Spotkanie
Autor: AJ
Html: skrypt by pBT
Od początku nie bardzo wiedziałem, po co lecę na ten caly Austrel. Już przy starcie zabrakło mi paru punktów na przyzwoitą trajektorię, te bowiem Federaci przydzielali, stosując procedurę, o jakiej nikomu nie śnilo się w Unii. Tłukłem się więc jakimś bocznym szlakiem, pełnym wszelkiego rupiecia i zupełnie nie oznakowanym. Automat kursowy ciągle domagał się poprawek, namiarów i podobnych bzdurstw, których nigdy nie lubiłem, nie mając zupełnie głowy do zawiłych obliczeń... Ten dziwny facet w starym, rozlatującym się klamocie o niejasnej przynależności organizacyjnej, przyczepił się do mnie tak jakoś wtedy, gdy mijałem Erynie. Boczne szlaki mają tę niemiłą cechę, że prowadzą niedokładnie spolaryzowanymi fałdami. Erynie zaś, jako bliźniaczy układ hipermasowy, doprowadzają - jak wiecie - tę depolaryzację do absurdu. Uczepiony uparcie mej smugi klamot miał jeszcze większe trudności z utrzymaniem się na granicy pól, niż ja. Posuwał się dziwacznymi skokami, jakby jego pilot dostał czkawki i, wstrząsany jej paroksyzmami, trącał co chwilę manipulator poprawek. Rozjaśniłem nieco obraz, szturchnąłem nogą zacinający się przetwornik i zwrócilem baczniejszą uwagę na swego towarzysza. Pojazd jego nie posiadał kodu w żadnej znanej mi postaci, jego osmalone burty wiele mogłyby opowiedzieć o bocznych szlakach, a wyloty dysz korekcyjnych przypominały lejki robota kuchennego. Musicie wiedzieć, że samotność bardzo mi odpowiadała w owym czasie, ale resztki solidarności ludzi Przestrzeni zbudziły się we mnie i poleciły nawiązać łączność z nieznajomym.
- Czy mogę w czymś pomóc? - rzuciłem w eter zwyczajowe pytanie. W odbiorniku zachrobotało i po dłuższej chwili wypełnionej najrozmaitszymi dźwiękami, usłyszałem:
- Ratuj, Zbawco! Piętnaście tysięcy parseków, resztkami potencjałów gonię, ledwom cię dopadł! Aliści dały siły wszelakie...
15000 ps to nie w kij dmuchał. Musiał się dorobić niezłej brody.
- Cechuje cię, jak mniemam, skłonność do przesady, Podróżniku - wyraziłem przypuszczenie.
- Zbawco! Przyhamuj krzynę, bo nie wiem co robić.
Faktycznie - sądząc po ruchach obiektu, którym kierowal, a który to pojawiał się, to znowu znikał w podprzestrzeni Cummingsa, mój rozmówca zupełnie nie wiedział co robić, a właściwie jak używać dźwigni i sensorów ręcznego sterowania, w które niewątpliwie pojazd jego był wyposażony.
Zaintrygowalo mnie to do najwyższego stopnia, przygasiłem więc emisję, wyrzuciłem linkę kotwiczną, rozbłysnąłem iluminacją manewrową i spodziewając się cumowania, rozhermetyzowałem śluzę. Czekałem dość długo. Minęło wystarczająco dużo czasu, bym zorientował się wreszcie, iż cumowanie przekracza jego możliwości manewrowe. Nieszczęśnik ów nie potrafił wejść dokładniej w mą czasoprzestrzeń i zsynchronizować faz. Zresztą podejrzewanie jego statku o jakiekolwiek zdolności manewrowe graniczylo z wiarą w cuda.
- Poczekaj, Podróżniku. Spróbuj trzymać się w pobliżu fałdy, na której się kołyszę i, na bogów, zmniejsz amplitudę. Wtedy ja spróbuję podejść do ciebie.
Manewr był trudny. Przez moment przebywałem w innej rzeczywistości, jakiś facet z siwą czupryną rzucil w moim kierunku podejrzliwe spojrzenie, były też grzmoty i błyskawice. Próbowaliście kiedyś ręcznie synchronizować fałdy czasoprzestrzeni? Nie ma się więc z czego śmiać, przyjaciele. W każdym razie potrafię być uparty, gdy nic lepszego nie mam akurat do roboty. Doprowadziłem do cumowania, choć dotknął mnie taki uślizg, że do dziś żyję o pół sekundy później, niż wy wszyscy - w dni parzyste, w nieparzyste zaś - o te pół sekudy was wyprzedzam. Licho wie, jak, to się dzieje...
- Proszę na pokład - rzuciłem grzecznie, likwidując blokadę. Wzrost mego gościa uznać można było, przy odrobinie życzliwości, za niewysoki. Wyglądał na jednego z tych, którzy noszą skarpetki do sandałów - jeśli chwytacie, o co mi chodzi - co zwykle natychmiast zraża mnie do podobnych indywiduów, choć nie przywiązuję nadmiernej wagi do męskiego stroju, raczej do pewnej wyrażanej nim filozofii... No dobrze, nieco to zawiłe, przyznaję, poza tym mało was zapewne obchodzi. Że jednak budził rodzaj litości - pierwsze wrażenie złożyłem dobrodusznie na karb niecodziennej sytuacji, w jakiej się znalazł.
Wtoczył się na pokład chwiejnie, niepewnie rozejrzał wokół, jakby wietrząc zasadzkę i wreszcie, po krótkiej walce wewnętrznej, zdobył się na zsunięcie przesłony z hełmu. Pukawki jednak, a właściwie sporego gnata, jaki ściskał w ręku, nie odłożył. Na jego twarzy malowały się ślady wielu dramatycznych przeżyć, jeśli tak się to określa.
- Są tu Koboldy, Zbawco?
- Całe mnóstwo - roześmiałem się, aczkolwiek niepewnie.
- Poważniem pytał - wodził wokół błędnym wzrokiem, trzymając pukawkę tak, by jej czarny otwór spoglądał mi ciągle w oczy.
- Wiozę ich na Austrel w skrzyniach po herbacie - upewniłem go ciekaw co będzie.
- Chyba nie wiesz, co mówisz - groźnie potrząsnął bronią.
- Siądź, Podróżniku, zdejmij okrycie, chwilowo nic nam nie grozi, o ile oczywiście nie wystrzelisz przypadkiem w kierunku burty.
Odetchnął z ulgą, rozluźnił nawet styk pod szyją, siadł przy grodzi, ale broni nie odłożył. Tyle że nie kierował jej już tak zdecydowanie w moją stronę.
- Ścigają mnie. Koboldy i Gnomy, zaprzańce, psiach mać.
- O czym mówisz, Podróżniku? - spytałem grzecznie. - Skąd bogi cię prowadzą?
- Nie słyszałeś o Ziemii i o Piekle na niej?! - zdziwił się, a czarny, osmalony wylot pukawki spojrzal mi ponownie w oczy.
- Ziemija... ziemija... utrzymujesz, że szlak twój wiedzie z Ziemi? - zdziwiłem się.
- Z Ziemii. I owszam. Z matki naszej wyrodnej.
A więc było nieco prawdy w twierdzeniu o tych 15 tysiącach ps... Oznaczały one przeskok o kilka rzeczywistości równoległych, o których sporo się czyta na kursach, mało kto jednak doświadczył ich na sobie. Wszystko to byto coraz ciekawsze i tylko dlatego wam o tym opowiadam.
- W porządku, Podróżniku. Przyjmij więc do wiadomości, jeśli jesteś w stanie, że to, na czym siedzisz, stanowi pokład statku Federacji, którym zdążam na Austrel. Twoja zaś rzeczywistość znajduje się w nieco innej stronie continuum, że tak to nazwę... Ale możesz nabrać sił ze mną, wątpię bowiem, czy trafisz kiedyś do swoich. Przeskokami rządzi przypadek, na który nie mamy wpływu. Trzeba było uważać.
- Moja zaś rzeczywistość...? - rozdziawił gębę w zdziwieniu, ukazując rząd żółtych zębów i zapominając przy tym o trzymanym w dłoni destruktorze. - Jak to rozumieć?
- Dosłownie. Wypadłeś z fałdy. Może rozbiło cię na skrzyżowaniu... nie wiem. Mogłeś się zmultiplikować, nie martw się - nikt TAM, u ciebie, nie zauważy.
- Jakimże sposobem, psiach gać...
- Daruję ci wyjaśnienia, zbyt są zawiłe. Bawiłeś się raptusją? Nie wiesz... Dobra. Odłóż broń, rozgość się. Jak cię TAM zwali?
- Pitelis...
- Paweł - wyciągnąłem rękę. - Kawa, herbata?
Zabezpieczyłem ponownie luk i pomknęliśmy ku Austrelowi, na który nie było mi znów tak pilno. Leciałem tam, bez większego przekonania leciałem, ale nie lubiłem kłócić się z kimś, kto zawsze ma rację, nawet w myślach, skoro więc kazano mi lecieć, by samemu sobie pomóc, dla świętego spokoju wynająłem tę puszkę...
- Więc z Ziemi twa, droga - zwrócilem się do Pitelisa, zablokowawszy stery, by nie zejść z kursu.
- Z Ziemii, Zbawco.
Pitelis stracił rozpęd, chwiać się już poczynał na granicy jawy i snu. Chyba rzeczywiście wpadł w niezłe tarapaty, skoro nie zauważył uślizgu.
- Znam Ziemię, Pitelisie, ale nieco inną, niż ty. Nie ma na niej ani Koboldów ani Gnomów. Ostatniego Demona widziano tam niecały rok temu - uśmiechnąłem się. - Podobno ostały się gdzieś trzy strzygi, lecz nie spotkałem nikogo, kto by którąś z nich widział osobiście.
- Nie może to być! Mówisz, żeś z Ziemii, a okrutnych Koboldów nie znasz?! Daruj, ale jakoś istność swą rozpocząć musiałeś.
- Istność? A cóż ów Kobold ma do niej?
- Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz, a proch ów dał początek istotom pierwszym, które grzechem okrutnym Ziemiję napełniły. Gnom bez Kobolda niczem jest, to wiem, sam jako Gnom po świecie się tułam, nauk niewiele posiadłem, tyle jednak wiem: Gnom bez Kobolda niczem jest.
- Gnomem jesteś? - zdziwiłem się nieco.
- A kimże być mogę?! - uniósł się, jakbym go czym uraził.
- Któż cię więc gonił?
- Toż mówiłem: Koboldy i Gnomy ich, zaprzedańce. Zbawienia pozbawić mnie chcieli!
"Nieźle tam u was, nie ma co..." - pomyślałem.
- Powoli zaczynam rozumieć, coś przeszedł, dobry człowieku. Wiele mam współczucia dla ciebie. Choć przyznam, że z tym zbawieniem to chyba lekka przesada.
- A jak czystość zachować, łaski dostąpić i o zbawieniu śnić wiecznym, gdy Kobold ucapi, dech ostatni wydrze, myśl zmąci i rozum stępi? O jakim marzyć spokoju w łapach jego okrutnych?
- Nie próbowaliście tam rozmów, układów z Koboldami?
- Bluźnisz, szyderco - Pitelis całkiem już przyszedł do siebie. - Jaki to z Koboldem układ być może? Toż przewrotny jest i obleśny, a siła jego nie w ramionach, tylko... tylko...
- Tak was dręczą? - dopytywałem się ciekawie, bo i sam miałem pewne doświadczenia w tym względzie. W końcu nie bez powodu darłem się na ten Austrel, a dać w tyłek Mnemozyne było mym najgorętszym marzeniem od jakiegoś czasu.
- Zbawco! Co zechcą, czynić musimy. A zło i sromota z nich płynie, rzeki nieczystości w nich swój początek mają. Cud to prawdziwy, że ujść cało zdołałem. Cud prawdziwy... - pomarkotniał jakoś, jakby z cudu tego do końca się nie ciesząc i zachrapał.
Dobijaliśmy właśnie do Austrela, gdy ocknął się i przytomniej wokół popatrzał. Zdążyłem już załatwić pierwsze formalności, wygasiłem układy i szykowałem się do wyjścia.
- Chodź ze mną, Pitelisie, rozprostujesz kości, rozejrzysz się trochę, może ci się tu spodoba? Naprawdę miałem nadzieję, że Austrel postawi tego faceta na nogi, mimo że... co tu dużo gadać, Austrel to nie Otan, ale i tu można się było podobno zabawić, gdy ktoś wam pokazał pewne miejsca. Zresztą sami dobrze wiecie, o co mi chodzi, choć w dzisiejszej Unii mało co przypomina tamtem Austrel.
Ruszyliśmy szparko ku kopule Admiralicji, by zarejestrować swój pobyt. Było dość wcześnie i nie mogło być tłoku przy terminalu. Obrotowe drzwi lekko zgrzytnęły, znaleźliśmy się w recepcji i wtedy właśnie mój towarzysz wydał z siebie okrzyk - tak pełen rozpaczy i przerażenia, że stojąca przed nami niewiasta obejrzała się z przestrachem. Początkowo nie wiedziałem, co do tego stopnia poruszyć mogło Pitelisa, bo nie była aż tak brzydka...
- Zdrajco! - wrzeszczał do mnie. - Kłamco wszeteczny! Toż to Kobold!!!
Wyrzucił te słowa jednym tchem i pognał ku swej rakiecie, którą mu aż tu, na Austrel przyholowałem, by za chwilę, siejąc wokół iskrami i zasnuwając pytę dymem koloru dojrzałej wiśni, wystartować ku gwiazdom, z których - jak mu się zdawało - przybył.
Uśmiechnąłem się przepraszająco do niewiasty i wsunąłem swój ident w terminal. Kątem oka dostrzegłem jeszcze różową smugę kondensacyjną pojazdu Pitelisa, niknącego w obłokach tej pięknej planety.
- Biedny człowiek - wyjaśniłem nieznajomej. - Wypadł z rzeczywistości, w której życie musi być piekłem. Co pani robi wieczorem, kotku?
- Świntuch - prychnęła, ale bez przekonania.
Prawdę mówiąc, mnie się też nie chciało...
Praca została pobrana ze strony autora: http://www.opowiesc.republika.pl
Histeria posiada zgodę na publikację
Strona główna Szuflada Skomentuj