał długi miecz... Jego włosy, były koloru miedzi, a oczy błękitne. Twarz wyglądała na prryjazną. Była zniewalający...
- Napędziłaś mojej czarodziejce, stracha - przemówił.
- Nie bój sie, nie zrobimy ci krzywdy, a raczej oni nie zrobią, bo zarz im powiem, kim jetseś... Z mojej strony, również nie musisz się niczego obawiać, gdyż jesem z tego samego świata, co i ty... Nie wiem, jak sie tu znalazłaś, ale przynajmniej, jest tu ktoś podobny do mnie samego... Oni tylko byli zdziwieni, twoim wyglądam, a spłoszył ich twój koń...
-Kim jesteś?? - wykrztusiłą wreszcie.
-Jestem ich dowódcą, me miano Maven... nie obawiaj sie mnie... Nie spotka cie żadna krzywda...
   - odzyskam konia i mój miecz - zapytała zdenerwowana jeszcze
- tak odzyskasz, teraz Cie wypuścimy i zabierzemy w bezpieczne miejsce
- dzieki, prawdę mówiąc dość mam tych ucieczek, i to jeszcze w inne światy
- nie było innego wyjścia, Demon który Cię ścigał jest najgroźnieszy z tych które znamy
Wstała z krzesła, mimowolnie przygładziła szaty, zaczęła nerwowo chodzić po tej dziwnej komnacie. Próbował jej pomoc, i uspokoić, niestety dokładnie wiedział co ona teraz przeżywa. Sam tach sie zachowywał gdy tu przybył poraz pierwszy. Wtedy mu pomógł jego poźniejszy mistrz i przyjaciel Morth.
[38] Wojtek
   Teraz poczuł się zobowiązany do przekazania swojej wiedzy. "Ale najpierw musi się przyzwyczić do obecnego miejsca" -- myślał -- "Trzeba będzie wziąć ją na zwiedzanie"
[39] Dorwall
    Ale druga część umysłu, mówiła mu, żeby nie zmuszać tej, dość "ładnej" istoty, do rzeczy, kórych nie będzie chiała... Jak zawsze rozsądek wziął górę. Postanowił faktycznie oprowadzić ją po mieście, ale nie miał zamiaru jej do niczego mzuszać... Pozostawało jeszczy jedno pytanie: KIedy Demon wróci?? Dla niego, nie ma znaczenia, kto w jaki jest czasie, czy przestrzeni... Może dowolnie podróżować pomiędzy światami... To nie jest zbyt bezpeiczne miejsce dla niej, ale przecież jedno z bezpieczniejszych...
[40] Dorwall
    Ale druga część umysłu, mówiła mu, żeby nie zmuszać tej, dość "ładnej" istoty, do rzeczy, kórych nie będzie chiała... Jak zawsze rozsądek wziął górę. Postanowił faktycznie oprowadzić ją po mieście, ale nie miał zamiaru jej do niczego mzuszać... Pozostawało jeszczy jedno pytanie: KIedy Demon wróci?? Dla niego, nie ma znaczenia, kto w jaki jest czasie, czy przestrzeni... Może dowolnie podróżować pomiędzy światami... To nie jest zbyt bezpeiczne miejsce dla niej, ale przecież jedno z bezpieczniejszych...
[41] Dorwall
    Ale druga część umysłu, mówiła mu, żeby nie zmuszać tej, dość "ładnej" istoty, do rzeczy, kórych nie będzie chiała... Jak zawsze rozsądek wziął górę. Postanowił faktycznie oprowadzić ją po mieście, ale nie miał zamiaru jej do niczego mzuszać... Pozostawało jeszczy jedno pytanie: KIedy Demon wróci?? Dla niego, nie ma znaczenia, kto w jaki jest czasie, czy przestrzeni... Może dowolnie podróżować pomiędzy światami... To nie jest zbyt bezpeiczne miejsce dla niej, ale przecież jedno z bezpieczniejszych...
[42] Dorwall
    Coś pomieszało siew czasoprzestrzeni... Nie mógł zrozumieć, jak do tego doszedł, ale wydawało mu się, ze przeżył kilkakrotnie tę samą chwilę... To nie dobrze... Demon skanuje czasoprzestrzeń, aby odnaleźć tą nieszczęsną, piękną... Co?! Czemu ja tak pomyślałem... NIe, nie... To tylko "przejęzycznie"... W każdym razie, trzeba ją dobrze skryć magią, gdyż nie może jej znaleźć... szkoda by było...
[43] matek
   Uciekała ciemnym korytarzem. Za nią biegło kilka osób. Begła nie oglądając sie za siebie. Z czasem zaczeła się potykać. Upadła. Wstała i znów zaczęła biec. DOganiali ją. W oddali zobaczyła światełko. Biegła szybciej. Wybiegła przez tajne wyście na małą półke skalną nad urkiskiem. Nie miała gdzie uciec. Stanęła na krawędzi. Napastnicy wybiegli z korytarza.
- Stój- wrzasnął jeden.
Sagitta nie posłuchała. Runęła prosto w otchłań morza. Spadała dość długo. Gdy oczekiwała uderzenia w zimną i twardą powierzchnię morza przypominała sobie najlepsze dni swojego życia. Leciała dalej. NIe było uderzenia. Otworzyła oczy. Rozległ się dość głośny i wysoki krzyk. Znajdowała się gdzieś pod powierzchnią ziemi. Widziała tylko jasno pomarańczowo-czerwone blaski...
[44] Dorwall
   Obudziła się zlana potem... Nie wiedziała, co się stało... Ostatnia rzecz, którą pamięta, to fakt, iż spadał w nieskończoniść... Poczuła rękę na raieniu... Uniosła głowę. Ujrzała tam Mavena... W pierwszaj chwili przestraszyła się i czmychnęła w kąt łóżka. On sie odsunął, w miejsce, w którym - przez ciemność - nie był widoczny.
- Przepraszam... - odrzekł z zakłopotaniem.
- Co tu robisz... - powiedizała wystraszona.
- Miałaś zły sen - odrzekł. - Myślałem, że cię obudzę... Przepraszam, wybacz mi... Ja nie chciałem...
- Nie szkodzi. To ja przepraszam. Czuję sie wtym wszystkim nieco zagubiona...
- Rano, zapoznam cię z moimi ludźmi i zwyczajami tutejszej ludności... I w jakim czaisie się znajdujemy. I oczywiście, jaka jest tutejsza sytuacja polityczna...
- Dziękuję - odrzekła.
- Jeszce raz przepraszam... - wyszedł z komnaty.
[45] matek
   Sagitta położyła się na łóżku."Co to wszystko znaczy?" zadawała sobie pytanie w myślach. Poleżała troche. Podeszła do małego okienka w murze. Wyjrzała przez nie. Ujrzała morze. Nagle poczuła ból. Chwyciła się za głowe. Ujrzała swój sen. Biegła korytarzem. Otworzyła oczy. Leżała na ziemi. Musiała zemdleć. Wstała i wyszła z komnaty. Ujrzała korytarz. Biegł w dwie strony. Korytarz po prawej kończył się za zakrętem. Wybrała lewy. Szła nim dość długo. Szła cały czas głównym korytarzem nie skręcając w boczne. DOszła do wielkich dembowych drzwi. Pchnęła je. Ujrzała wielką salę oświetloną nie wielkimi pochodniami. Ledwo widziała koniec sali. Przeszła całą sale lecz niekogo niezauwarzyła. Weszła w boczne drzwi. Ujrzała jasno oświetlony ogród. Były tam kwiaty o których się nieśniło. Weszła głębiej. Ujrzała wielką fontannę w kształcie delfinów. Usiadła na skraju. Zamknęła oczy. Nie zauwarzyła że ktoś podkradł sie za nią...
[46] matek
   Sagitta położyła się na łóżku."Co to wszystko znaczy?" zadawała sobie pytanie w myślach. Poleżała troche. Podeszła do małego okienka w murze. Wyjrzała przez nie. Ujrzała morze. Nagle poczuła ból. Chwyciła się za głowe. Ujrzała swój sen. Biegła korytarzem. Otworzyła oczy. Leżała na ziemi. Musiała zemdleć. Wstała i wyszła z komnaty. Ujrzała korytarz. Biegł w dwie strony. Korytarz po prawej kończył się za zakrętem. Wybrała lewy. Szła nim dość długo. Szła cały czas głównym korytarzem nie skręcając w boczne. DOszła do wielkich dembowych drzwi. Pchnęła je. Ujrzała wielką salę oświetloną nie wielkimi pochodniami. Ledwo widziała koniec sali. Przeszła całą sale lecz niekogo niezauwarzyła. Weszła w boczne drzwi. Ujrzała jasno oświetlony ogród. Były tam kwiaty o których się nieśniło. Weszła głębiej. Ujrzała wielką fontannę w kształcie delfinów. Usiadła na skraju. Zamknęła oczy. Nie zauwarzyła że ktoś podkradł sie za nią...
[47] Dorwall
    I znów się obudziła... Ale nadal miała uczucie, ze ktoś za nią jest. Było to niemożliwe, gdyż leżała na łóżku...
[48] matek
   Sagitta położyła się na łóżku."Co to wszystko znaczy?" zadawała sobie pytanie w myślach. Poleżała troche. Podeszła do małego okienka w murze. Wyjrzała przez nie. Ujrzała morze. Nagle poczuła ból. Chwyciła się za głowe. Ujrzała swój sen. Biegła korytarzem. Otworzyła oczy. Leżała na ziemi. Musiała zemdleć. Wstała i wyszła z komnaty. Ujrzała korytarz. Biegł w dwie strony. Korytarz po prawej kończył się za zakrętem. Wybrała lewy. Szła nim dość długo. Szła cały czas głównym korytarzem nie skręcając w boczne. DOszła do wielkich dembowych drzwi. Pchnęła je. Ujrzała wielką salę oświetloną nie wielkimi pochodniami. Ledwo widziała koniec sali. Przeszła całą sale lecz niekogo niezauwarzyła. Weszła w boczne drzwi. Ujrzała jasno oświetlony ogród. Były tam kwiaty o których się nieśniło. Weszła głębiej. Ujrzała wielką fontannę w kształcie delfinów. Usiadła na skraju. Zamknęła oczy. Nie zauwarzyła że ktoś podkradł sie za nią...
[49] matek
   Sagitta położyła się na łóżku."Co to wszystko znaczy?" zadawała sobie pytanie w myślach. Poleżała troche. Podeszła do małego okienka w murze. Wyjrzała przez nie. Ujrzała morze. Nagle poczuła ból. Chwyciła się za głowe. Ujrzała swój sen. Biegła korytarzem. Otworzyła oczy. Leżała na ziemi. Musiała zemdleć. Wstała i wyszła z komnaty. Ujrzała korytarz. Biegł w dwie strony. Korytarz po prawej kończył się za zakrętem. Wybrała lewy. Szła nim dość długo. Szła cały czas głównym korytarzem nie skręcając w boczne. DOszła do wielkich dembowych drzwi. Pchnęła je. Ujrzała wielką salę oświetloną nie wielkimi pochodniami. Ledwo widziała koniec sali. Przeszła całą sale lecz niekogo niezauwarzyła. Weszła w boczne drzwi. Ujrzała jasno oświetlony ogród. Były tam kwiaty o których się nieśniło. Weszła głębiej. Ujrzała wielką fontannę w kształcie delfinów. Usiadła na skraju. Zamknęła oczy. Nie zauwarzyła że ktoś podkradł sie za nią...
[50] Dorwall
   Tym razem miałą już dość...
Aż trzy razy śniło się jej to samo... To nie było normalne. Coś działo sie z czasoprzestrzenią, ale nie była pewna, co...
- Czarny jeździeć... Demon, który cie ścigał... - usłyszała za sobą głos. Był to Maven.
- Co? - odezwała sie zaszokowana.
- wybacz, ale rzucałaś sie w łóżku, zatem postanowiłem, sprawdzić, co ci sie śni... i znów mi się zdawało, ze przeyłem tą samą chwilę kilkakrotnie... Tobie zapewne rózwnież śniło się kilkarazy to samo.
- Sądowałeś mój umysł?? - obużyła się.
- Wybacz Sagitto, ale czarny jeździc, cię szuka... On może podrużować w czasie i przestrzeni... Narazie jestem pewnie,tylko ją sąduje, ale jak cię odnajdzie, to nie mam pojęcia, co zrobi... Nie wiem nawet dlaczego cię szuka...
- Ja też nie, odpowiedziała.
- Nie bój, się... Do rana na pewno sie stąd nie ruszysz, a i on cię nie odnajdzie, a później, zaprowadzę cię do wybitnego maga, który zakryje cie przed jego umysłem... Przynajmnie narazie...
[51] matek
   Sagitta siedziała samotnie w swojej komnacie. Za drzwiami stała straż. Maven kazał ją ustawić by Sagitta nie uciekła przypadkiem. Podeszła do okna. O dziwo ujrzała góry...
[52] Dorwall
    Góry, które otaczały ją ze wszystkoch stron... Nie wiedziała, jak się tu znalazła, stała na jednym ze szycztów, rozległego pasma górskiego... Było to bardzo osobliwe. Przestraszyła sie nieco, a po chwili strach przemienił się w panikę. Bo oto stała na dachu świata, w samej koszuli nocnej, podarowanej jej przez istoty, z innego czasu... Było jej niezmiernie zimno. Zewsząd napływały fale zimnego powietrza, ktore uderzaly w nią, ze wszystkoch stron... Widok, byc może, był i piękny, lecz także i zabójczy. Bała się ruszyć, gdyż każdy krok, mógł okazać się ostatnim... Wtem ujrzała to, co juz raz ją prześladowało, ale udało jej się umknąć... Był to ów demon, który scigał ją ju raz... Wtedy, cudem, lecz udalo jej się uciec. Teraz jednak, nie widziała wyjścia... Oto stała nia szczycie jednej z gór, w samej koszuli nocnej, a w jej stronę pedziła zmora. Jeden z najpotężniejszych demonów świata... Przynajmniej tak jej powiedziano... Nie dosiadał on jednak czarnego rumaka, lecz szybował w powietrzu, a poły jego płaszcza falowały, nie odslaniajac jednak wnętrza, od którego bil ów nieziemski wręcz, czerwony blask...
Postanowiła walczyć. Cóż jej innego pozostalo?? Zplotła ręce w znak runiczny i wyskandowała zaklęcie, wykonujac przy tym kilka gestów. Z jej dłoni wystrzelił ognisty pocisk, który pomkął w stronę demona... Ten zręcznie wykręcił w powietrzu salto i przystapil do ponownego natarcia. Sagitta, wypowiedziala kolejną formułe... Tym razem w stronę napastnika poleciały wstęgi błyskawic... Był zaledwie kilkadziesiąt metrów od niej, gdy objęły go owe błyskawice... Przez chwilą wstrzasał nim dreszcz, lecz rozbił z łatwoscią czar ziemskiej istoty i tylko przyspieszył. Widać lubił się bawić, swoją ofiarą...
Smierć była blisko, jak nigdy przedtem... Wiedziała, że nic już nie poradzi, jak rownież to, iż demon gdyby tylko mógl, juz dawno zabiłby ją jakimś zaklęciem... Czekała na smierć...
Był coraz blizej. Biła od niego smierć, w jej oczach strach, jego blask się zblizał, nie... nie chce... smierc... Gdy miał ją zabrać w objęcia "tej, która kończy wszystko", tuz za Sagittą, otworzyły się blekitne wrota... W zjawę uderzył potężny pocisk energi... Dobrej energi, który odrzucił go kilka metrow w tyl. Ten jednak nie zaprzestał pogoni. Szybko przyspieszył i już miał złapać Sagittę, kiedy przekraczała wrota, gdy te się zamkneły... Demon złapał tylko pustkę...
Wypadła z portalu i siłą odrzutu, wleciała wprost w ramiona Mavena, stojacego kilkanaście metrow od teleportu... Znalazła się w niewiarygodnie wyskiej i długiej, acz szerokiej, zaledwie na dziesięć metów sali...
- Juz wszystko w porzadku? - zapytał mezczyzna, chcąc postawić ją na ziemię. Lecz w tej akurat chwili, Sagitta nie chiała opuszczać jego ramion... Chciała natomiast poczuc się bespiecznie, a o dziwo, w jego objęciach czuła się niezwykle bezpieczna... Ku jego zakłopotaniu, wtuliła się mocnej...
   Ktoś ją lekko potrząsną za ramię, nie chciała otwierać jeszcze oczy teraz dopiero sobie uświadomiła że tak naprawdę te wszystkie przygody to jej się tylko śniły.Ona taka wojowniczka i jakis nieznany jej facet który tłumaczy jej że chce ja chronić i ona się do niego przytula, nie to nie w jej stylu. potrząsneła lekko głową, strzepki snu opodały, słyszała głos, trzeba wreszcie otworzyć oczy i zacząć myśleć co dalej.Otworzyła oczy i dalej była w tej smiesznej komnacie, on cos do niej mówił, teraz zaczeła rozróżniać słowa
- zemdlałaś chyba z nadmiaru wrażeń - powiedział Maven
- ja nigdy nie mdleję - odpowiedziała ze złaścią Sagitta
- nie będę teraz z Toba się kłócił nie mamy na to czasuczarny jeździec jest tuż za nami i ściga cie, a tak na marginesie to co ty właściwie mu zrobiłaś że tak sie na ciebie zastawił
- nie moge ci tego powiedzieć - odparła - jeszcze nie teraz za mało cie znam
- ok teraz musimy isc na jakies zakupy, dziwacznie wygladasz w tej sukni
Tylko nie to pomyślała z rozpacza Sagitta, to może lepiej niech mnie już znajdzie Czarny Rycerz.
...................

Czarny rycerz tym czasem dotarł do zamku swego pana
[54] Wojtek
   -- Panie -- zaczął -- Nie udało mi się jej schwytać...
-- ZAMILCZ!!! -- Wykrzyknął Anvitomis rzucając zaklęcie w stronę demona -- TY, ponoć najpotężniejszy z najpotężniejszych i nie potrafiłeś jej złapać!??
-- Panie... -- próbował coś powiedzić Demon, ale tylko naraził się władcy i zyskał kolejną porcję mąk.
-- Jeszczenie skończyłem. Trzeba było posłać całą grupę...
  Demon usulnie próbował zwrócić na siebie uwagę, jednak nie chciał się narażać. Musiał wysłuchać co Anvitomis ma do powiedzenia.
-- Możesz mówić, opowiedz jak to się stło, ze TY "potężny" nie wykonałeś zadania. -- Powiedział z kpiną zdejmując czar.
-- Pojechałem Panie, jak kazałeś, ją znaleźć. Byłem już blisko, kiedy przestałem ją wyczuwać. Nie czułem też żdnej magii, a przcież wiesz, że przed nami -- naturalnymi istotatmi magicznymi żadana magia się nie ukryje. Przez dwa dni szukałem, kiedy nagle znów pojawiła się blisko miejsca, gdzie zniknęła. Wtedy zacząłem ją ścigać. Uciekała. Zagoniłem ją na skraj przepaści. Nie zdążyła wychamować.
-- To chyba dobrze. Co skwasiłeś, że się nie udało??
-- Panie proszę nie przerywaj mi. Doskonale wiesz, że mój czas się kończy i muszę wracać. Tak więc -- podjął przerwany wywód -- Kiedy spadała, z medalionu wypłynęły linie sił, otoczyły ją i przeniosły w inny czas. Bardzo zły dla mnie. Nusisz jeszcze wiedzieć, -- Nadmienił -- że to najpotężniejszy smoczy medalion jaki widziałem. Długi czas musiałem się regenerować. Potem musiałem ją jakoś wyciągnąć w inne miejsce i czas. To było trudne. Dopiero jak odzyskałem całą moc, mogłem ją przenieść. Kiedy już ja miałem schwytać, ktoś bardzo potężny jej pomógł. Z teleportu uderzyła we mnie masa energii niekompatybilnej. To mnie spowolniło. Ona w tym czasie wskoczyła to teleportu. -- Kończył demon. Ostatnie słowa odbijały się od ścian, ale nie mozna było namierzyć jego źródła.
   Anvitomisowi kończyły się pomysły, co zrobić...
[55] Wojtek
   Wtem, uśmiechnął się. W jego głowie narodził się hytry plan...
   Tymczasem do pomieszczenia weszła Yunna pomagała od zawsze Mavenowi
- masz to dla Ciebie- powiedziała kładąc ubranie na stole
- co to za dziwne ubranie - zapytała Sagitta
- w naszych czasach takie sie nosi nie będziesz się wyróżniała w tłumie chociaż - tu Yunna przyjżała się dokładniej Sagittcie Twoje włosy teraz to juz nikt nie ma takiego naturalnego koloru i tak pięknych długich włosów
- mam nadzieję że nic nie chcecie z nimi ztrobić - zapytała wystraszona
- Maven wyjdx na chwilkę, Sagitta musi się przebrać
- a ja wam nie będę przeciez przeszkadzał - odparł nabrmuszony
- no juz cie nie ma - wypchnęła go za drzwi
Sagitta ubrała te dziwne spodnie i bluzeczkę, na jej gust to troszke za ekstrawagancko sie ubrała w jej czasach dawno by ją spalono. Yunna zaplotła dwa grube warkocze i spieła je w dziwaczny kok, ale mniej teraz zwracały uwagę, gdy juz skonczyły przebieranie, Yunna zawoława Mavena. gdy wszedł aż gwizdną
- uspokój sie - skarciła go Yunna
- ale ona pieknie wyglada - powiedział
- teraz pojedziemy na zakupy, ale ty sie nie odzywaj, twoj akcent jest tak dziwny ze zaraz by sie ktos zainteresowal, a Demon ma wszedzie swoich szpiegow. poza tym i tak zwracasz na siebie uwage - gadała jak najeta Yunna
- potem pojedziemy na zaprzyjazniona farmę i bedziesz doskonaliła sztuki walki, szkolic cie beda najlepsi mistrzowie naszych czasaów - powiedział Maven, kiedy tylko zdazyl wtracic swoje trzy grosze jak Yunna nabierała powietrza
- po co mam sie szkoli w wszych sztukach walki - zapytala zaciekawiona Sagitta
- aby stawic czola Demonowi musisz byc nie tylko sprytniejsza od niego, ale i przygotowana na wszystkie niespodzianki, tekze na ta ze on te sztuki walki zna - odparl Maven
- ok to juz jedzmy, nie wiem czemu ale nie znosze tego miejsca
wyszli przed bydynek jasne slonce oslepilo Sagitte, w pomieszczeniu panowal polmrok teraz w pelnym sloncu stala i myslala co dalej, czy spelnia sie jej koszmarne sny, czy poradzi sobie z demonem, teraz musiala poradzic sobie z zakupami. uf jak ja nie lubie zakupow pomyslala dobrze ze w moim czasie kupuje sie tak zadko cokolwiek do ubrania.
- idziemy - zakomenderowala Yunna
Maven i Sagitta powlekli sie za ta opetana kobieta
   Yunna szalała wybierała bluzeczki sukienki tak jakby Sagitta miała byc tu wieki, sagitta potakiwała tylko głową na tak lub nie a myslała o powrocie do swojego świata miej skomplikowanego. Żyły w jej świecie jednorożce, dzikie konie, smoki grasowały Demony i czarownicy. Ten świat był taki obcy bez ciepła bez magii bez dzikich koni i smoków. Tęskniła Maven chyba czuł, co się z nią dzieje. Chciałby jej pomóc ale teraz prym wiodła Yunna
[59] Dorwall
   Gdy tylko, "opętana opiekunka" oddaliłą sie nieco, MAven postanowił porozmawiać z Sagittą.
- Nie bój sie, ona tylko na pierwszy rzut oka, wygląda na opętaną... Tak naprawdę jest bardzo miła... Tak po prawdzie, gdyby nie ona, już dawno utopiłbymbym się w brudach... - na to wyznanie, Sagitta roześmiałą sie dyskretnie i poklepała go po ramieniu, mówiąc:
- Ona mogłaby być moją matką...
- Ja nie chciałbym mieć takiej matki...Jest nazbyt energiczna, chociaż, moze traktuję ją trochę jak mamę...
- Zaczynasz mnie rozbrajać... Taki silny wojownik, a w taki sposób mówi o kims takim, jak Yunna...
Zakłopotany Maven, nie odzywał sie już przez jakiś czas...
   Matka nie pamiętała jak wygląda, jak pachnie, właściwie to nie wiedziała czy kiedy kolwiek ja miała.No tak ale jakoś się urodziła a ona jej nie pamięta, zawsze był przy niej ojciec, kochał ja dbał i chronił, ale to nie matka. Popatrzyła na Yunne, tak ona jest jak matka chyba. Yunna tym czasem skończyła zakupy i zagnała ich wszystkich do swojej terenówki
- teraz jedziemy na farme - powiedziala Yunna siadajac za kierownica i ruszajac z piskiem opon
- na farme, to poco mi tyle ciuchow - zapytala niewinnie Sagitta
- o kochana wszak jesteś kobietą - odpowiedziala, puszczając do Sagitty oko
Moven nie odezwał się przez całą drogę
   Farma była wielka - położona wśród trzech wzgórz, częściowo porośnięta lasem. Przepływała tam rzeka biorąca początek w widocznych na horyzoncie, ośnieżonych górach. Komuś było tego mało postawił tamę i utworzył niewielkie jeziorko.
- Jakimi czarami kształtujecie kamień ? zapytała Sagitta.
Chciała zadać setki, tysiące pytań, jednocześnie nie chciała pokazać, że nie zna takich potężnych czarów.
Jeszcze kilka dni temu uważała tajemniczego maga Gernas'a za najpotężniejszego czarującego. Teraz nie była tego pewna. Choć całkowicie nieznajomy był z jej świata i potrafił otwierać bramy... zatęskniła do nieznajomego. Zdziwiła się swoim zachowaniem - zupełnie nie znała mężczyzny.

- To nie całkiem skała - to beton. Czyli jakby sproszkowana skała odpowiednio przygotowana i po dodaniu piachu i wody tworzy monolit. Na dole jest mała elektrownia - Odpowiedział głos nie należący ani do Yuany ani do Mavena. Elektrownia to takie urządzeni wytwarzające prąd, który może zasilać prawie wszystko, zrobić dzień w nocy i zagotować posiłek.
To na placu obok tego metalowego pojazdu, zwanego samochodem pojawił się następny człowiek. Też był wysoki, barczysty i przystojny.
- Czy wszyscy w tym świecie są tacy wysocy - świat wielkoludów - zapytała się siebie Sagitta.
U siebie uchodziła za szczupłą wysoką kobietę, tu była niższa prawie o głowę od tych mężczyzn. Nawet Yuana była od niej troszeczkę wyższa, a słyszała jak zwracał się czasami Maven do niej 'Mała'.
- Jesteśmy wysocy, poprzednie pokolenia były niższe. Teraz jesteśmy tacy jak widzisz, przewidywania mówią, że jeszcze podrośniemy - za jakieś kilkadziesiąt pokoleń - usłyszał cichutkie pytanie ten nowoprzybyły.
- Poznajcie się to jest Sagitta - dokonywał prezentacji Maven.
- Miło mi - skłonił się mężczyzna. Teraz dostrzegła jego ciało ukryte pod dziwnym białym strojem - jakby wojownika. Mięśnie miał sprężyste, lecz oczy zdradzały, że przeżył już niejedno.
- Poznaj Sagitto mego nauczyciela i przyjaciela -Geralda
- Niech zawsze gości Pokój w Twym domu - odpowiedziała podróżująca pomiędzy światami.
- To prezentację mamy za sobą. Jak długo tu jesteś -zapytał nauczyciel.
- W zasadzie ... nie wiem - odwróciła Sagitta zaciekawioną twarz w kierunku jej opiekunów.
- Jest 4 dni - odpowiedziała rzeczowo Yuana.
- Powiedz mi o tym ... prądzie, co to za wielka magia co 'może zasilać wszystko'.
- Później Ci opowie - wtrącił się z uśmiechem Maven. W każdym razie nie są to czary. Geraldzie, przekazuję uczennicę w Twoje ręce.
- Dobrze nie wiem ile Ci pozostało czasu, lecz przystąpmy do nauki. Będę Cię uczył sztuki walki mieczem, trochę podstaw konstrukcji starych zamków, i opowiem Ci to co wiemy o siłach zła. Niestety tego jest najmniej, dużo mądrych ksiąg spaliliśmy... My jako ludzie, nietolerancja, obawy, strach... to wszystko zniszczyło wiedzę. Teraz tylko zostały nieliczne woluminy. Musimy się spieszyć - niektórzy w tym czaso-wymiarze wytrzymują tylko kilka tygodni. Inni dłużej. Mówię to na postawie twoich 5 poprzedników, którzy trafili do nas na przestrzeni ostatnich 114 lat. Musimy unikać miejsc mocy, a zarazem je poznać. Jakbyś tam weszła prawie na pewno odesłało by cię do Twojego świata. Dobrze chodźmy do dojo.
   potem nastąpiły dni, ciężkiej pracy, a może tygodnie. Sagitta zrozumiała po co jej tyle rzeczy nakupowała Yunna. koszulki darły się wtrakcie walki, w spodniach robiły się dziury. Udoskonaliła swoją sztukę walki, nie tylko mieczem ale i włucznią, kurs obsługi kuszy, i łuku angielskiego, oczywiście jeszcze kilka rodzajów walki wręcz. Była tak zmęczona ze nie wiedziała, jak się nazywa, no i oczywiście dotknęła i ją ta przypadłość, czyli totalne zauroczenie swoim nauczycielem. Te wieczorne spacery, kiedy gadali o wszystkim co ją wtym świecie fascynowało. Ona taka krucha delikatna w błekitnej zwiewnej sukience, on silny i taki że ach... Wyrwało się westchnienie.
- o czym myślisz - zapytał Gerald
- o tym że trzeba wracać, czuję magię narastającą, muszę uciekać - powiedziała, i zerkła w jego kierunku
- tak wiem ja też to czuję, jutro skończymy niczego więcej cie nie nauczę, jesteś tak dobra, no prawie tak dobra jak ja, nie masz tylko tyle siły co ja więc twoje ciosy są delikatniejsze, pamiętaj musisz działać i myśleć szybciej niż przeciwnik
- tak wiem
szli dalej w milczeniu słonce chowało swoją płomieną twarz za szczyty ośnieżonych gór
[63] Wojtek
   Zastanawiała sie nad tym, czego się nauczyła. Chwyty, ciosy, kopniecia, pocięcia. Dzieki walce z Geraldem i t onie pozoraowanej nauczyła się bardzo dużo o walce ze zwykłymi przeciwnikami. "Ale co z magiczymi" -- pytała się w myśli. -- "Przecież nie mogę wiecznie przed mimi uciekać."
Wieczorami miała sansę, a nawet musiała ćwiczyć magię leczniczą, lecz tym raczej Demona nie pokona. Kiedyś wybitnie nie lubiła jej się uczyć, teraz dzięowała ojcu, że gonił ją do nauki.
Coraz częściej podejrzewała, że wszystko było z góry ukartowane.

Uskoczyła zwiewnie w bok, to Gerald ją zaatakował.
-- Hej co robisz?? -- Wykrzyknęła.
   - musisz uważać - powiedział
- och myślałam ze już skończyliśmy - odparła urażona
- nauka nigdy sie nie koczy pamiętaj o tym, sorki że cię zraniłem, ale musisz czuwać atak może być nagły, niespodziewany, Demon nie będzie się najpierw darł żebyś go zobaczyła
no wiem, wiem - była zirytowana ona tu wystrojona, nastrój romantyczny a on na nią napada. No i ta okropna rana, teraz musiała użyc magii. Chyba jednak cos przekombinowała, czar wyszedł zbyt mocny.
..........................................
Czarny Rycerz nagle wyczuł przypływ magii, potrząsna głową, tego rodzaju magii dawno nie wyczuwał, taką magię używał tylko jeden człowiek, czarodziej jej ojciec. Hmm pomyslał jest blisko.
[65] Dorwall
    Demon, nie miał zamiaru poddawać sie woli pana... Z każdym dniem potężniał i wiedział o tym fakcie doskonale... Jego poświara z czerwonej, zmieniła się na ciemnokarminową... Jeżeli jego pan chiał, to mógł go poniżać ile tylko chciał, ale tylko do czasu...
[66] Dorwall
    Iron, mistrz magiczny, o niebywałym kunszcie, własnie przechodził sobie polanką i cieszył pięnem przyrody, gdy poczuł czyjąś obecność...
Był piękny, majowy poranek... Poczuł, ze jakaś niewiarygodna moc rozdziera bramie miedzywymiarową. Obrócił się. Przez portal, łopocząc czarnymui szatami, wyleciała postać, cała zasłonięta powiawającym na wietrze, czarnym płaszczem, spod którego bił karminowy blask. Wiedział, ze istota ma złe zamiary, lecz nie miął pojęcia dlaczego akurat on miał być jej ofiarą... Nie miał zamiaru poddać sie bez walki... Splótł zaklęcie "opętania duszy", lecz nim zdązył je wyswolić, poczół ból w klatce piersiowej... Spojrzał na nią... Sterczła z niej koścista ręka, a właściwie, to ręka szkieletu... Już umierał, lecz poczuł, jak coś wysysa z niego moc... Obwisł bezwładnie...

Demon wchłoną kolejną dawkę energii... Ale to wciąż za mało... Proces, dzięki któremu potężniał, trwałby zbyt długo, a on się niecierpliwił... Dlatego musiał znaleźć wiecej potężnych ofiar... Znów przekrczył brame międzywymiarową...
Na środku polanki, leżało zwinięte w kłębek, pomarszczone ciało Irona...
Tym czasem na farmie...
   Zapadła juz noc, wszyscy położyli się spać ale czy spali. Sagitta martwiła sie czy sobie poradzi, musiała wracać, czuła jak energia która ja otacza nagle zgęstniała. Zerwała się z łóżka, w korytarzu wpadła na Movena
- też to czujesz - zapytała zdenerwowana
- tak bardzo silnie, zginą Iron, myślałem że cię do niego wyślę na nauki
- Czarny Rycerz
- tak
Yunna ocierając resztki snu z powiek, zapytała co sie stało, spojrzeli na nią z niedowierzaniem, nic nie czuła spała, to niemozliwe myśleli, chyba żeby była silniejsza niż im się wydaje
- musimy sie spieszyć z Twoim powrotem a myslałem że jeszcze jakąś zbroje, ach mało czasu m- pokrecił głową niezadowolony
- nic sie nie martw, to świadczy tylko o jego determinacji - powiedziała Yunna
a wiec jednak wiedziała, i czuła przypływ energii, odetchnęli z ulgą
[69] Wojtek
   -- Mam nadzieję, że jesteście gotowi do drogi. Musimy się stąd oddalić. Prawdopodobnie Demon zbiera energię. -- Mówiła Yunna -- Słyszałam, o nagłej śmierci jeszcze trzech innych magów. Chodźcie ze mną.
   jej terenowa była juz gotowa do drogi
- musimy uciekać w góry chyba Demon nas namierzył - powiedziała
- tak czułam - odpowiedziała Sagitta - czy to nas uchroni
- na jakiś czas tak, trzeba skompletować Twoją zbroje a to nie jest takie proste i niestety czasochłonne, spieszmy sieę
[72] matek
   Tym czasem w zamku pana demonów.
- O królowo potempionych- odezwał się jeden z głosów.
Znajdowali się w ciemnej sali. Nikłe światło przenikało przez okna.
- Tak mój wierny sługo??- odezwał się kobiecy głos z głębi sali.
- Mam złe wieści. Mój posłaniec zaczyna podejrzewać to co ma związek z nami...
- Nie martw sie. Anvitomis nic nie zrobi. Ja sie nim zajme.
- Dziękuję ci o królowo.
- Mów mi Akasha...
[73] Dorwall
   Po wyjsciu slugi, Królowa Potepionych, czyli Wampirów, zaczela sie smiac, a smiech jej byl tak krutny i pelen takiej nienawisci, iz nikt z ludzi nie móglby go scierpiec... Myslala nad tym, ze bardzo latwo wykorzystac swojego sluge, ktory wielbi ja ponad swe marne zycie... Demon chcial byc potezny, najpotezniejszy wrecz, a ona mogla to wykorzystac... Gdyz po co meczyc sie samemu, gdy mozna do swuch celow wykorzystac kogos innego... Znow wydala z siebie smiech... Slychac w nim bylo jakas tryumfalna nute... W sali rozblyslo swiatlo, ktore przypominalo swym kolorem smierc... Tyle w nim bylo smierci, iz mozna by byc pewnym, ze zabijalo, gdy ktos znalazl sie w jego obrebie... Rozswietlilo komnate trupioniebieskawym plomieniem... Bil on z serca owej istoty... Krolowej Wampirow, Ptepionych, ktorzy mieli wladac siwatem, jesli jej plan sie powiedzie, a byla pewna, iz tak sie stanie, poniewaz Sagitta nie mogla sie jej przeciwstawic... Ona kochala Mavena, lecz Akasha nie martwila sie tym, ze moze on stac jej poteznym wrogiem... Ze on jest jej poteznym wrogiem... Wykorzysta Demona, do zniszczenia Sagitty i MAvena, a jezeli on nie podola, to wykozysta sama Sagitte do zabicia MAvena, potem zmiezdzy ja wlasnorecznie...
Byla potezna, temu nikt zaprzeczyc nie mogl... Nawet pan Demonów i istot piekelnych nie mógl sie z nia rownac, o czym wiedzial, dlatego nie walczy z nia, lecz nie zawieral rowniez przymierza... A szkoda... Ich polaczone sily zrójnowalyby dotychczasowy pozadak, zniczylyby swiat ludzi, a miast tego ona panowalaby nad tym wszystkim, po wczesniejszym morderstwie swego sojusznika... I znow sie zasniala, lecz z jeszce wieksza moca, nienawiscia i grozba niz przedtem...
   Jechali cała noc, nad ranem gdy resztki snu, odpłyneły Sagitta rozejzala się, gdzie my jesteśmy?.samochod pial się kretą ścieżką, silnki pracował ciężko, chyba dojeżdżamy powiedziała Yunna, wstawajcie śpiochy.
Moven przeciągną się ziewając, gdzie my jesteśmy, zadał retoryczne pytanie, bo jakie to miało znaczenie.
[75] Dorwall
   Gdy dotarli na szczyt wzgórza, natychmiast wysiedli z auta. Maven obnazyl miecz, ktorzy jazyl sie niebieskawa luna... Yunna podaszla na sam srodek wzniesienia, gdzie zaczela odprawiac rytual, zlozony z przedziwnych gestow i slów... Sagitta stala w miejcu i nie wiedziala co robic, nie widziala nawet co sie dzieje... Maven sapnal nagle ciezko.
- Demon... Przybawa..... - z wysilku, uklakl na prawe kolano, caly czas trzymajac bron, gotowa do ataku, lecz jednoczesnie obrony... - Nie powstrzymam go, dluzej...
- Postaraj sie... - powiedziala Yunna, skonczywszy rytual.
Po srodku polany, zajmujacej szycz gory, otworzyly sie wrota, w ktorych pulsowala energia...
- Portal niejest stabilny!! Musze go utrzymac i nakierowac na wlasciwa sciezke!! - krzyknela Yunna, gdyz nagly powiew udezyl od magicznych wrot, rozwiewajac jej wlosy i wszystko na polanie... Nagle otworzylo sie drugie przejscie a z nich wylecial, niczym czarny cien Demon, dzierzac miecz, o czerwonawej klindze...
- Nie powstrzymam go, lecz bede walczyl... - wyszeptal Maven i w naglym podmuchu wiatru, rzucil sie na przeciwnika... Starli sie, wytwarzajc potezna fale energii, ktora na chwile zagluszyla moc portalu Yunny.
   Nad wzgórzem rozpetała sie prawdziwa burza, pioruny rozwinęły całą swoją moc, czarne chmuru przykryły niebo, czarnym całunem.
- uciekajmy krzyknęł przez huk piorunów Yunna, dłużej nie dam rady utrzymać otwartego portalu, Sagitta zbieraj się szybciej
- już biegnę, krzykneła Sagitta , a Moven
- Moven sobie poradzi, musimy ratować Ciebie
Moven uderzył i odskoczył, miecz Demona trafił w przestrzeń, czarny koń wystraszył się nie wiedzieć czego i gawłtownie stana demba
- uciekajmy krzykną Moven, znim sie pozbiera
trzymając się za ręce z pełnym ekwipunkiem w plecakach wskoczyli w otwarty portal. Portal natychmiast zamkną się za nimi
Czarny Rycerz zawył z wściekłości, jego ryk zagłuszył ryk burzy, znowy mi umknęli, ale ja ich dopadnę.
   - Pani zawiodłem powiedział demon nisko sie pokłoniwszy.
- poniesiesz karę, ale nie teraz, nie mamy na to czasu, sagitta jest silniejsza niz myślałam
- tak wiem to jej moc, sprawiła że mój koń się wystraszył, i mi uciekła
- oby tylko nie dotarli do legendarnego płatnerza, on jej zrobi zbroję jakiej nikt nie da rady
- wiem pani, jego nie udało się nam namierzyć, ale juz niedługo moja moc też rośnie
- Idź więc, i dopadnij ich, a wina twoja zostanie odpuszczona
[78] matek
   -Zeby miec pewnosc ze niezawiedziesz musze miec jakies zabezpieczenie. Weżmiesz odział moich ludzi. Dowodzi nimi Jacae. Masz sie z nim dogadac. A teraz odejdz.
- Dziekuje pani. Nie zawiode tym razem.
Odszedł. Akasha Usiadła na tronie. Rozbłysło znów blado niebieskie światło.
- Co zamierzasz o królowo- rozlegl sie głos z niszy po lewej stronie.
- Jeszcze nie wiem. Ale gdy tylko Sagitta zostanie zabita zostane królowa wszystkich.
- Ale jeszcze trzeba zabic Sagitte.
- Wiem. Dlatego dałam temu głupcowi odział nie do pokonania.
- Jesteś wielka o królowo.
- Nie musisz mi tego mówić lordzie Wallanc'e...
[79] Wojtek
   ***
Ludźmi to oni byli tylko z nazwy. Potwory, to na nich zbyt delikatne określenie. Była to zbieramina największego plugastwa jakiego i w piekle żadko się widuje. Demon przez chwilę oberwował swoich nowych kompanów.
Czekał aż ktoś go zauważy. Był zły. Akasha nie uważała, że sam da sobie radę, że nie podoła zadaniu. Ciągle nie był w pełni sił. Ale już niedługo... A teraz będzie musiał się użęrać z tą bandą. Regenaeracja będzie jeszcze wolniejsza...
-- A ty czego tu! -- Wyrwał go z zamyślenia głos stwora z czterema parami oczu, pokaźną kolekcją rogów i kłów.
[80] Marin
   -Nie dam rady - stęknęła w myślach - A co jezeli moje moce to tylko iluzja? Czuje, że słabną. Ochydny potwór to tylko wytwór mojej wyobraźni. Muszą to powstrzymać. Od kiedy straciłam dziewidztwo zaczęlam sie bać, ale nie czas na to. Moje moce mogą zniknąc, ale dopiero jak sie z nim rozprawie. Próbowała rzucić jakieś zaklęcie, niestety stwór był szybszy. Przebił ją rogiem i zniknął.W ostatnim momencie wypiła fiolkę z substancją przeciw-halucynogenną. Niestety krwawiła dalej. Róg zdołał przebić wątrobe.
[82] Wake-up
   Zaczęła płakać.
-Znikąd pomocy?
[84] AVE
   -Jesteś pewna?- z trudem spojrzała w bok, stał przy niej jakiś mężczyzna miał srebrne włosy w jego oczach płonął lodowaty płomień. Uświadomiła sobie że jest bliźniaczo podobny do jednego z posągów stojących w tym ponurym miejscu.
-To znaczy, że mi pomożesz?
-Nie świat nie jest taki piękny, nie o takie rzeczy prosi się Ostatniego Strażnika.- po tych słowach odwrócił się i zniknął.


Strona główna   Szuflada