Kolor tła: Kolor tekstu:

   Teleri meralloni palarine

(Teleri moknie w pelerynie - w zreformowanym języku elfim)

Autor: AJ
Strona autora
Html: skrypt by pBT


   

..........................................(Asi)

    To było w maju, pogoda ciepła, słonecznie, za oknem bujna zieleń z tym jedynym w swoim rodzaju odcieniem świeżości... Wtedy właśnie zadzwonił do mnie pan Emil Farragott z Biura Osób Poszukiwanych.
    - Pan Jędras, tak? - zachrypiało w komórce.
    - Tak, słucham - odezwałem się, choć numer na wyświetlaczu nic mi nie mówił. Zapomniałem już, że skontaktowałem się kiedyś z tym biurem, nie bardzo zresztą licząc na pozytywny efekt.
    - Odnaleźliśmy pańską córkę - wychrypiał w odpowiedzi pan Farragott. - Należy się 58,50. Prześlemy panu numer naszego konta.
    - Chwileczkę... - zaniepokoiłem się. - Córkę? A skąd pewność...
    - Żadnej pewności, panie Jędras. Dział reklamacji ma numer 777. Życzę miłego dnia.
    - Panie Farra...
    - Farragott. Starszy poszukiwacz Farragott... tak?
    - Jak ją poznam? - chciałem wiedzieć na wszelki wypadek.
    - Po butach.
    Wyłączył się. Wyjrzałem przez okno. Ze wschodu nadciągała ławica niepokojąco szarych chmur. Rudy kot siedział na parapecie tęsknie wyglądając przez brudne szyby.
    - Miauu... - miałknął.
    - Hm... - odparłem. - Mamy problem.
   
    To wszystko nie było takie proste, nie mogłem tego wyjaśnić swemu kotu w dwóch zdaniach. Włączyłem stary gramofon, na talerzu ułożyłem bakelitową płytę, musnąłem sensor, z głośników popłynęła Msza h - mol Bacha... utwór który wydał mi się najodpowiedniejszy do rozważenia całej sprawy.
    Otóż muszę się wam przyznać, że kiedyś przez zupełny przypadek i drobne nieporozumienie zostałem królem Elfów. Jak wiecie zostać królem Elfów może każdy mężczyzna, oczywiście w odpowiednim wieku, ale Elfy potrafią tak uprzykrzyć życie swemu władcy, że niewielu decyduje się przyjąć ten zaszczyt. Elfy uwielbiają wprost tarzać się w śniegu, rzucać trawkami i popkornem, piszczeć butami i ubierać się w stylu lat sześćdziesiątych. Są bardzo niepokorne, wszystko robią po swojemu, piją całymi beczkami sok grejpfrutowy... a jakby tego było jeszcze mało - włażą na wszystko, co jest większe od nich samych, o co przy ich wzroście nietrudno. Słowem, być królem Elfów to dość ciężka praca, a kto lubi ciężką pracę? Ja jednak zgodziłem się zostać ich królem, podpisałem stosowny kontrakt i wprowadziłem się do pałacu, w którym był wielki dywan i akwarium. Poza tym niczego w pałacu nie zauważyłem. Elfy - o czym nie wszyscy wiedzą - pasjami tarzają się po dywanie i godzinami wpatrują w akwarium. Sądziły więc widocznie, że ich król będzie zachwycony, jeśli dostanie do dyspozycji te właśnie urządzenia. Długo musiałem im tłumaczyć, że sypiam w łóżku z baldachimem i uwielbiam poranny, południowy i wieczorny prysznic, że jadam siedząc przy stole, a piszę klikając w klawisze komputera. Komputer znalazł się dość szybko, stół otrzymałem po trzech dniach - zrobiony, jak zapewniali moi poddani, przez pewnego utalentowanego niziołka - zaś prysznic musiała mi zastąpić podwieszona u sufitu konewka. Elfy zaręczyły jednak słowem honoru, iż będzie ona systematycznie napełniana gorącą wodą. Umieściły na niej nawet stosowną instrukcję, pisaną jednak nieznanym mi alfabetem. Było to podobno pismo Elfów, a więc coś niezwykle skomplikowanego, jak wiecie.
    Obowiązków jako król tego pięknego ludu miałem naprawdę niewiele. Rano udzielałem lekcji fechtunku zastępom obrony Elfirii, w południe wygłaszałem odczyty, a wieczorami sprawowałem rządy. Od czasu do czasu rozstrzygałem drobne spory i wydawałem wyroki, które lud mój uznawał w swej dobrotliwości za sprawiedliwe i słuszne. Naprawdę nie przemęczałem się tam, resztę czasu poświęcając na naukę alfabetu Elfów.
    Któregoś dnia, gdy już wziąłem prysznic, w największej komnacie przydzielonego mi pałacu zjawiła się dama wielkiej urody - co u Elfów oznacza, jak wiecie, błękitne włosy, spadające luźno na smukłe ramiona, czarne błyszczące oczy i bardzo jasne usta, jakby stworzone do zdradzania najsłodszych tajemnic. Skłoniła mi się nisko, acz z pewną wyniosłością, a ja wskazałem jej jedyne w komnacie krzesło, na które zaraz z wdziękiem opadła, jakby zemdlona. Sądziłem zrazu, że to moja uroda podziałała na nią zbyt silnie - brodę nosiłem bowiem trefioną a i pachniałem sokiem grejpfrutowym, z braku innych kosmetyków służył mi on wtedy do codziennej pielęgnacji dłoni. Potem przyszło mi do królewskiej głowy, że - być może - dostojeństwo funkcji mojej pozbawiło ją na moment przytomności, jako że rzadko przytrafiało jej się przebywać sam na sam z królem, bądź co bądź.... Wkrótce jednak okazało się, że była po prostu zmęczona.
   
   
    - Pani... - odezwałem się łagodnie, by biedne owo stworzenie nieco w obliczu swego majestatu ośmielić, ona jednak ocknąwszy się, spojrzała mi w oczy tak śmiało i przenikliwie, że natychmiast wzrok odwróciwszy, nalałem sobie pełen puchar nektaru z konwalii, dodałem kilka kropel wywaru ze stokrotek i zmieszawszy to wszystko, jednym haustem wypiłem.
    - Królu Elfów - ozwała się głosem dźwięcznym i czystym, zabarwionym ledwo wyczuwalną nutą ni to smutku, ni drwiny. - Jestem Jo Aisa, a przychodzę do ciebie z pewną bardzo delikatnej natury sprawą...
    - Może drinka? - spytałem, by cokolwiek powiedzieć.
    - Jeśli król taki łaskaw... - wyszeptała. - Mieszany, nie wstrząsany, proszę.
    Wpatrywałem się w jej twarz przez chwilę, z czymś ta dyspozycja kojarzyła mi się znajomym, po chwili - zbyt długiej, jak się zdaje - odwróciłem wzrok i podszedłem do akwarium, za którym chowałem szkło i napoje.
    - Konwaliowy, stokrotkowy...?
    - Grejpfrutowy, jeśli łaska - błysnęła czarnymi oczami.
    Wtedy dopiero zauważyłem, że przez plecy przewieszony ma łuk i zdziwiłem się, jak też straże mogły być tak nieostrożne, by wpuścić na me komnaty uzbrojoną osobę. Potem dopiero uświadomiłem sobie, że nie ma przy pasie kołczana ze strzałami, więc łuk ten to raczej ozdoba lub oznaka godności, nie broń. Cała sprawa intrygowała mnie coraz bardziej. Nalałem pełen puchar soku z czerwonego grejpfruta i podałem naczynie mojemu pięknemu gościowi.
    - Skąd przybywasz? - spytałem, na wszelki wypadek odwracając wzrok od jej błyszczących niczym czarne diamenty oczu. Szczerze mówiąc żadna broń nie byłaby jej w razie konieczności potrzebna - same oczy wystarczyłyby, by w sekundę spopielić najtwardszego przeciwnika.
    - Jestem wróżką z Zachodniego Krańca...
    - Ach... to ten zachodni skraj elfiego lasu? Nigdy tam nie byłem...
    - Och, królu, skąd cię Elfy wytrzasnęły, pozostanie dla mnie tajemnicą na zawsze... jestem wróżką z Zachodniego Krańca i jeśli kpisz ze mnie... - westchnęła jakby zrezygnowana.
    - Nie śmiałbym, wróżko - uśmiechnąłem się swym specjalnie dla wróżek przeznaczonym uśmiechem, który zwykle działał niezawodnie, tym razem jednak nie rozjaśnił oblicza Jo, a raczej nasunął na nie obłok w kształcie gradowej chmury. - Sorki, ja bywam nieśmiały przy wróżkach, rzadko mnie tu odwiedzają, tyle mogę powiedzieć w swojej obronie...
    - Sorki? - powtórzyła zdziwiona. - Dziwne narzecze... no dobrze, królu, słaby jesteś w tolkieńskiej geografii, ale tylko ty możesz nam pomóc.
    - Z największą przyjemnością wam pomogę - uśmiechnąłem się uśmiechem przeznaczonym dla pięknych wróżek, które proszą o pomoc. Tym razem podziałało. Przez twarz okoloną niebieskimi włosami przemknęło coś na kształt światełka, nieśmiałego jeszcze, ale już o dość wyraźnym zabarwieniu akceptacji.
    - Wiedziałam o tym, zanim tu przyszłam - błysnęła niebieskimi ząbkami. - W końcu jestem wróżką, czyż nie tak, o najdziwaczniejszy ze wszystkich elfich królów?
    - Jesteś, Jo - uśmiechnąłem się uśmiechem zarezerwowanym wyłącznie na owe rzadkie okazje, gdy piękne wróżki błyskają do mnie niebieskimi ząbkami. - Jak zatem mogę wam pomóc?
    - Sprawa jest skomplikowana, królu...
    - Mów mi Paweł, Jo - podrzuciłem sprytnie, dla przełamania lodów.
    - Jakoś mi niezręcznie, ale dobrze... sprawa jest więc dość dziwna, królu... Pawle - dokończyła. - Oto wśród ludu naszego, zamieszkującego odległe zachodnie lasy, na świat przyszła istota niezwykła, na moją następczynię przez Los naznaczona. Jednak zły Gremlin porwał jej rodziców dla okupu, a my nie mamy zbyt wielu środków na takie okazje... zresztą niewielka szkoda, gdyby o nich tylko chodziło, jako że zupełnie o swą córkę nie dbali, zbyt zajęci swoimi sprawami i pozostałą dwójką dzieciaków. Istota owa pozostawiona sama sobie wyrosła na piękną i mądrą wróżkę - wojowniczkę, wielu niebezpieczeństw unikając, jednak nie może stać się prawdziwą królową Zachodniego Krańca, dopóki ktoś nie przyjmie na siebie obowiązków jej ojca. Obyczaj bowiem nakazuje, by ojciec właśnie prowadził młodą królową po srebrnym kobiercu aż pod sam tron z hebanu złotą nicią zdobionego...
    - Tak, tak, tak... - przerwałem niegrzecznie, ale też konstrukcja tronu wróżek nie wydała mi się w tej chwili najistotniejsza. - I sądzisz, Jo, że ja mógłbym... hm... nadawałbym się do tej roli?
    - Tylko król może tego zaszczytu dostąpić, Pawle...
    - Nie jestem królem krwi, pochodzę z dolnej Saksonii, zresztą tylko po babce, a więc w jednej czwartej, obawiam się tedy... - owo "tedy" zadźwięczało niczym dzwon spiżowy i dodać miało stosownej powagi moim wątpliwościom.
    - Krew nic tu nie znaczy, królu. Funkcja, którą sprawujesz, wystarcza, byś okazał się pomocny.
    - Innych królów nie było w pobliżu? - spytałem nieśmiało.
    - Wszyscy odmówili. Wiesz, Paweł... mówiłam, że sprawa nie jest prosta. Czyż nie tak?
    - Nie pamiętam. Może mówiłaś, Jo. Ale ja nawet tu, wśród Elfów, uchodzę za niezłego dziwaka i odludka. Myślisz, że znajdę wspólny język z waszą Księżniczką, a nawet Królową in statu nascendi?
    - Myślę, że znajdziesz ten... język, jak to określiłeś - uśmiechnęła się po raz pierwszy. - I świetnie sobie z nią poradzisz. O ile nie jesteś psychopatą, dziwaku.
    - Jest trudnym dzieckiem? - chciałem wiedzieć, na co się porywam, jeśli już się porwę, a coś mi mówiło, że muszę się na to porwać.
    - Trudnym? Nie... tak tego nazwać nie można. I nie jest już dzieckiem. Choć bardzo potrzebuje ciepła i opieki. Zresztą dlatego tu właśnie jestem. Wydajesz się odpowiedni do naszych celów. Masz niezbędne ciepło i... wiedzę.
    - Do stu tysięcy beczek sfermentowanego soku z przegniłych grejpfrutów! - wrzasnąłem. - Więc mam być nie tylko uczestnikiem waszej intronizacji, ale i opiekunem, i nauczycielem, i niańką tej... jak ją zwiecie, nawet nie wiem... księżniczki?!
    - Diminutive Teleri brzmi jej imię - Jo pochyliła głowę z szacunkiem wymawiając to słowo.
    - Dimininimi... - wydukałem z trudem.
    - Diminutive, królu, to jej imię na elfi tłumaczone - powtórzyła - ale możesz ją nazywać swym... ludzkim językiem, jeśli elfim władasz słabo, bo z językiem wróżek nie poradzisz sobie za nic.
    - Ciekaw jestem, jak po ludzku brzmi imię mej, hm... córeczki.
    - Ajsza, dobry człowieku i myślę, że przy tym imieniu pozostaniemy, byś sobie języka nie złamał.
    - Ajsza... nawet ładnie w uchu dźwięczy - mruknąłem. - Nigdy nie miałem córki, wróżko. Bałbym się jej dotknąć małym palcem, a co dopiero przez życie i do waszego tronu poprowadzić.
    - Dotykać jej nie musisz, choć uwielbia się przytulać nad miarę. Wystarczy, że będziesz dla niej interesującym tatusiem, a  - jak sądzę - wystarczy ci do tego wyobraźni. Musisz tylko koszulę wdziać na siebie, bo facet w koszuli to dla niej zjawisko najmilsze.
    - Może krawat jeszcze? - parsknąłem. - I może brodę zgolić królewską?! Za wiele żądasz, Jo. Są pewne granice, których nawet dla waszej księżniczki nie przekroczę.
    - Wystarczy koszula w kratkę, a broda... cóż, skoro tak ci potrzebna dla podkreślenia godności, sądzę, że może zostać - popatrzała na mnie krytycznie. - Brodę Ajsza zniesie u ciebie, bo bez brody, jak widzę, zbyt młodo byś wyglądał, a nam stateczny tatuś potrzebny.
    - Wiesz, Jo, pomysł twój zaczyna mi się podobać. Nie mówię, że zgadzam się bez lęku i obaw. Król Elfów to osoba odpowiedzialna, jak wiesz, i w ryzykowne przedsięwzięcia wdawać się nie powinien. Ale dobrze. Kiedy księżniczkę poznam?
    - Nie tak szybko, królu. Przyjdzie czas, a los sprawi, że się spotkacie - odparła tajemniczo i wyfrunęła przez okno, zahaczając łukiem o firankę.
   
    Tak to mniej więcej wyglądało, gdym po raz pierwszy o Ajszy usłyszał. Wkrótce zresztą spakowałem swoje manatki i wyruszyłem w podróż po Elfim Kraju, by podatki należne ściągnąć, a o całej sprawie z wróżkami szczęśliwie zapomniałem. W kilka miesięcy później nadeszło pismo z Zachodniego Krańca, mnóstwem pieczęci opatrzone, na mocy którego nominowany zostałem tatką owej Ajszy, której nawet moje oczy nie ujrzały, co mnie jakoś szczególnie nie martwiło, dość bowiem miałem pracy w swym królestwie i dodatkowe obowiązki bardzo mi były wówczas nie na rękę. Papiery podpisałem nie czytając ich nawet i dalej sprawowałem swe mądre rządy, zgodnie z wieloletnim królewskim kontraktem. Pismo wróżek wprawdzie zawierać miało podobiznę mej córeczki, jednak nic na skrawku owym dojrzeć nie mogłem, bo mym oczom jedynie czarny prostokąt się ukazywał, gdym pod światło i ze światłem go oglądał... Gdy zaś nadszedł dzień mego powrotu z Elfirii, cała historia z wróżkami oraz jej księżniczką już tylko snem mi się wydawała. Po powrocie osiadłem wśród ludzi, mając nadzieję na spokojny żywot, bowiem środków zarobionych na królowaniu wystarczyć mi miało na wszelkie potrzeby do końca dni moich. Ale że nudziło mi się straszliwie, a kot, którego przygarnąłem, nie bardzo okazał się rozmowny, postanowiłem, trochę dla żartu, ale i z jakąś małą nadzieją na odmianę, któregoś dnia wybrać się do Biura Osób Poszukiwanych, mieszczącego się na końcu Bulwaru Zachodzącego Słońca. Stanąłem na końcu długiej kolejki i bezmyślnie gapiłem się w sufit, obserwując stadko much krążących wokół lampy i zastanawiając się, w jaki u licha sposób owo biuro mogłoby odnaleźć Ajszę... Przyznacie, że biuro na końcu Bulwaru Zachodzącego Słońca tyle miało wspólnego z Elfirią i Zachodnim Skrajem, ile ja z maglem parowym nie przymierzając. Wreszcie jednak przyszła moja kolej, a skoro tak długo czekałem, nie wypadało rezygnować, wziąłem więc formularz i wypełniłem jego rubryki możliwie dokładnie.
    - Pan szuka... niejakiej Ajszy z Zachodniego Krańca? - urzędniczka spojrzała na mnie znad wielkich okrągłych okularów, które upodobniały ją do nieco zdziwionej sowy, zbudzonej niespodziewanie w środku upalnego dnia.
    - W rzeczy samej - uśmiechnąłem się uśmiechem dla urzędniczek w wielkich okrągłych okularach.
    - Ma pan zdjęcie tej osoby?
    - Niestety, jej podobizna jest zaklęta w czarnym prostokącie i ludzkie oko dojrzeć nic tam nie potrafi.
    - Ludzkie oko - urzędniczka zagryzła wargi próbując nie parsknąć śmiechem. - A czyjeż to oko, według szanownego pana, potrafiłoby ową podobiznę dojrzeć?
    - Elfie, jak sądzę - uśmiechnąłem się uśmiechem normalnym, aczkolwiek odpowiednio stonowanym, by nie otarł się o szyderstwo.
    - Elfie, powiada pan... Siedzę tu już od rana, mamy teraz południe, a pan zdaje się mieć ochotę do żartów. Następny proszę.
    - Chwileczkę - nachyliłem się nad urzędniczką, by poczuła zapach mojej nowej wody kolońskiej i zniżyłem głos do szeptu - rzeczywiście żartowałem, ale dzień jest tak piękny, proszę mnie zrozumieć...
    - Nie lubię wiosny - parsknęła. - Jest za jasno, za ciepło i za sucho, zresztą jak zwykle w Kalifornii. Więc ma pan tę podobiznę, czy nie?
    - Nie mam - ułożyłem twarz w niezwykle bolesny kształt, jaki kiedyś dostrzegłem w pewnej świątyni u osobnika rozpiętego na belce przybitej w poprzek innej. Był on, zdaje się, również niezbyt zadowolony ze swej sytuacji.
    - Więc jak mamy odnaleźć tę... - spojrzała w formularz - tę pańską Ajszę?
    - Gdy ją zobaczycie, będziecie wiedzieli, że to ona - nie wiem, skąd mi to przyszło do głowy.
    - Hm... tak... wie pan, jest pan dziwnym człowiekiem i sama nie wiem, dlaczego jeszcze z panem rozmawiam. Może pan chociaż opisać poszukiwaną?
    - Och, oczywiście - przymknąłem oczy i spojrzałem w sufit. - Jest pulchną blondynką, niewysoką, bardzo dziecinną... to dziewczynka podobna do mnie. W końcu jestem jej tatkiem.
    - Podobna do pana? Mam nadzieję, że nie ma zarostu... przepraszam... ale sam pan prowokuje takie dowcipy.
    - Nie, nie nosi zarostu, jak sądzę. Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.
    - Proszę zostawić swój numer telefonu. Odezwiemy się, gdy znajdziemy kogoś odpowiadającego pańskiemu opisowi...
    - Co pani robi wieczorem? - spytałem, bo co szkodziło spróbować.
    - Jadę z mężem na kolację - osadziła mnie. - Mąż jest trenerem rugby, jeśli to pana interesuje.
    - Musi być cudowny i opiekuńczy - zauważyłem grzecznie. - Bardzo pani dziękuję, a to mój numer telefonu.
    - Tak, jest opiekuńczy. Daje mi poczucie bezpieczeństwa, którego tak potrzebuję po dniu spędzonym w tym biurze z podobnymi do pana interesantami. Następny proszę...
    Tak to w skrócie wyglądało. I teraz ten telefon... oczywiście 58,50... Kupa szmalu, jak dla mnie, ale sam chciałem. Miałem nadzieję, że mój debet pomieści i ten wydatek. Wykręciłem 777. Nie żebym chciał cokolwiek reklamować. W końcu ją znaleźli, reszta należała do mnie... Musiałem się dowiedzieć, gdzie i jak ją spotkam. Pan Farragott był tak zapracowany, że zapomniał o tej informacji. A może uznał, że sam powinienem wiedzieć pewne rzeczy, niejako intuicyjnie? Król Elfów, choćby były, ma takie dary w małym palcu, to oczywiste. Ja jednak nie miałem zielonego pojęcia, gdzie szukać odnalezionej Ajszy.
    - Dział reklamacji... Eleonora Paradise, słucham?
    - Odnaleźliście moją córkę...
    - Aaaa, król Elfów, czyż nie tak?
    - Król Elfów, w samej rzeczy, pani Eleonoro. Ale to teraz nieważne, prawda?
    - Ważniejsze, niż się panu wydaje, Jędras.
    - Widzi pani, po prostu nie wiem, jak...
    - Król Elfów powinien wiedzieć takie rzeczy.
    - A jednak, pani Eleonoro... jakaś awaria moich nadprzyrodzonych zdolności sprawia, że nie wiem takich rzeczy.
    - Ajsza jest w Paryżu, królu Jędras.
    - W Paryżu. Świetnie. Znajdę ją bardzo szybko wśród tych marnych kilku milionów Francuzów. Jak pani widzi z grzeczności nie doliczam turystów.
    - Doceniam pańską grzeczność, lecz te sardoniczne uwagi są zbyteczne, królu. Podam królowi jej numer i król sam skontaktuje się z Ajszą, ok?
    - Ok... - wymamrotałem, o ile tak krótki dźwięk można w jakikolwiek sposób wymamrotać.
   
    Słoneczko Ajszy w komunikatorze długo było czerwone. Zaczynałem się niecierpliwić, potem przyszło mi do głowy, że padłem ofiarą oszustwa. Ale wreszcie któregoś dnia słoneczko Ajszy zżółkło, więc natychmiast się do niej odezwałem.
    - Mąż mnie porzucił... - tak mniej więcej zaczęła księżniczka, co, przyznacie, zabrzmiało zaskakująco u, jak sądziłem, małej dziewczynki.
    - To się zdarza - odklikałem. - Mnie porzuciła niejedna żona.
    - Nigdy nie zamierzasz siem pobrać naprawdę? - pojawiło się w moim okienku.
    - Już nie, po co? - spytałem retorycznie i chwyciłem byka za rogi - myślisz, że moglibyśmy siem zaprzyjaźnić?
    - Tak - odparła po prostu. - Choć jesteś dziwny jak na swój wiek - dorzuciła trzeźwo i dość świadomie.
    - Nie lubię traktować się zbyt poważnie - odparłem. - Czy widziałaś kiedyś poważnego króla Elfów?
    - Jesteś królem Elfów? Naprawdę?
    Chyba jej to trochę zaimponowało. No, nic dziwnego w końcu.
    - A ty wróżką z Zachodniego Krańca...
    - Skąd wiesz?
    - Dużo wiem, Diminutive Teleri...
    - Tak właśnie brzmi moje imię we Wspólnej Mowie... kim jesteś?
    - Nikim, tak naprawdę. I wszystkim co lubisz jednocześnie - wystukałem.
    - Jak wyglądasz?
    Tu wklikałem więc opis mej porażającej urody, którego wam oszczędzę, dość że nie uciekła od razu poznawszy prawdę. No, powiem tyle, że Elfy mają opinię urodziwych, lecz niekoniecznie dotyczy ta cecha ich kontraktowego króla...
    - A ja mam długie czarne włosy, brązowe oczęta i nie jestem zbyt wysoka - zaśmiało się do mnie z ekranu. - Poza tym mykam to tu, to tam, jak wietrzyk. Nieczęsto więc sobie pogawędzimy.
    I tyle. Jak na pierwszy kontakt z księżniczką, nie było tego wiele, przyznacie. Diminutive konkretyzowała się jednak z czasem w moich myślach coraz bardziej, nasze rozmowy stały się częste, mimo jej wietrznego mykania, wydawało mi się nawet, że potrzebujemy się nawzajem w jakiś dziwny sposób, a jednak los przez długi czas uniemożliwiał nam spotkanie. Tymczasem dowiadywaliśmy się mnóstwo rzeczy o sobie, Ajszę osobliwie interesowało co jadam na obiad, martwiła się o mój królewski organizm, jak nikt nigdy dotychczas... nazwałem ją niezbyt oryginalnie Myszką, ona zaś łaskawie powiedziała, że lubi, jak ją tak nazywam. Idylla po prostu. I tak sobie rozmawialiśmy przez około cztery miesiące. Właściwe wystarczało mi to i odpowiadało, bo emerytowani królowie Elfów najczęściej bywają z natury samotnikami. Ale któregoś dnia licho, które podobno nigdy nie śpi, podkusiło mnie i umówiliśmy się na Trocadero o 16... Poleciłem kota opiece sąsiadki, wdziałem biały lniany garnitur, spakowałem najniezbędniejsze rzeczy i złapałem concorde'a do Paryża, gdzie zatrzymałem się w hotelu L'Aiglon przy bulwarze Raspail.
    Wiedziałem, że uwielbia bez... Paryż piękny jest w maju i bez trudu znalazłem krzak obsypany tym drobnym, pachnącym kwieciem. Niestety zwisał on wdzięcznie nad Sekwaną, więc by zerwać gałązkę, musiałem uchwycić się jedną ręką balustrady i niebezpiecznie zawisnąć nad spienionym nurtem. Pochwyciłem jedną malutką gałązkę i usłyszałem:
    - Vous avez faim, monsieur?
    Zatrzepotałem rękami niczym wiatrak, z trudem utrzymując odpowiedni dystans między moją osobą a lustrem wody i wykręciłem głowę do tyłu, zastygłszy w tej krańcowo niewygodnej pozycji. Na brzegu stał paryski flic w czarnym kepi na głowie i dobrotliwie groził mi palcem.
    - Oui, mais j'ai surtout soif - odparłem grzecznie.
    Z ust policjanta wydobył się potok słów o najcudniejszej dla mego ucha melodii, jako że uwielbiam francuski, lecz całkowicie dla mnie niezrozumiałych. Słuchałem w skupieniu i z zadowoleniem tej tyrady, nie zwracając uwagi na swą niezbyt wygodną pozycję, policjant zaś tłumaczył mi coś długo i zawile, sądząc widocznie, iż pouczenia, których mi udziela sprawią, że wreszcie zmądrzeję, ustatkuję się i w ogóle zostanę przykładnym członkiem jakiegokolwiek społeczeństwa... W końcu, widząc w jakiej opresji znajdowałem się balansując nad falami, podszedł do mnie, podał mi rękę, ja zaś mogłem stanąć pewnie na trotuarze. Uśmiechnąłem się doń przepraszającym uśmiechem przeznaczonym dla francuskich policjantów, na co ten wykrzywił swe oblicze w straszliwie groźnym grymasie i z godnością oddalił się by nadal pełnić swe obowiązki. Ja zaś trzymałem w palcach gałązkę bzu i nie bardzo wiedziałem co z nią zrobić. Bo, zważcie, paradowanie, nawet po Paryżu, z gałązką bzu w dłoni, nie bardzo wydaje się poważne, szczególnie gdy jest się królem Elfów. Sterczenie na Trocadero z gałązką bzu w dłoni sugerującą - było nie było - randkę, również królowi Elfów nie przystoi. Już widziałem te uśmieszki, słyszałem kąśliwe uwagi pod moim adresem rzucane w pięknej mowie Woltera... zresztą sami wiecie jak to jest, gdy stoi się z gałązką bzu samotnie i tęsknie patrzy w głąb ulicy... bo jeśli nie przyjdzie? Włożyłem więc delikatne kwiatki do kieszeni marynarki i zapomniałem o nich.
    Stanąłem wreszcie na Trocadero patrząc na fontannę, za którą w dole płynęła Sekwana, dalej zaś wznosiła się wieża Eiffla, a w perspektywie Pól Marsowych majaczyło gmaszysko Ecole Militaire.
    - Królu Pawle, królu Pawle... - rozległo się nagle gdzieś za mną, odwróciłem więc wzrok i ujrzałem Jo, ową wróżkę z niebieskimi włosami, która unosiła się w przesyconym spalinami powietrzu lekko trzepocząc skrzydłami i przywołując mnie palcem do siebie.
    - Wróżka tutaj? Wśród ludzi? - zdziwiłem się.
    - Tak, to nieostrożność, wiem... ale musiałam króla odnaleźć, zanim król zrobi jakieś głupstwo... na szczęście nikt prócz króla mnie nie widzi, co oczywiste i zrozumiałe, prawda?
    - Ale mnie widzą, jak gadam do siebie - zauważyłem trzeźwo.
    - Więc nie gap się na mnie, tylko słuchaj - rozkazała.
    - Słucham, Jo... - uśmiechnąłem się uśmiechem przeznaczonym dla wróżek trzepoczących skrzydłami na Trocadero. Musiał to być uśmiech wariata, bo jakiś facet w hawajskiej koszuli obejrzał się za mną i popukał w czoło. Więc i jemu posłałem uśmiech. Dość bezczelny. Coś za często się uśmiechałem ostatnio, musicie przyznać. Weszło mi to w nawyk. Ale nie był to zły nawyk, jak sądzę. Jo tymczasem złożyła skrzydła spływając wdzięcznie na chodnik i pociągnęła mnie za rękaw.
    - Za wcześnie jest, byś spotkał Diminutive Teleri, królu. Jeszcze nie czas, królu.
    - Przestań z tym królem, Jo - westchnąłem. - Mój kontrakt wygasł dość dawno.
    - Kto raz został królem, nigdy nim być nie przestaje, choć może rzeczywiście obowiązków królewskich już nie pełni. Więc nie pocieszaj się. Brzemię władzy z ciebie zdjęto, jednak godność królewska nadal na tobie ciąży i racz o tym pamiętać - poprawiła sobie łuk na plecach.
    - Dlaczego nie wolno mi ujrzeć Ajszy?
    - Bo czas nie po temu. Kto ci pozwolił, królu, odnaleźć naszą księżniczkę?
    - Myślałem...
    - Myślenie to twoja słaba strona, pamiętaj o tym. Nie myśl, a czuj raczej.
    - Czułem więc...
    - Sprytnie... ale nie igraj ze mną. Skoro jednak już tu jesteś, a nasza Teleri zgodziła się z tobą spotkać, pamiętaj o jednym... - znowu poprawiła łuk na plecach i odgarnęła opadający na czoło kosmyk błękitnych włosów.
    - Zapamiętam wszystko, co powiesz, wróżko - uśmiechnąłem się specjalnym uśmiechem pamięci.
    - Księżniczka nie zna swego przeznaczenia i nie wolno ci zdradzić przed nią twej roli. Mów jej co chcesz, najlepiej niewiele, bo i tak mówisz niewyraźnie, lecz nie waż się zdradzić naszej tajemnicy. Teleri wie, że jest Teleri, nie wie jednak, że zostanie królową wróżek Zachodniego Krańca. Jak z tego wybrniesz, twój problem, królu. Sam chciałeś, sam namieszałeś, sam sobie z tym radź. I nie pal przy niej papierosów, najwyżej fajkę.
    - Co będzie, jeśli się dowie? - chciałem wiedzieć.
    - Nie jest gotowa, by wiedzieć. Nie przyszedł jeszcze czas.
    - A jeśli jej powiem?
    - Stracisz ją bezpowrotnie.
    - Hm... tylko tyle? Toż wcale jej nie mam przecież.
    - Wkrótce wszystko zrozumiesz. - Jo po raz trzeci poprawiła sobie łuk na plecach, rozwinęła skrzydła i uniosła się jakiś metr nad ziemię.
    - Pamiętaj, królu... ani słowa o jej przeznaczeniu... - uśmiechnęła się tajemniczo i odleciała z lekkim poświstem.
    I wtedy pojawiła się Ajsza. Poznałem ją od razu. Szła uśmiechając się swymi błyszczącymi brązowymi oczami. Nie wiedziałem jak się zachować. Cały zapas uśmiechów na różne okazje gdzieś mi się nagle zapodział, wykrzywiłem więc głupkowato gębę, nieporadnie uświadamiając sobie nagle brzemię mej królewskiej władzy, odpowiedzialności i całkowitą nieprzystawalność wszelkich marzeń do poezji owej smutnej chwili...
    - Myślałam że nie przyjdziesz - powitała mnie. - I że jesteś wyższy.
    - Więc to ty... - wydobyło się ze mnie. - Zapomniałbym o tym - wyjąłem z kieszeni kiść zwiędłych kwiatków. Wzięła je i zaczęła obracać w palcach. A ja zrozumiałem, co Jo chciała mi powiedzieć o utracie...
    Potem ruszyliśmy rozsłonecznionymi ulicami tego wielkiego miasta, by przez plac de la Concorde dojść do ogrodów Tuileries, a potem dalej - przekroczyć Sekwanę mostem na Ile de la Cite i bulwarem Saint Michel dotrzeć do ogrodu Luksemburskiego. Tu spoczęliśmy na metalowych krzesełkach, a Ajsza śmiała się całą swą osobą, nieco zmęczona, lecz - jak miałem nadzieję - szczęśliwa. Bo szczęśliwy musi być człowiek, gdy mieszka w Paryżu.
    - Podoba ci się moje miasto... tatusiu? - spytała patrząc mi w oczy. - Chciałbyś zostać moim tatusiem?
    - Jest cudowne - odparłem z przekonaniem nie mogąc znieść jej czystego wzroku. Może konieczność ukrywania tajemnicy, narzucona mi przez Jo, powodowała rozbieganie mych oczu, a może nadmiar szczęścia, nie wiadomo skąd przybyłego, mącił moje doznania - dość że z trudem łapałem myśli, nie bardzo wiedząc co powiedzieć.
    - Pewnie, to moje najskrytsze marzenie, Ajszo. Zresztą z przyczyn, których istoty nie wolno mi wyjawić, JESTEM twoim tatusiem.
    - To fajnie. Musisz mi dużo opowiadać, bardzo lubię słuchać, a ty żyjesz już dość długo, by dużo wiedzieć. Uwielbiam Paryż, szczególnie wieczorem, gdy na niebie lśnią gwiazdy - rozmarzyła się moja córeczka. - Wtedy niebo jest takie czyste, a w kawiarniach tłumy roześmianych ludzi... Wiesz, cieszę się, że tu mieszkam.
    - Niestety, musimy stąd wyjechać... - spojrzałem na nią ze smutkiem. Nie wiedziałem, że tak przywiązała się do Paryża, najbardziej zaś niepokoiło mnie to, że prawdopodobnie ją zmartwię.
    - Naprawdę? To świetnie, lubię podróżować - roześmiała się, a ja odetchnąłem z ulgą.
    Wieczorem usiedliśmy pod wielką markizą Restaurant de Consulat na Montmartre, by obserwować przechadzających się ludzi, a także porozmawiać i porozmyślać razem.
    - Napijesz się czegoś, Myszko? Może soku grejpfrutowego? - spytałem, przywołując kelnera.
    - Skąd wiesz, że lubię sok grejpfrutowy? - uśmiechnęła się uśmiechem stosownym na tę okazję.
    - Dużo wiem o tobie - odparłem poważnie. - Czytałaś Nabokova?
    - Na razie tylko Profesora Tutkę... podobny jest do ciebie.
    - Mów mi profesorze - uśmiechnąłem się zupełnie normalnie.
    - To człowiek lubiący podróże, jak ty, prawda?
    - Tak, mógłbym podróżować bez końca. Ale podoba mi się także postać profesora Timofieja Pnina, łysego jak kolano i strasznie roztargnionego. Chodził w przyciasnej tweedowej marynarce i wykładał rosyjski na Uniwersytecie Waindell.
    - Przeczytam o nim, na pewno.
    - Zabierzemy Pnina w podróż. To magiczna książka, zobaczysz.
    - Jak koty?
    - Jak koty, Myszko.
    - Na koty nie działają żadne czary, to magiczne zwierzątka - Ajsza po raz pierwszy uchyliła rąbka swej Wielkiej Tajemniczej Wiedzy. - Pochodzą z Egiptu, gdzie były czczone jako bóstwa. - Znam greckich bogów, ułożyłam ich alfabetycznie i opisałam. Ale książka nie może być magiczna, któż by czcił książkę?
    - To inna magia... jak przeczytasz, zrozumiesz. Jesteś bardzo mądra, a ciągle się rozwijasz. Ciekawe czym się to skończy - roześmiałem się.
    - Lubię cię, tatusiu...
    - Ja też cię lubię, córeczko. Już nigdy nie będziesz nieszczęśliwa, obiecuję.
   
    Powoli, bardzo powoli uczyłem się jej języka, powoli, bardzo powoli zaczynałem rozumieć jej świat, a chciałem pokazać także swój... Jej język trudniejszy był może od języka Elfów, ale jej świat bogatszy i piękniejszy od Efirii, a ja miałem go oto na wyciągnięcie ręki... Gdy zjawił się garcon z białą ściereczką owiniętą wokół bioder, otrzymaliśmy kawę i sok, przez chwilę piliśmy więc napoje w milczeniu, a ja spoglądałem na Ajszę znad okularów i dziękowałem Jo za to najwspanialsze zadanie, jakie mi zleciła. Nie miałem pojęcia, dlaczego wszyscy inni królowie jej odmówili, ale widocznie mieli swoje powody. Wiecie, jak to jest z królami. Każdy ma coś na głowie i trudno mu znaleźć czas dla księżniczki, jednak mój czas był już teraz tylko dla niej... Postanowiłem wtedy, że zaopiekuję się nią i doprowadzę tam, gdzie napisane jest, że ma dojść i że stanie się tym, kim napisane jest, że ma się stać. Napisane w Tajemnej Księdze Wróżek Zachodniego Krańca.
    - Dokąd pojedziemy? - spytała, kończąc swój sok.
    - Najpierw na południe, ku słońcu, gdyż tam, nad Rodanem, umówiony jestem z Potworem Taraską u niejakiego Tartarena z Tarasconu. Potem przez mroczne alpejskie lasy i zamarłe turnie udamy się do Italii, by stamtąd przeprawić się, śladem Odysa, do Itaki, a znalazłszy Złote Runo i odwiedziwszy Kirke na wyspie Ajaja dowiemy się, co robić dalej... jak widzisz, sporo przed nami, ale nic się nie martw. Teraz jesteś pod moją opieką, a ja jestem...
    - Wiem - roześmiała się. - Królem Elfów.
    - Może byś coś zjadła? - zmieniłem na wszelki wypadek temat. Była niebezpiecznie bystrą dziewczynką, z fenomenalną pamięcią, sami widzicie.
    - Niewiele jem, królu - błysnęła brązowymi oczkami, których ciepłe iskierki sprawiły, że sięgnąłem po fajkę, by ukryć zmieszanie. - Musisz nabrać sił przed podróżą, Myszko. Tysiące mil przed nami, a wydajesz się tak kruchą istotką... - nabiłem cybuch tytoniem o zapachu dzikiej wiśni, zapaliłem, otoczył nas kłąb wonnego dymu, który po chwili przybrał kształt niebieskich włosów Jo...
    - Spójrz, czy to nie ciocia Jo unosi się nad stolikiem? - wyszeptała zachwycona Ajsza. - Umiesz czarować?
    - Czary to moja specjalność - odparłem z powagą. - Choć daleko mi do umiejętności wróżek i dziadka Merlina, to jednak radzę sobie z tym całkiem nieźle. Dużo nauczyłem się też od Hobbitów.
    - Znasz Niziołków? - chciała wiedzieć.
    - Tak, to świat, z którego narodził się mój, ale Hobbit został już daleko za nami. Mamy teraz przed sobą zupełnie czystą księgę i tylko od nas zależy, co w niej zostanie zapisane. Pomożesz mi w tej pracy?
    - Pomogę ci, tatku.
    - Więc do dzieła, Ajszo. Musisz się dobrze wyspać, bo rano ruszamy w drogę...
    - Dobrze - odparła, a ja odwiozłem ją na Rue de Alpilles, gdzie mieszkała dotychczas, nic nie wiedząc o swym Przeznaczeniu.
   
    Nie pojechałem prosto do hotelu L'Aiglon przy bulwarze Raspail. Jakoś donikąd nie chciało mi się jechać tego wieczora. Wielki wypożyczony na lotnisku citroen pachniał w środku bzem, a nad jego fotelem unosił się ciągle duszek mojej Teleri...
    - Dlaczego jesteś taki smutny, tatusiu? - spytał mnie ów duszek.
    - Wcale nie jestem smutny, duszku - zaprzeczyłem. - Jakże mógłbym być smutny, poznawszy ciebie, słońce i księżyc, noc i mgłę, zapachy, obrazy, język drzew i wszelkie iluzje, których jesteś przyczyną...
    - A jednak czymś się martwisz - nie dawał za wygraną duszek.
    - Niczym się nie martwię, duszku - uśmiechnąłem się uśmiechem dla duszków. - Może to ty widzisz we mnie swój własny smuteczek?
    - Nie będę siem z tobą sprzeczał, królu - duszek zaczął wiercić się na fotelu, by zająć wygodniejszą pozycję. - Ale coś mi się wydaje, że masz markotną minkę. Mogę usiąść ci na kolanach?
    - Byłbym zachwycony, duszku - odparłem zaskoczony ale i zachwycony. - Tylko nie wierć się za bardzo, gdy będziemy jechać.
    Duszek Teleri przepłynął nad dźwignią zmiany biegów i mięciutko usadowił się na moich kolanach tuż za kierownicą, a że był tylko duszkiem, wcale mi nie przeszkadzał. To zadziwiające, mogłem patrzeć przez niego na jezdnię, bo go prawie nie było, a jednak wyraźnie widziałem jego kształt. No, macie rację, duszki ubierają się w kształty brane z naszej wyobraźni. Ten jednak był o wiele prawdziwszy, może dlatego, że jego Pani tak niedawno stąd wysiadła, zostawiwszy go tu zapewne w chwili błogosławionej nieuwagi. Postanowiłem nie oddawać go jej zbyt szybko.
    - Przytul się do mnie, duszku - poprosiłem. - Jesteś taki kochany. Chcesz posłuchać muzyki?
    - Chcem - odparł duszek i przytulił się do mnie.
    Włączyłem odtwarzacz i razem słuchaliśmy Mozarta. Było to, zdaje się, Requiem.
    - Wolałbyś pewnie coś bardziej skocznego... jakiś rap może?
    - Nie... podobie mi siem Mozart bardzo - odparł duszek Teleri.
    - Wiesz, że to Mozart? - zdziwiłem się.
    - Wiem więcej, niż ci się wydaje - roześmiał się duszek.
    - Zapewne - mruknąłem wcale nie zaskoczony. - Byłbyś łaskaw przekręcić kluczyk w stacyjce? Musimy ruszać...
    - Oj, królu, królu... przecież duszki są niematerialne, jakże więc mógłbym cokolwiek co jest przekręcić w czymkolwiek co jest?
    - Prawda - westchnąłem. - Moja wyobraźnia nie nadąża za realiami, bo i realia te zbyt szybko pędzą jak na moje możliwości - zagmatwałem swą wypowiedź, by zyskać na czasie. Jakoś też udało mi się uruchomić silnik i tak oto, z duszkiem na kolanach, ruszyłem ulicami wieczornego Paryża ku hotelowi L'Aiglon. A duszek robił się coraz lżejszy, coraz mniejszy i w końcu całkiem zniknął. Pewnie wrócił do swej Pani, bo długo istnieć bez niej nie mógł, jak to duszek. I wtedy naprawdę zrobiło mi się smutno. Maitre de hotel podał mi klucz życząc dobrej nocy, nieco tylko zdziwiony, że wracam o tak wczesnej, jak na to miasto, porze. Ja zaś udałem się do swego pokoju nr 13, zapaliłem światło i opadłem na fotel. Tyle zdarzyło się tego dnia, że trudno mi było wszystko poukładać sobie w głowie. Jednak układanie to musiało poczekać na stosowniejszy moment, bowiem ktoś zapukał do drzwi i nie był to niestety boy.
    - Jestem mecenas Himilsbach - przedstawił mi się łysiejący jegomość o posturze mistrza walk sumo. - A to mój... asystent, Arnold. Za mecenasem wkroczył do pokoju jegomość, którego bary przekraczały wszelkie potoczne wyobrażenia o dobrze skonstruowanych i obficie umięśnionych ramionach. Arnold stanął w rozkroku przy drzwiach i, niczym dobrze wyszkolony brytan, patrzał uważnie na swego pana, starając się odczytać jego życzenia, zanim jeszcze przybiorą formę rozkazu. Delikatnie rzecz ujmując, wcale mi się ta para nie podobała.
    - Proszę spocząć, panie Himilsbach - postanowiłem, o ile to możliwe, unikać wszelkich zadrażnień.
    - Pan Jędras, jak sądzę - stwierdził adwokat. - Król Elfów, nieprawdaż?
    - W rzeczy samej - potwierdziłem, bo i na cóż mogły się tu przydać zaprzeczenia. - Były król, dla jasności.
    - Były, nie były, w każdym razie zaplątany w bardzo nieprzyjemną misję, prawda?
    - Nieprzyjemną? Może odrobinę kłopotliwą i tyle - próbowałem zbagatelizować na wszelki wypadek coś, o czym nie miałem zielonego pojęcia.
    - Wiemy o wszystkim, panie Jędras i lepiej niczemu nie zaprzeczać. Mówię to w trosce o pańskie zdrowie - Himislbach spojrzał wymownie na Arnolda, który uśmiechnął się błyskając białymi zębami. Nie był to miły uśmiech, a zęby wyglądały na takie, które przegryzły niedawno ze dwie lub trzy tchawice byłych królów Elfów.
    - Skoro panowie wiecie o wszystkim, wypada zapytać, o czym ja nie wiem w takim razie?
    - Krótko więc, Jędras. Reprezentuję w Paryżu interesy Zjednoczonych Planet Układu K - Pax. Słyszał pan zapewne o ZPUK - P?
    - Zapewne... - mruknąłem. - Lecz wyleciało mi to z głowy. Wie pan, obowiązki, kłopoty, problemy. Nie miałem ostatnio głowy do śledzenia ciemnych spraw Jedi.
    - O Niebiosa... - zaklął szpetnie Himilsbach. - Proszę z nas nie kpić. Ale do rzeczy. Nie jest król zbyt oczytany, jak na króla, ale każdy idiota, powtarzam IDIOTA wie, że Jedi to odwieczni wrogowie naszego pana, lorda Vadera.
    - Jedi, Vader, Planety... - coś mi świtało, ale jeszcze niedokładnie widziałem obraz. - Więc jesteście z K - Pax, tak? A mnie się wydaje, że obaj pochodzicie z Planety Małp.
    Nie byłem aż tak odważny, ale zły, co u mnie zwykle na jedno wychodzi. Adwokat Himilsbach poruszył małym palcem lewej ręki, na co Arnold powolnym, mierzonym dokładnie ciosem powalił mnie na dywan. W uszach rozbrzmiały mi pierwsze takty Requiem Mozarta i słyszałem je tak wyraźnie, jakby ten wiedeński klasyk cały utwór napisał specjalnie dla mnie na tę jedną jedyną okazję. Potem zaś usłyszałem dzwony, bijące niczym w Boże Ciało i wreszcie owa kaskada dźwięków - widać uznając, że tyle mi wystarczy - przeszła w ciche anielskie chóry, pełne ptasich treli i wibrujących tonów eolskich harf, trącanych delikatnymi palcami driad o długich jedwabistych włosach. Słowem, nie bardzo chciało mi się wstawać z podłogi. Jednak wkrótce ponownie dotarł do mnie chrapliwy głos Himilsbacha.
    - Wystarczy mu, Arnoldzie. Pilnuj drzwi, bo gotów uciec, he, he, he... o ile znajdzie swoje okulary. Potem pochylił się nade mną i zapytał:
    - Król będzie grzeczny, tak? Przecież nikt z nas tu obecnych tak naprawdę nie chce używać przemocy, bo się nią szczerze brzydzimy, jako kulturalni ludzie interesu.
    - Ciekawe co to za interes - wymamrotałem niewyraźniej, niż zwykle.
    - O, proszę, król gotów do współpracy, jak miło. Gdzie jest Diminutive Teleri?
    - Diniminimi... co? - zamrugałem oczami. Przyszło mi to bez trudu, bo moje okulary wisiały na wieszaku, przeniesione tam jakąś czarodziejską siłą. A może po prostu wyprawił je w tę podróż cios Arnolda, myślcie sobie o tym co chcecie.
    - Spokojnie, Arnoldzie. Król sobie przypomni, prawda? Król zna księżniczkę doskonale i grzecznie nas do niej zaprowadzi, bo po prostu nie ma innego wyjścia.
    - Czy ja wyglądam na przyjaciela jakiejkolwiek księżniczki? - wykrzywiłem boleśnie twarz w grymasie dość daleko leżącym od uśmiechu.
    - Nie, nie wygląda król na przyjaciela żadnej księżniczki - przyznał Himilsbach z takim przekonaniem, że poczułem się urażony. - Król wygląda na kompletnego idiotę, który chce ponownie ruszyć w tango z Arnoldem.
    - Chwileczkę - powstrzymałem palec Himilsbacha, który znów gotował się dać sygnał do ataku owej bestii przy drzwiach. - To prawda, znam Diminutive, jestem jej, by tak rzec...
    - Wiemy, kim jesteś dla księżniczki, szkoda czasu na wyjaśnienia. Mamy dla niej wiadomość od lorda Vadera z K - Pax. A ty nas do niej zaprowadzisz. To wszystko.
    - Ten lord... Wiader... nie dał wam adresu? - zdziwiłem się.
    - Lord Vader nie zajmuje się duperelami, Jędras. Więc gdzie ona mieszka?
    - Hm... nie wiem... spokojnie, adwokacie. Spotkałem się z nią na Trocadero, na stopniach pałacu Chaillot. To niedaleko, ale już jej tam nie ma. Poszła do domu. Ot co... i nawet gdybym chciał, a dlaczego miałbym nie chcieć wyświadczyć tej drobnej przysługi wam i waszemu drogiemu lordowi, to - dalibóg - nie mogę... Ale jutro, jak zapewne wiecie, ruszamy w Wielką Podróż i nic nie stoi na przeszkodzie, byście towarzyszyli mi, gdy ponownie spotkam Diminutive.
    - To brzmi rozsądnie, nawet jak na króla Elfów, znanego z idiotycznie zaśmieconej wyobraźni, prawda Arnoldzie? - Himilsbach rozjaśnił oblicze w uśmiechu, którego nie podjąłbym się wdziać na swoją twarz z obawy przed zwichnięciem szczęki. - Więc jesteśmy umówieni z królem na jutro i ostrzegam, żadnych sztuczek...
    - Sztuczek? Oczywiście, żadnych, ma się rozumieć, panie Himilsbach. Przecież chodzi tylko o drobną przysługę, a lorda Wiaddera warto chyba mieć po swojej stronie, prawda? - nienawidziłem się w tej chwili, ale cóż było robić. Zważcie bowiem okoliczność, że moja królewska szpada leżała w szafie, moja przyjaciółka wróżka Jo przebywała Elfy wiedzą gdzie, zresztą zwykle jej nie było, gdy by się akurat przydała, a mój kot obronny drzemał w Los Angeles, czyli po drugiej stronie globu zwanego przez tubylców Ziemią. Musiałem więc spróbować układów z poselstwem K - Pax i myślę że uczyniłem wszystko co było w mej mocy. Himilsbach pogroził mi jeszcze na wszelki wypadek grubym palcem i po chwili obaj z Arnoldem opuścili mój pokój, delikatnie zamykając za sobą drzwi. A ja udałem się do łazienki wziąć prysznic i obejrzeć w lustrze swą obolałą szczękę.
    - Oj oberwał król nielicho - dobiegło mnie znad zlewu.
    Zaparowane lustro powoli oczyszczało się z mgły, a w jego tafli jaśniała coraz wyraźniej zatroskana twarz Jo.
    - Muszę przyznać, że sprytnie sobie poradziłeś. Jestem pełna uznania. Oczywiście miałeś do czynienia z ostatnimi durniami, wszystkie siły ZPUK - P walczą z rebeliantami i Vader nie miał kogo wysłać na Ziemię, jednak nie ma gorszego przeciwnika niż głupi i silny.
    - Czego chcą od naszej Ajszy? - spytałem, smarując kremem siniejący policzek.
    - Nie wiesz, że Hobbit to najgroźniejszy przeciwnik Imperium Planet rozmiłowanego w gwiezdnych potyczkach? Księżniczka zaś, gdy stanie się królową wróżek, zagrozi śmiertelnie Gwiazdorom. Nigdy nie dopuszczą więc, by doszła po srebrnym kobiercu do hebanowego...
    - Tak, tak, tak, Jo, wiem po czym, dokąd i po co poprowadzę Ajszę, oby to stało się jak najpóźniej, ale jak przygotować ją do tego misterium, mając przeciw sobie siły zjednoczonego imperium Lorda Vadera?
    - Bez przesady, królu. Na razie masz do czynienia wyłącznie z dwoma przygłupami. I dasz sobie doskonale radę, zaręczam.
    - Nie mam broni, Jo. Obawiam się, że czas jaki pozostał mi do rana, nie wystarczy na skuteczny trening żadnej ze sztuk walki, a Arnold...
    - Nie masz broni, królu Elfów? Chyba wybrałyśmy niewłaściwego człowieka - spojrzała na mnie z lustra ze smutkiem, poprawiając sobie ów cudownie bezużyteczny łuk na plecach.
    - Ty masz chociaż łuk, Jo...
    - Łuk? Oj, królu... toż to różdżka podróżna. Po cóż wróżka miałaby się posługiwać jakąś prymitywną bronią, miotającą zawodne i często niecelne pociski? A może wziąłeś mnie za Amora, przyznaj się, nie jesteś zbyt dobrym znawcą naszego świata, choć jest w tobie coś, co - przyznaję - daje ci moc, której nawet nie znasz.
    - Przestań Jo - zaczerwieniłem się fatalnie i by to ukryć, począłem wycierać twarz hotelowym ręcznikiem.
    - No dobrze, królu Elfów. Polubił cię, jak wiem, duszek Teleri. A to znaczy, że masz moc, tylko jeszcze o tym nie wiesz. Duszek Teleri byle komu na kolanach nie siada, a jeśli już siądzie, to trzeba być nie byle kim, by się PRZYTULIŁ. Jak mogłeś o tym nie wiedzieć?
    - Duszek Teleri... - przypomniałem sobie owe cudowne chwile w citroenie i poczułem MOC, która poczęła wypełniać mnie i rozgrzewać w środku, aż musiałem chwycić się umywalki, by nie wyfrunąć przez wywietrznik, taki zrobiłem się lekki i wszechmocny. - Duszek Teleri... Jo, wiesz, chyba masz rację, nic przy mnie nie zagrozi Ajszy i nic nie przeszkodzi mi w doprowadzeniu jej po srebrnym kobiercu do...
    - Tak, tak, tak... królu, wiemy oboje co masz zrobić, gdy twoja podróż z Ajszą szczęśliwie zakończy się jej wtajemniczeniem. A teraz bądź łaskaw chuchnąć, bo nie wydostanę się z tego cholernego lustra, jeśli nie będzie na nim odrobiny mgły... Chuchnąłem więc, a tafla lustra zmatowiała i po chwili oblicze Jo znikło w przepastnej głębi granicy światów.
   
    Gdy zostałem sam, nie bardzo wiedziałem co robić. Miałem jakoby moc, ale nie miałem pojęcia jak jej użyć. Miałem królewską godność, ale nie wiedziałem, jak z niej skorzystać. Miałem wreszcie sympatię duszka Teleri, ale czy mogłem mieć jakąkolwiek pewność, że to trwały stan? Duszki są takie ulotne i nieobliczalne, że nawet królowie Elfów nie wiedzą, czego tak naprawdę można od nich oczekiwać. Świat duszków był mi tak obcy, jak świat ludzi, poniekąd... a tu jeszcze Gwiazdory i ich nieodgadnione zamiary wobec Ajszy... Ajsza... tak, to jedno było jasne. Musiałem jej strzec i nie dopuścić do konfrontacji dwóch światów - świata Gwiazdorów z K - Pax i świata elfów, wróżek, niziołków... Przyznacie, że moja sytuacja nie była godna pozazdroszczenia. Potem przypomniałem sobie czasy, gdy Ajsza jawiła mi się małą, pulchną dziewczynką o jasnych włosach. Nie miałem pojęcia, skąd ten obraz w mojej głowie się wziął, jednak przywykłem do niego i jakkolwiek prawdziwa Ajsza była nieskończenie doskonalsza pod każdym względem od swego ułomnego, narodzonego w mej głowie obrazu, to jednak ten ułomny obraz tworzył postać mniej dla mnie niebezpieczną, jeśli rozumiecie o co mi chodzi. Czasem lepiej pozostać przy wyobraźni, a już szczególnie wtedy, gdy rzeczywistość tak nieskończenie ją przerasta. Jednak stało się, księżniczka była w Paryżu, ja też tam byłem i musiałem coś wymyślić, by rozpocząć naszą podróż bez udziału adwokata Himilsbacha. Usadowiłem się w fotelu, by rzecz całą przemyśleć, ale niemal natychmiast przyszło mi do głowy jedyne sensowne rozwiązanie - muszę natychmiast wyjechać, nie czekając rana, bo tylko w ten sposób uniknę spotkania z parą naszych prześladowców. Wyjrzałem przez okno, zaczął właśnie siąpić lekki majowy deszczyk, wydobyłem więc z szafy zabraną na taką okazję pelerynę - okazało się, że jest dziurawa, nie na tyle jednak, by uznać ją za nieprzydatną. Zmieniłem więc spodnie na podróżne w stylu militaire - styl lewego brzegu nie bardzo pasował do czekających mnie przedsięwzięć - włożyłem też koszulę w kolorze khaki, w kieszeni spodni ukryłem składaną szpadę królewską i tak wyekwipowany cichaczem wyszedłem z hotelu.
    Na ulicy nie było nikogo, nie mogłem jednak być pewny, czy adwokat nie czai się przypadkiem za węgłem. Zajrzałem więc za róg - nikogo. Mój citroen stał sobie spokojnie na parkingu, jakby czekając na mnie życzliwie, wsiadłem więc i natychmiast poczułem zapach bzu, unoszący się tam ciągle, jakby nie mógł znaleźć wyjścia, w czym zresztą nie było nic dziwnego, jako że okna zostawiłem szczelnie zamknięte. Cicho zamruczał silnik i po chwili jechałem w kierunku ulicy Les Alpilles, po księżniczkę. "Chyba się udało" - mruknąłem do siebie. Nie zauważyłem, by ktokolwiek ruszył moim śladem, ale dla pewności dziesięć razy okrążyłem plac de la Concorde, niemiłosiernie tłukąc się na tamtejszym bruku. Swoją drogą dawno można było ten plac wyasfaltować, no ale wtedy nie przypominałby w niczym placu po którym spacerował monsieur Lepic z córkami, uwieczniony przez pana Degas, prawda? Tak więc wybaczyłem placowi owe wyboje i zakończywszy dziesiąte okrążenie ruszyłem już prosto ku księżniczce, która zapewne smacznie spała. We wszystkich oknach domu, przed którym ją zostawiłem tak niedawno, było ciemno, a ja prawdę mówiąc nie znałem dokładnego adresu. Następnego dnia miała na mnie czekać przed głównym wejściem Sorbony, gotowa do drogi... Nie miałem innego wyjścia, jak uwierzyć w swą moc. Skupiłem się więc jak tylko mogłem i zawołałem w duchu: Ajsza... Ajsza... Nic. Skupiłem się mocniej, natężyłem umysł czując lekkie mrowienie w karku i znów pomyślałem: Ajsza... Ajsza... Chyba moc mnie opuściła jednak, zresztą robi to właśnie wtedy, gdy jest najbardziej potrzebna, tak to już jest z mocami, pamiętajcie o tym, gdy będziecie chcieli z nich korzystać w potrzebie. Nagle jednak poczułem delikatne dotknięcie na ramieniu. Przestraszony nieco odwróciłem głowę, by dojrzeć niewyraźnie majaczącego obok mego prawego ucha duszka Teleri.
    - Czemu się wydzierasz po nocy, królu? - zapytał duszek wyraźnie zdenerwowany. - Przecież wokół tak cicho, naprawdę nie musisz krzyczeć...
    - A więc jednak posiadam moc, skoro ty usłyszałeś - ucieszyłem się.
    - Naprawdę w to wątpiłeś? Jakże inaczej mógłbyś otrzymać tak odpowiedzialne zadanie... oj królu, królu... Zauważyłeś może w swej bystrości, że troszkę pada? - spytał otrząsając się lekko naburmuszony.
    - Mam tylko dziurawą pelerynę, duszku Teleri.... ale... czyżby deszcz duszkom przeszkadzał?
    - Majowy przeszkadza - wyjaśnił mi duszek niczego nie wyjaśniając.
    - A jesienny nie? - chciałem wiedzieć.
    - Jesienny nie - odparł wyraźnie już zirytowany. - Więc masz tę pelerynę?
    - Proszę - okryłem mego przyjaciela peleryną, bacząc by rozdarcie znalazło się w miejscu, gdzie duszek, że tak powiem, raczył się już nie kontynuować.
    - Od razu lepiej - wzdrygnął się. - Dlaczego przychodzisz w nocy do mojej pani?
    - Zmieniły się nieco nasze plany, duszku. Musimy wyruszyć natychmiast. Dotarły do mnie pewne niepokojące sygnały z K - Pax...
    - Rozumiem, Gwiazdory weszły ci w drogę... - pokiwał główką duszek. - Dasz sobie radę. Twoja moc jest większa, niż myślałem. Niemal ogłuchłem od twojego krzyku.
    - Zawołaj więc Ajszę, musimy jechać.
    - Wiesz, królu, wydajesz się inteligentnym, dojrzałym monarchą, lecz bywasz rozbrajająco niedoinformowany.
    - Co chcesz przez to powiedzieć, duszku nad duszkami?
    - Jak mogę zawołać Ajszę, skoro jestem jej duszkiem i tak naprawdę mnie nie ma.
    - Trochę to skomplikowane, przyznasz - zamyśliłem się. - Rozmawiam z jej duszkiem... hm... wiem o tym. I cóż z tego?
    - Ona cię więc słyszy, tak jak słyszy swojego duszka.
    - Słyszy mnie? Dlaczego więc nie schodzi do nas?
    - Bo śpi - żachnął się duszek Teleri, nie mogąc już znieść mojej ignorancji.
    - Rozumiem - odparłem na wszelki wypadek. - Nie rozumiem - dodałem po chwili. - Wytłumacz mi to, proszę.
    - Śni jej się, że przyjechałeś i że z nią rozmawiasz. Jako jej duszek nie mogę jednak jej obudzić, bo znaczyłoby to, że jestem wobec niej bytem transcendentnym i autonomicznym.
    - Jesteś zaś wobec niej...?
    - Bytem immanentnym, by tak rzec, królu. Ot co.
    - I nic się nie da zrobić?
    - Oczywiście, że się da - roześmiał się duszek. - Powiedz jej, by się obudziła.
    - Czyli tobie? - upewniłem się.
    - A jest tu ktoś jeszcze? - musicie przyznać, że duszek mógł sobie darować tę złośliwość pod adresem króla bądź co bądź, króla - ojca, jeśli chodzi o ścisłość, wobec duszka wprawdzie zewnętrznego, jednak wyposażonego w pełnię immanentnej władzy królewsko - rodzicielskiej, danej mu przez wróżkę Jo, tę z niebieskimi włosami. Postanowiłem się jednak nie obrażać na razie i wymówiłem dość wyraźnie, jak na mnie, Zaklęcie Przebudzenia: "Ajszo, proszę cię, zbudź się".
    - Jak myślisz, usłyszała? - spojrzałem duszkowi w miejsce, gdzie powinien mieć oczka.
    - Usłyszała - zabłysło w miejscu, w które patrzałem. - Ale nie chce jej się obudzić.
    - Och, przestań, coś kręcisz... - mruknąłem.
    - Spróbuj jeszcze raz. Byłeś mało przekonujący.
    - Ajszo, Ajszeńko... proszę cię, zbudź się - powtórzyłem Zreformowane Zaklęcie Przebudzenia, rytualnie potrząsając ręką tam, gdzie, jak mi się zdawało, dostrzegam ramię duszka Teleri. I nagle duszek zaczął się wiercić, ciążyć mi na ramieniu, coraz wyraźniej przybierał na wadze, nie na tyle jednak, by ciążenie to uznać za ciężkie - po prostu stawał się WYCZUWALNY, a to, jak na duszka, wiele, musicie przyznać. Po chwili zaś ciążenie jego ustabilizowało się na poziomie jakichś 45 kilogramów, zaś w miejscu oczu pojawiły się dwa brązowe, błyszczące punkciki, w miejscu rąk pojawiły się dwie najnormalniejsze rączki, a w miejscu nóżek, no nigdy nie zgadniecie - zmaterializowały się dwie najzwyklejsze nóżki w znanych mi już, jakże charakterystycznych Ajszowych butach...
    - Co ja tu robię? - spytała rozespana księżniczka. - To ty? Dlaczego mnie budzisz? Jest środek nocy...
    - To najlepsza pora, by wyruszyć w naszą podróż, księżniczko.
    - Ale ja jestem taka śpiąca... tatusiu - ziewnęła Ajsza.
    - Nie gniewaj się na mnie, naprawdę musimy jechać - uśmiechnąłem się uśmiechem dla śpiących księżniczek.
    - Dlaczego miałabym się na ciebie gniewać? - spytała zdziwiona.
    - Dobre pytanie - odparłem zaskoczony. - Czasem wydaje mi się, że jesteś mądrzejsza ode mnie, o co nietrudno...
    - Śnił mi się taki piękny sen... zupełnie jakbym oglądała film... - Ajsza przymknęła oczy.
    - Śnij więc go dalej, księżniczko, nie chcę odbierać ci snów - zmrużyłem oczy, patrząc gdzieś ponad jej lewym ramieniem. - Ostrożnie zaniosę cię do naszego citroena, nawet nie zauważysz, że cię na chwilkę zbudziłem.
    - Dobrze - ziewnęła Ajsza i przytuliła główkę do mego policzka. - Już znowu śpięęęęęęę.....
    Jej równy, spokojny oddech lekko łaskotał moje ucho, i muszę wam powiedzieć, że było to najmilsze uczucie, jakiego doznałem od czasu... ale to już zupełnie inna historia. Położyłem Ajszę delikatnie na tylnym siedzeniu i przykryłem kocykiem, który nie wiedzieć czemu zostawiono w citroenie, sam zaś usiadłem za kierownicą i ruszyłem powoli przed siebie, spoglądając to w lusterko - by upewnić się że księżniczka śpi spokojnie, to na siedzenie obok, na którym rozparł się wygodnie duszek Teleri.
    - Co twoja pani lubi najbardziej? - spytałem duszka.
    - Wszystko co gorzkie - oblizał się duszek. - Najbardziej sok grejpfrutowy. Gorzkie granaty. Gorzką czekoladę. Na obiad jada cykorię, a na kolację gorzkie migdały.
    - Brrr - skrzywiłem się. - Mam nadzieję, że nie łyka gorzkich łez.
    - Czasem łyka - uśmiechnął się duszek smutnym uśmiechem wszystkowiedzących duszków.
    Pojechaliśmy więc w stronę La Defense, by tam we "Wróbelku" zrobić małe zakupy na podróż. Sok grejpfrutowy był tylko w beczkach - wziąłem na wszelki wypadek dwie. Do tego trzy skrzynki granatów, worek gorzkich migdałów i paletę gorzkiej czekolady. Znalazłem też cykorię - zakupiłem dwa worki, by ją piec na ogniu, gdy naprawdę zgłodniejemy. Wychodząc dostrzegłem sklep zoologiczny, a na jego wystawie smutną żmiję, tęsknie spoglądającą przez brudną szybę na spóźnionych klientów. Postanowiłem zrobić księżniczce niespodziankę i kupiłem gada, który natychmiast zasnął w koszyku.
    - Ma na imię Agata - poinformował mnie sprzedawca. - Jest bardzo uczuciowa, proszę być dla niej miłym.
    - Postaram się, monsieur - mrugnąłem do niego porozumiewawczym mrugnięciem wielbicieli żmij i węży, a potem, poukładawszy zakupy w obszernym bagażniku i przykrywszy dokładniej kocykiem Ajszę - ruszyłem przez Porte d'Italie na południe, w kierunku Lyonu...
   
   
* * *

   
    Inspektor Leclerc siedział za biurkiem przywalonym stertą papierów i wcale mu się to nie podobało... Mozolnie wypełniał rubryki formularzy, śliniąc co chwilę ołówek i spoglądając tęsknie w okno, za którym kusił piękny, letni poranek.
   
    Inspektor Leclerc mieszkał w Lyonie od dziecka, ale nie pamiętał tak pięknego lata, jak tegoroczne. Temperatura dzień w dzień sięgała 21 stopni, a nagrzane ulice chłodził lekki zefirek, jakby Natura postanowiła udowodnić, że gdy chce to potrafi być miła. Zadziwiająca stałość pogody zachwycała inspektora, budząc również jakiś niepokój, bo to co piękne i miłe zdaje się zawsze wróżyć coś brzydkiego i uciążliwego - po prostu nic nie trwa wiecznie, filozofował Leclerc - a więc pięknej pogodzie grozi zawsze nieuchronne załamanie, które oby przyszło jak najpóźniej. Zasada ta dotyczy jednak - i to inspektorowi wydało się konstatacją optymistyczną - także niemiłych zjawisk. Wtedy, zgodnie z logiką odwrotności, wszystko co złe rychło przejść musi w coś dobrego. Trudno więc cieszyć się z miłych chwil, ufając w ich trwałość, nie należy jednak również wpadać w pesymizm, jako że złe chwile także kiedyś dobiegną kresu. Ta żelazna zasada, którą Leclerc nazywał na swój prywatny użytek "zasadą nieciągłości", czyniła życie, przynajmniej w teorii, o wiele znośniejszym i pozwalała chwytać każdą chwilę szczęśliwą, a przepuszczać przez palce tę, o której chciało się jak najszybciej zapomnieć. Wspomagała ją zaś wspaniała zdolność umysłu zacierania w pamięci złych wspomnień a utrwalania dobrych...
    - Ktoś do pana, inspektorze - w drzwiach stanął młody funkcjonariusz Mircea i niedbale zasalutował.
    - Prosiłem, żeby mi nie przeszkadzać - inspektora drażniła nonszalancja tego Rumuna, jednak uznawał zasadność rozszerzenia Unii na tyle, by tolerować obecność jej nowych egzotycznych obywateli, na którą zresztą i tak niewiele mógł poradzić.
    - Ta kobieta nalegała, inspektorze...
    - Niech wejdzie - Leclerc przygładził resztkę włosów zdobiących jego potylicę i z zaciekawieniem podniósł wzrok znad biurka.
    - Pan inspektor życzy sobie, bym został? - spytał Mircea.
    - Uważasz tę kobietę za niebezpieczną? - zdziwił się Leclerc.
    - Wygląda dziwnie - Mircea uśmiechnął się, w swym mniemaniu, znacząco.
    - Bądź więc w pobliżu - mruknął Leclerc.
    Dama, która wkroczyła do gabinetu inspektora, była normalną kobietą o wyraźnej urodzie i jedyne co mogło zdziwić w jej wyglądzie to niebieskie włosy. Jednak w czasach, gdy kolor włosów zależał wyłącznie od fantazji ich właścicielki, akurat ta niebieskość nie byłaby niczym szokującym, gdyby nie towarzyszyło jej podobne ubarwienie zębów, które odsłoniła w powitalnym uśmiechu.
    - Cieszę się, że pana widzę, inspektorze Leclerc. Okazał się pan niezwykle uprzejmy i doceniam to.
    - Mam trochę pracy - inspektor omiótł znaczącym spojrzeniem biurko i piętrzące się na nim papiery.
    - Nie zajmę panu zbyt wiele cennego czasu.
    Inspektor uśmiechnął się mimo woli. Niewiasta była niezwykle urocza, miała ten wdzięk, który Leclerc podziwiał w kobietach, jednak rzadko miał okazję stykać się z nim osobiście, a już szczególnie w tym gabinecie.
    - Napije się pani czegoś? - inspektor zdziwił się, że to powiedział, ale powiedział już i nie było odwrotu. "Co ja jej dam do picia?!" - zakołatało mu rozpaczliwe w głowie.
    - Dziękuję, inspektorze. O tej porze nie piję... chyba że szklaneczkę soku grejpfrutowego, jeśli pan byłby tak uprzejmy.
    - Merde... - wyrwało się inspektorowi, spróbował kaszlnąć, by zatuszować to niezbyt grzeczne słowo lecz jego wysiłek okazał się bezskuteczny.
    - Widzę, że poprawił się panu humor - usmiechnęła się dama, błyskając niebieskimi ząbkami. - Merdać bowiem czymkolwiek oznacza, jak sądzę: "radość, ukontentowanie wielkie okazywać"... czyż nie tak?
    - Poniekąd - bąknął speszony Leclerc. - Niestety nie mamy tu soku grejpfrutowego, szanowna pani. Bardzo mi przykro. Myślałem raczej o express... ewentualnie eau minerale...
    - Może być odrobina wody z cytryną.
    - Vittel? Perrier? Vichy? Madame...?
    - Ma pan może wodę z akwarium?
    - Pani raczy żartować.
    - Wcale nie. Uwielbiam wodę z akwarium. Jednak w ostateczności może być woda z kranu. Macie tu świetną wodę z kranu, inspektorze.
    - Zdumiewa mnie pani. Pierwszy raz słyszę, że ktoś chwali wodę z lyońskich wodociągów.
    - Nie zna pan smaku wody, którą raczą się mieszkańcy królestwa Elfów. Nie nadaje się nawet do kapieli, a co dopiero do picia. Jest zupełnie pozbawiona smaku.
    - Nie znam smaku wody z królestwa Elfów. Jasne że nie znam. Nie byłem nigdy w tym królestwie. Wie pani, nadmiar obowiązków... - inspektor uśmiechnął się, aczkolwiek dość niewyraźnie.
    - Ma pan szczęście. Wasza woda jest tak pełna smaku, chętnie się jej napiję.
    - Mircea - rzucił Leclerc do słuchawki. - Przynieście tu trochę wody w szklance.... w tej czystej - dodał ciszej.
    - Mamy tylko Vichy, panie inspektorze.
    - Z kranu - wyjaśnił Leclerc zrezygnowanym głosem.
    - Rozumiem - zabrzmiało w słuchawce, mimo że Mircea niewiele zrozumiał, jednak nie przywykł dyskutować z inspektorem.
    - Więc słucham - Leclerc spojrzał na damę zachęcająco i usiadł wygodniej w fotelu, splatając ręce na piersiach.
    - Nazywam się Jo Aisa i przybywam z Zachodniego Krańca...
    - Z Bretanii?
    - Niezupełnie... ale zostawmy może tę geografię. Sprowadza mnie do pana niepokój o los pewnej młodej osoby. To księżniczka Ajsza, nasza pretendentka do tronu, co właściwie nie jest w tej chwili zbyt istotne. W każdym razie znajduje się ona w rękach osobnika, co do którego poczytalności i zamiarów żywimy pewne obawy.
    - Została porwana? - inspektor postanowił niczemu się nie dziwić wierząc, że wszystko, jak zwykle, samo się wkrótce wyjaśni.
    - Nie porwał jej. To dość skomplikowane. Osobnik ów, podający się za króla Elfów, wiezie Ajszę starą cytryną na południe, a więc w każdej chwili można się ich spodziewać w waszym pięknym mieście.
    - Skoro nie porwał waszej Ajszy, skąd ten niepokój?
    - Widzi pan, inspektorze... - Jo wypiła łyk wody z postawionej przed nią szklanki mrużąc oczy z ukontentowania - nie wiemy jak to się stało, że Ajsza mu zaufała, jednak to my poleciliśmy mu zaopiekować się nią. A więc nie porwał jej, co nie znaczy, że jest z nim bezpieczna.
    - Powiedzieć, że cokolwiek z tego rozumiem, oznaczałoby nieco minąć się z prawdą - mruknął Leclerc. - Czego pani oczekuje od Police Judiciaire w tej sytuacji?
    - Może najpierw rady...
    - Mamy zatrzymać tę "cytrynę"? Wylegitymować hm... króla? I co dalej? Skoro nikogo nie porwał... ile lat ma Ajsza?
    - Skończyła 15...
    - A więc to dziecko, szanowna pani. I powierzyliście dziecko podającemu się za króla Elfów osobnikowi?
    - Mówiłam, że sprawa nie jest prosta. Pan Jędras JEST królem Elfów, choć emerytowanym. Ajsza musi przejść próbę, zanim zostanie królową i dzieła tego może dokonać wyłącznie król Elfów. A jednak niepokoimy się trochę.
    - Nic dziwnego - kiwnął głową Leclerc.
    - Ajsza jest może dzieckiem według waszej, ludzkiej miary... jednak według naszej jest całkiem dorosłą i odpowiedzialną księżniczką.
    - Rozumiem. Oczywiście nasza ludzka miara często zawodzi... ma pani rację - Leclerc pokiwał głową w zamyśleniu. - Wszystko to brzmi dość dziwnie i nie wiem, czy jestem właściwym człowiekiem w tej sytuacji, może zwróciłaby się pani doczrodzieja Merlina?
    - Nie mamy zaufania do tego akurat czarodzieja. Mamy zaufanie do francuskiej policji kryminalnej.
    - Zaufanie... tak. Dziękuję. Smakuje woda?
    - Jest cudowna - uśmiech Jo sprawił, że inspektor poczuł ciepło wędrujące powoli wzdłuż kregosłupa.
    - Możemy oczywiście przyjrzeć się tej parze... w końcu po to jesteśmy. Skontaktuję się z żandarmerią, oni zatrzymają tego citroena, zobaczą jak czuje się Ajsza... ale nic więcej przedsięwziąć nie mogą.
    - Jest pan kochany, inspektorze. A tu, proszę, zdjęcie Ajszy - ten facet z lewej to nasz król. Ajsza to ta...
    - Hm... chyba wiem, która jest Ajszą. Tylko jednak osoba na tym zdjęciu może być księżniczką...
    - Tak. Ajszę każdy poznaje na pierwszy rzut oka. Nawet, jeśli na zdjęciu nie widać butów. Po butach poznać ją jeszcze łatwiej.
    - Natomiast król zupełnie nie budzi zaufania. Dziwię się, że powierzyliście mu księżniczkę.
    - Niestety tylko on może doprowadzić Ajszę tam, gdzie jej przeznaczenie.
    - Skoro tak, dlaczego mamy mu w tym przeszkodzić?
    - Ma pan spróbować mu przeszkodzić. Reszta pozostaje w rękach Losu - Jo uniosła się z wdziękiem jakiś metr nad podłogą i pomachała inspektorowi samymi palcami, by po chwili po prostu zniknąć.
    Inspektor siedział przez chwilę zdumiony ale i dziwnie szczęśliwy patrząc w miejsce, gdzie zniknęła Jo. Potem przyszło mu do głowy, że uległ halucynacji, że cała ta sytuacja to tylko miraż bądź majaczenie zmęczonej mózgownicy i że pora rzucić to wszystko, ruszyć na południe, wygrzać się w słońcu Prowansji, którą tak lubił o tej porze roku... Ale na biurku ciągle stała szklanka z odrobiną wody, a na jej brzegu widniał leciutki niebieskawy ślad, który - Leclerc mógłby przysiąc - wyraźnie pachniał bzem.
   
   
* * *

   
    Wydawało mi się, że śnię... Oczywiście w Nemours zjechałem z autostrady na Sens i ruszyłem na południe "szóstką", ta bowiem wydawała mi się najprościej prowadzić do celu. Ale teraz, w Chalon - sur - Saone pojawił się mały problem - musiałem trafić na boczną drogę, która przez Macon i Thoissey doprowadzi mnie do Trevoux, gdzie spodziewałem się trafić przed południem, mając stamtąd około 18 kilometrów do Lyonu. Na drogowskazach pojawiały się różne nazwy - a to St. Germain du - Bois, a to Couches, mignęło jakieś dźwięczne Arbois... ciągle jednak nie mogłem trafić na tę jedyną w swoim rodzaju drogę, to zbliżającą się, to oddalającą od Saony i byłem już, szczerze mówiąc, nieco zdenerwowany. Ajsza jakby wiedząc o moim kłopocie przebudziła się i po chwili w lusterku ujrzałem jej jedyny w swoim rodzaju uśmiech, jakim objawiła się na jej twarzy powoli wracająca z długiej podróży świadomość.
    - Gdzie jesteśmy? - spytała ziewając i rozglądając się wokół z widocznym zainteresowaniem. A było na co popatrzeć - świt zabarwił niebo różami i czerwieniami, bowiem Eos różanopalca postanowiła wyjątkowo długo przeciągać się tego ranka w swoim niebieskim łożu, pewnie z lubością wspominając zwariowane nocne marzenia, a może - po prostu - chcąc sprawić radość królowi Elfów i księżniczce Ajszy.
    - To Chalon, mamy jeszcze kawał drogi przed sobą, ale nie mogę na nią trafić - przyznałem ze wstydem.
    - Poczekaj, muszę się napić herbaty - usłyszałem, posłusznie zatrzymałem się więc na poboczu i podałem Ajszy termos.
    - O, z cytryną - ucieszyła się.
    - No pij - mruknąłem, nadal studiując mapę.
    - Myślałam, że królowie Elfów nigdy nie błądzą. Gdzie podziała się twoja moc, tatku?
    - Nigdy nie miałem żadnej mocy, nie wiem o czym mówisz, córku - odparłem.
    - Dobrze, pomogę ci - westchnęła z rezygnacją w głosie Ajsza i zakręciła termos. - Musisz jechać w kierunku Romenay, tatku...
    - Romenay?! - omal nie wrzasnąłem. - To zupełnie gdzie indziej!
    - Nie zapominaj, że jesteśmy we Francji, jadąc w kierunku Romenay trafisz na drogę do Tournus. To proste.
    - Raczej nieźle zawikłane - stwierdziłem, przyglądając się mapie. - Skąd tak dobrze znasz tę trasę? - zapytałem podstępnie.
    - Nie wiem - roześmiała się. - Po prostu znam.
    - No tak. Po prostu znasz. Jasne. W każdym razie dziękuję - uśmiechnąłem się i wyciągnąłem fajkę. Zaopatrzyłem się w dobry duński tytoń o zapachu wanilii i miałem nadzieję, że Ajsza zniesie odrobinę szlachetnego dymu. Nabiłem cybuch, wyciągnąłem zgrabnego fidybasa i przypaliłem.
    - Możesz otworzyć okno, tatku? - spytała Ajsza tonem, jakiego zwykle używała, gdy nie chciała broń Boże nikogo urazić, jednak nie mogła już czegoś ścierpieć.
    - Nie zmarzniesz? - zaniepokoiłem się. Było dość wcześnie i powietrze pełne było jeszcze nocnego chłodu.
    - Nie zmarznę... ale pal sobie, pal - westchnęła, pokasłując znacząco.
    Okazałem wielką i niewybaczalną niedomyślność, jednak fajka to było to, czego najbardziej w tej chwili potrzebowałem. Palenie fajki pozwalało mi skupić się i łatwiej myśleć, a nie bardzo wiedziałem, co robić, gdy już znajdziemy się w Lyonie. Na razie wystarczało mi, że pozbyliśmy się - na czas jakiś przynajmniej - towarzystwa Himilsbacha i jego ochroniarza. Ale co dalej?
    - Ajjjjjjj - dobiegł mych uszu wrzask z tylnego siedzenia. - Co tooooo??
    - Spokojnie, to tylko Agata...
    - To żmija, tatkuuuu...
    - No rzeczywiście, żmija - przyznałem. - Przecież lubisz żmije i węże?
    - Lubiem - odparła Ajsza niezbyt pewnym głosem. - Ale nie musisz zaraz wszystkiego brać tak serio. Czy wiedząc, że lubię sok grejpfrutowy, kupiłbyś mi go na podróż w beczkach?
    - Hm... - zaczerwieniłem się z lekka. - No, wiesz... taaak... nie wiem.
    - Nie byłoby to mądre, przyznasz sam, tatku.
    - No nie byłoby - przyznałem, intensywnie myśląc, jak pozbyć się tych beczek soku, które wypełniały bagażnik, zanim moja córka je zauważy.
    - A może... - Ajsza błysnęła ząbkami w uśmiechu, mrużąc filuternie oczy i spoglądając na mnie dłużej, niż miała to w zwyczaju - a może, tatku... hi hi... w bagażniku... wiesz co? Możesz na chwilkę otworzyć bagażnik?
    - Posłuchaj, moja panno, nie mamy teraz czasu otwierać bagażnika. Poza tym, jak zapewne wiesz, tatkowie są po to, by rozpieszczać swoje córki, jakkolwiek nie zawsze robią to umiejętnie. I nawet jeśli - powtarzam - JEŚLI w bagażniku jest jakaś jedna czy ... dwie beczułeczki jakiegoś soku o smaku przypominającym jakiegoś grejpfruta...
    - Wiedziałam!!! - ucieszyła się dość głośno Ajsza. - A teraz bądź łaskaw zabrać to zwierzę i wypuścić je do lasu.
    - Ja nie chcę do lasu - pisnęła Agata.
    Fajka wypadła mi z zębów.
    - Mówiąca żmija... - wydobyło się ze mnie.
    - Mówiąca żmija! - ucieszyła się Ajsza.
    - Mówiąca żmija - potwierdziła mówiąca żmija. - Zdziwko was chlapnęło?
    - Co nas chlapnęło? - chciałem wiedzieć.
    - Kim jest ten nudziarz? - zwróciła się Agata do Ajszy, ignorując króla całkowicie i nieodwołalnie, jako osobnika niezdolnego nawiązać najprostszego werbalnego kontaktu z mówiącymi żmijami.
    - To mój tatku i król Elfów, Agato.
    - Tatku? Współczuję... Nie jesteś czasem zbyt duża, by podróżować pod opieką... hm... tatki?
    - Ale kiedy on lubi być tatką, a ja lubię wracać do dzieciństwa i czuć się małą dziewczynką.
    - A więc to gra tylko, jak widzę... - uśmiechnęła się żmija, machając rozdwojonym językiem.
    - Gra nie gra, co ci do tego? - nie wytrzymałem. - Czy wszystkie mówiące żmije mają zwyczaj wtrącać się do nie swoich spraw?
    Żmija Agata popatrzała na mnie spode łba.
    - Twoje maniery pozostawiają sporo do życzenia ...tssssatssssku - syknęła.
    - Agata ma rację... - zaczęła Ajsza, ale nie dałem jej dokończyć.
    - I ty, Brutusie przeciwko mnie? A tak nam się dobrze podróżowało. Poza tym uważam, że nie czas jeszcze, by zmieniać nasze relacje.
    - Nasze są w porządku, tatku - uśmiechnęła się Ajsza rozbrajająco. - Ale czasem twój nieco protekcjonalny stosunek do mojej osoby bywa... ekhm... irytujący.
    - Zjesz coś? - chyba się lekko zaczerwieniłem.
    - Lepiej już jedźmy - zdecydowała Ajsza, a mnie nie pozostało nic innego, jak ruszyć w dalszą drogę.
    Jechaliśmy drogą wijącą się wśród pól, był piękny słoneczny dzień, po niebie wędrowało kilka niegroźnych chmurek, wyprzedzało nas wszystko oprócz rowerzystów, ale prawdopodobnie ci ostatni zostawali z tyłu wyłącznie dla zachowania jakichś pozorów. Słowem nie spieszyło mi się nigdzie, jeśli dotychczas pisałem o tym niezbyt jasno.
    - Co będziemy robić w Lyonie? - spytała Ajsza.
    - Znajdziemy fajny hotelik i zjemy porządne śniadanko.
    - Hotelik? Nie możemy jechać dalej?
    - Możemy, oczywiście... ale Lyon wart jest jednego dnia przerwy, jak sądzę.
    - Wolałabym zatrzymać się w Awinionie, jeśli pozwolisz.
    - Więc dobrze. Przemkniemy przez Lyon niczym błyskawica.
    - Oj królu, królu... nie musimy przemykać, możemy nawet zjeść to śniadanko.
   
    Powoli ruszyłem w dalszą drogę. Przez głowę przebiegać mi poczęły jakieś niepokojące obrazy, nagle poczułem głęboki, niewytłumaczalny smuteczek, który powoli począł się przeradzać w smutek. Nie miałem pojęcia co się właściwie dzieje, słońce zdawało się przygasać, zerwał się chłodny wiatr, tumany pyłu wędrowały poboczem zaglądając w okna citroena z ironicznymi uśmieszkami. Początkowo skłonny byłem przypuszczać, że oto zbliża się moja zwykła poranna migrenka, jednak nie... głowa mnie wcale nie bolała, a jednak coś było nie tak. Wziąłem głęboki oddech, mocniej chwyciłem kierownicę. Przez niebo przemknęła błyskawica, zagrzmiało, pierwsze krople rozmazały kurz na szybie, włączyłem wycieraczki. Dotarło do mnie, że to prawdopodobnie moja ukryta dotąd moc usiłuje dać mi coś do zrozumienia, ja jednak ciągle nie potrafiłem odczytać najprostszych jej sygnałów...
    - Ajszo, księżniczko... dzieje się coś dziwnego... zauważyłaś to? - spytałem spoglądając w lusterko.
    Na tylnym siedzeniu nie było nikogo. Tylko żmija Agata uśmiechała się dziwnie, machając rozdwojonym językiem w moją stronę.
    - Gdzie moja córeczka? - miałem nadzieję, że ona właśnie mi coś wyjaśni. Żmija jednak milczała, nie przestając mi się przypatrywać, jakby z rosnącym apetytem.
    - Czemu milczysz, Agato? - spytałem, coraz mniej licząc na odpowiedź i coraz wyraźniej widząc śmieszność prób zagadywania, bądź co bądź... tylko zwierzątka.
    - Duszku Teleri... - spróbowałem ostatniej szansy, bo przecież duszek Teleri nie mógł mnie ot tak, po prostu, nagle opuścić... - Gdzie twoja pani?
    Odpowiedzią było jednak głuche milczenie i tylko opony posykiwały tocząc się po coraz bardziej mokrym asfalcie drogi prowadzącej mnie nie wiadomo po co na południe Francji...
   
   
* * *

   
    "Rozszczekany Rumak", astrostatek międzygalaktyczny Imperium, przedzierał się przez tumany pyłu, jakie zalegały dwudzieste ósme ramię Spirali Wielkiego Kraba, by za chwilę całą mocą swych osiemnastu garów pomknąć ku Reticulum Endoplazmatycznemu.
    - Łatwo poszło - Arnold szczerzył zęby w sardonicznym uśmiechu, trzymając za ramię Ajszę Teleri, spokojną pozornie, lecz wściekle ciskającą błyski i gromy swymi czarnymi oczkami.
    - Za łatwo - wycedził adwokat Himilsbach, starając się unikać wzroku pojmanej księżniczki. - Nie podoba mi się to.
    - Muszę panu przypomnieć, że lord Wiader oczekuje nas w kokpicie, sir - Arnold skrzywił się z bólu, kopnięty znienacka przez swego jeńca tam, gdzie wszystkie członki najsilniej odczuwają tak komfort jak i, by tak rzecz określić - dyskomfort kontaktu ze światem. - Kopie, bestia....
    - Gdzie ja jestem? - spytała Ajsza, szykując się do kolejnego ataku, lecz Arnold przezornie odsunął ją na odległość wyciągniętej ręki, to jednak spowodowało osłabienie uścisku na tyle istotne, by mogła wyrwać się, lądując pod grodzią pełną różnokolorowych lampek i przełączników.
    - Co to za muzeum, do kroćset?! - sarkazm w głosie Ajszy był tak wyraźny, że dostrzegł go nawet osiłek Arnold, adwokat Himilsbach zaś uśmiechnął się z szacunkiem i wyjaśnił:
    - Jesteś, pani, na astrostatku imperialnym "Rozszczekany Rumak".
    - Mam nadzieję, że nie rozszczelniony - rzuciła Ajsza jadowicie. - Można zdechnąć ze śmiechu. Szczekające konie nie istnieją. Wiem to z biologii. Jesteście niedouczeni, matoły...
    - Istnieją. Zamieszkują Reticulum Endoplazmatyczne, młoda damo.
    - Dobra, panie...
    - Himilsbach, adwokat, panienko.
    - Dobra, panie Himilsbach. Zostawmy te konie. Co ja tu robię, do jasnej...?
    - To dość skomplikowane, panienko...
    - Tylko nie panienko, stary capie - wrzasnęła Ajsza, groźnie potrząsając głową. - Jestem Ajsza Diminutive Teleri i proszę łaskawie zapamiętać tę prostą informację. Gdzie mój tatku?
    - Jedzie do Awinionu, panien... Ajszo Teleri - zachichotał Arnold. - Cholera wie po co, nawiasem mówiąc.
    - Czy to wszystko oznacza, że zostałam porwana?! Tatku dobierze wam się do pierza... panowie, zobaczycie. Jest tu coś do picia?
    - Może być herbata z kwiatu ligustra? - Himilsbach pstryknął palcami, dźwięk ten obudził drzemiącego pod grodzią robota, który zastrzygł czujnie antenkami i podjechał do adwokata, ciekawie przypatrując się Ajszy.
    - Jaka ona piękna... - zagwizdał. - Kto to jest, sir?
    - Nie twoja sprawa, R3. Przygotuj napar z ligustra.
    - Sie robi, sir.
    "Śliczna dziewczyna, kurde, skąd oni ją wytrzasnęli... niech mnie swąd bezpieczników zamuli, jeśli cokolwiek z tego rozumiem..." - R3 popiskiwał do siebie, tocząc się statecznie do kambuza. Tam przygotował napar, wsypał dwie łyżeczki cukru i wrócił bardzo z siebie zadowolony.
    - Please - zapiszczał, podając naczynie Ajszy.
    Ta podniosła napar do ust, zamoczyła wargi, wciągnęła łyczek i... cisnęła naczyniem w stronę Himilsbacha, który uchylił się w ostatniej chwili, co nie uchroniło go jednak przed oblaniem owym naparem z ligustra. Stał teraz, a brązowa ciecz ściekała mu z twarzy, tworząc malowniczą plamę w okolicach, gdzie malownicze plamy wyglądają najśmieszniej.
    - Kto... posłodził... tę... herbatę? - Ajsza wycedziła to bardzo cicho, ale tak, że nawet serce Arnolda zadrżało pod swą kamienną skorupą.
    - Ja, panienko - R3 pochylił głowę i zatrzepotał antenkami. - Myślałem...
    - A więc MYŚLAŁEŚ - uśmiechnęła się Ajsza, a uśmiech jej ociekał wprost dobrocią i wyrozumiałością. - Myślałeś... powiadasz, i co wymyśliłeś, hę?
    - Słodka napar dobra napar... - wypiszczał R3 niepewnie.
    - Słodka napar z gówna napar - rzuciła Ajsza, a jej wzrok wypalił małą brązową dziurkę na brzuchu R3, który z piskiem schował się w swojej niszy pod grodzią kuchenną.
    - Wystarczy, Ajszo - odezwał się Himilsbach, chowając do kieszeni chusteczkę, przy pomocy której bezskutecznie próbował pozbyć się kompromitującej plamy. - Sprawy potoczyły się tak, że zostałaś naszym jeńcem i musisz przyjąć to do wiadomości. Nie mówię, zauważ, zaakceptować... tego od ciebie nie wymagam. Jednak odrobina pokory z twej strony pozwoli nam wszystkim łatwiej znieść tę niezbyt komfortową, przyznaję, sytuację.
    - Dlaczego niby mam okazać pokorę? - zdziwiła się Ajsza. - I co u licha spowodowało, że sprawy tak właśnie się potoczyły? Liczycie na okup? Jeśli tak, to jesteście większe pajace, niż myślałam.
    - Lord Wiader wszystko ci wyjaśni, księżniczko.
    - Księżniczko?! Co ty pleciesz, kauzyperdo z rozszczelnionej chabety?
    - A więc nic nie wiesz... ani ciocia Jo, ani ten dureń Jędras nic ci nie powiedzieli? Ciekawe... - Himilsbach podrapał się za uchem. - Arnoldzie, zaprowadź Ajszę do szefa.
    - Sie robi, sir - Arnold chwycił Ajszę w swe mocarne ramiona i wierzgającą nogami wyniósł z kabiny.
    - Sama pójdę, bydlaku - rzuciła wściekle, i wtedy właśnie dotarło do niej, że rzeczywiście może być księżniczką, choć dotychczas nic o tym nie wiedziała.
   
    Arnold prowadził Ajszę długimi korytarzami, przeciskali się przez wąskie luki, korzystali z niezliczonych wind, straże prezentowały przed nimi swą dziwnie wyglądającą broń, a przez główkę dziewczyny przebiegały najróżniejsze, nie zawsze zrozumiałe myśli. "Tatko jedzie nie wiedzieć po co do Awinionu, Awinion to miasto we Francji, Francja to kraj w Europie a Europa to kontynent na Ziemi. Ziemia to planeta Układu Słonecznego a Układ Słoneczny to peryferyjna grupa planet z centralną gwiazdą pałętająca się na skraju galaktyki zwanej Drogą Mleczną... Himilsbach, by mnie porwać niepostrzeżenie, musiał przerwać w którymś miejscu continuum czasoprzestrzenne, bo gdyby postąpił inaczej, tatko wszystko by zauważył i udaremnił jego zamiary. Skoro tak, Himilsbach posiada wiedzę nieposiężną dla mieszkańców Ziemi, peryferyjnej planety pałętającej się na obrzeżach Drogi Mlecznej... Skąd ja u licha wiem to wszystko? Bo jestem księżniczką, tylko nikt mi o tym nie powiedział. Może więc król Elfów miał jakiś cel w utrzymywaniu mnie w nieświadomości, ale skoro już wiem, cel ten nie został osiągnięty, a przynajmniej nie w sposób zamierzony przez tatkę... Troszkę, muszę przyznać, mąci mi się w głowie od tego wszystkiego."
    Stanęli wreszcie przed ostatnią największą, bogato zdobioną śluzą, za którą znajdowała się sala audiencyjna lorda Wiadera. Strzegące wejścia straże sprezentowały broń, śluza otworzyła się z cichym plaśnięciem, a oczom Ajszy ukazała się przepysznie zdobiona sala, na środku której stał w wyniosłej pozie osobnik spowity w czarną szatę, z wyniośle uniesioną głową, na której połyskiwał diadem władcy.
    - Zostaw nas samych Arnoldzie - rozkazał.
    - Ona jest niebezpieczna, mój lordzie - ostrzegł osiłek.
    - JA jestem niebezpieczny - lord skrzywił usta niby w uśmiechu, niby w grymasie jakimś straszliwym, który tyle już razy kruszył hardość jego wrogów i spopielał ich odwagę.
    - Zbliż się pani - powiedział cicho, gdy Arnold posłusznie opuścił salę audiencyjną. - Więc ty jesteś Ajsza Dimutive Teleri, władczyni Zachodniego Krańca, niepokonana wróżka, tak niebezpieczna dla Imperium... to dziwne, ale zdajesz się być po prostu małą niegroźną dziewczynką z peryferyjnej planety zamieszkiwanej przez ludzi.
    - Może zaszła jakaś pomyłka, facecie w czerni? - Ajsza błysnęła ząbkami w uśmiechu. Na wszelki wypadek i NA RAZIE postanowiła bowiem być małą grzeczną dziewczynką.
    - Nie ma mowy o pomyłce, Ajszo - lord zmrużył oczy. - Niestety my nigdy się nie mylimy.
    - My to znaczy kto właściwie? - Ajsza czuła narastającą irytację, a to dla lorda mogło się skończyć nie najlepiej.
    - Imperium. Nie słyszałaś o Imperium?
    - Słyszałam. O Imperium Romanum, tam jednak nie było lordów, lecz hm... senatorowie.
    - Rozumiem. Historia waszej planetki jest krótka i prosta. Czy przyszło ci kiedyś do głowy, że Wszechświat nie ma końca ani w czasie ani w przestrzeni i że wasza wiedza to zaledwie ułamek Wiedzy o Wszystkim?
    - Ufam raczej intuicji niż wiedzy - Ajsza sama nie wiedziała, dlaczego powiedziała to co powiedziała.
    - Intuicja to narzędzie duszy potężne ale często zawodne. Intuicja źle zrozumiana lub niedosłyszana wykrzywia rzeczywistość tak silnie, że kierując się nią wpadamy w niezłe tarapaty. A wiedza to narzędzie obiektywne, narzędzie rozumu.
    - Jakiż to rozum kazał ci porwać mnie z citroena mojego tatki i zawlec na ten niegustowny okręt? - prychnęła Ajsza.
    - Dawno temu świat był prosty i jednorodny. Imperium było jedyną prawdą, a wszystko materialne i niematerialne było jego budulcem. Chmury na niebach niezliczonych planet kształtowały prawa uporządkowanego chaosu, a Imperianie władali niepodzielnie każdym zjawiskiem, niczym potwór Laplacea, który znając początkowy stan każdego atomu trafnie przewidywał każdy stan następny i wszystkie pośrednie. Nie było tam miejsca na przypadek. I nagle, z niezrozumiałych przyczyn, drobne zrazu zaburzenie poczęło się rozrastać, wymykając się spod kontroli Wszechrozumu i Wszechprzyczynowości. Zaburzenie owo, niczym, zarodek paradoksu, rosło i pęczniało w zgęstek materii, ta zaś, jak wirus śmiertelnej choroby przepoczwarzyła się w czyrak Układu Słonecznego, na którym pojawiły się koty i ludzie.
    - Przestaję cokolwiek rozumieć, porywaczu małych dziewczynek - Ajsza zmarszczyła czoło w gniewie, nie na lorda jednak, lecz na siebie samą, bo zdawało jej się, iż zrozumienie kołacze do jej główki aczkolwiek nieśmiało jeszcze, jakby z trudem uwalniając się z oparów jakiejś nieprzejrzystej, różowej mgły.
    - Zrozumiesz, jeśli jesteś, kim jesteś. Najpierw koty, potem zaś ludzie powołali do życia wyobraźnię, a wraz z nią miliony światów nieprzewidywalnych i urojonych, te zaś rozsadziły prostotę Praimperium i ograniczyły w sposób nieznośny naszą władzę nad rzeczywistością, jedyną dotąd i niepodzielną. Krótko mówiąc, stworzyliście uczucia i sny.
    - Uczucia i sny... myślę, że to dobrze?
    - A cóż znaczy "dobrze" Ajszo Teleri? Dobrze dla kogo? Na pewno nie dla jasnego i zrozumiałego obrazu świata. Od tamtego czasu walczymy z waszym światem, bo nie widzimy sensu w rojeniach o szczęściu wszystkich i wszędzie. Poza tym wasz świat, ten młody świat ośmielający się konkurować z naszym, wikła was w nierozstrzygalne sprzeczności, jako że rozum nie potrafi współistnieć z uczuciem. Tworząc je z waszych mgławicowych snów stworzyliście ból i rozpacz, powołaliście do życia cierpienie i niespełnienie, a skutek jest taki, że życie wasze upływa na krawędzi otchłani, w którą to co rusz ktoś z was się osuwa, wołając ratunku.
    - Lubię jesień, deszcz, smutek, stan zakochania i ból, jaki on niesie. Piękne jest letnie słońce, moje miasto i spacer brzegiem morza. Nie muszę wszystkiego rozumieć, by odczuwać szczęście. Nawet gdy uczucie odchodzi, lub gdy ktoś mnie zdradza, wiem, że pojawi się następne i następne, i że w tym właśnie jest sens, którego zdajesz się nie dostrzegać, uczniu Laplacea.
    - Wy ludzie, a już szczególnie wasza odmiana - wróżki z Zachodniego Krańca, jesteście tworami ułomnymi. I my, Imperianie, nie możemy pozwolić, by wasza wizja świata zwyciężyła, bo to oznaczałoby koniec wszystkiego co cenimy.
    - Więc wy nie kochacie, tylko cenicie... Jesteście biedni, w takim razie.
    - Nie kochamy, a nasz rozum jako czysty i wolny od emocji widzi jaśniej niż wasz, mętny i pełen przywidzeń.
    - Nie wiem, czy warto oglądać to, co widzi wasz hm... rozum.
    - Pomyśl więc... król Elfów żył sobie spokojnie i statecznie pobierając skromną królewską emeryturę i nagle pojawiłaś się ty, Ajszo, którą przedstawiono mu jako wielki obowiązek pod postacią córki. Nagle przestał być sam, przestał cieszyć się swą uproszczoną wizją rzeczywistości, zaniedbał swego kota, ruszając na spotkanie z tobą do Francji i wpadł w niezłe tarapaty, gubiąc cię w drodze do Awinionu. Czy byłoby to możliwe w naszym przewidywalnym świecie? Nie, ponieważ wiedziałby dokąd prowadzi go każdy krok i dlaczego postępuje tak a nie inaczej. Tam jednak, na Ziemi zanieczyszczonej waszymi wróżkowymi miazmatami nic nie jest jasne, oczywiste i przewidywalne.
    - Mam nadzieję, że tatko był chociaż przez chwilę szczęśliwy, poznając swój, jak to nazwałeś, wielki obowiązek.
    - Tak, przez chwilę. Ale niepostrzeżenie przywiązał się do ciebie i nic już odtąd nie było takie samo. Przywiązanie, uczucia, wszystko to rodzi lęk przed utratą. W waszym świecie nie ma nic za darmo, prawda?
    - W pewnym sensie masz rację. Ale nic wartościowego nie otrzymuje się gratis. Musimy płacić za chwile szczęścia, choćby lękiem i niepewnością. Płacimy też świadomością nieprzewidywalności.
    - Tak... rzeczywiście nie jesteś już małą dziewczynką - lord Wiader po raz pierwszy po prostu się usmiechnął, a nie skrzywił, jak to robił dotychczas. Przeraziło go to, co nagle w sobie dostrzegł. - Jesteś bardzo niebezpieczną istotą - przyznał z szacunkiem.
    - Jestem tylko małą dziewczynką - odparła Ajsza, również się uśmiechając. - Cóż ja wiem takiego, czego nie wiedziałby władca Imperium?
    - Sądzę, że wiesz coś, czego ja nie wiem i że posiadasz moc, której ja nie posiadam - lord Wiader wypowiedział te słowa cicho, patrząc gdzieś przed siebie lekko zamglonym wzrokiem. - Dlatego jesteś dla nas tak niebezpieczna.
   
   
* * *

   
    Zatrzymałem swój pojazd na poboczu. Gdzieś w oddali, przede mną, połyskiwały światła policyjnych samochodów, barwiąc krople deszczu na mej przedniej szybie czerwono i niebiesko. Przyszło mi do głowy, że zbliżam się do blokady, nie miałem na razie ochoty znaleźć się tam zbyt szybko i tłumaczyć cokolwiek, a może i pokazywać jakieś dokumenty, których oczywiście wyjeżdżając w zrozumiałym pośpiechu zapomniałem zabrać ze sobą. Przyszło mi do głowy, że skoro już mam moc, bowiem ostrzegła mnie ona przed ową utratą Ajszy, mógłbym może pokusić się o wykorzystanie jej dla wyjaśnienia pewnych niepokojących kwestii. Skupiłem się więc na obrazie mej córeczki, jej twarz pojawiła się dość szybko przed oczami mojej wyobraźni i spytałem po prostu: "gdzie jesteś, Elfinko?" Twarz jednak milczała, uśmiechając się delikatnie tym właśnie uśmiechem, który lubiłem najbardziej, lecz który raczej niczego mi nie wyjaśniał, prócz tego może, że jakkolwiek daleko i nie wiadomo gdzie, Elfinka jednak istnieje i na ile to możliwe w jej sytuacji, ma się dobrze.
    "Powiedz co się stało, martwię się o ciebie" - myślałem dalej w jej kierunku, starając się skupić swe myśli w skoncentrowaną wiązkę i dotrzeć w ten sposób do owej ślicznej główki. Wtem, zrazu cicho, potem coraz głośniej zaczęły docierać do mnie słowa wypowiadane tak dobrze znanym mi głosem...
    "To się stało, że musiałam cię opuścić, tatku... nie martw się już o mnie."
    "Musiałaś? Co to znaczy? Dlaczego?" - pytałem coraz bardziej niespokojny.
    "Wszystko zrozumiesz, gdy wrócę, tatku... aha... i wiem już wszystko, wiesz?"
    "Co wiesz, Myszko?" - zaniepokoiłem się nie na żarty.
    "Wiem kim jestem, tatku. I wiem, co muszę zrobić..."
    "Dasz sobie radę sama, Myszko?"
    "Nie jestem sama, mam ciebie, prawda?"
    "To prawda" - przyznałem. - "Masz mnie, ale niewiele z tego rozumiem."
    "Pamiętaj zawsze, że jesteś królem Elfów. Jeśli o tym nie zapomnisz, najbardziej mi pomożesz, tatku. Jak wrócę, wszystko ci wyjaśnię."
    Najbardziej spodobało mi się to "jak wrócę". Bo człowiek choćby w najtrudniejszej sytuacji musi mieć nadzieję, której mógłby się uchwycić niczym uchwytu w tramwaju, którego motorniczy zbyt szybko bierze zakręty.
    "Możesz mi chociaż powiedzieć, gdzie jesteś?"
    "Na Rozszczekanym Rumaku, gdzieś w otchłani kosmicznej pustki, nie znam się na tym za bardzo, więc nie potrafię dokładnie określić swojego położenia. Ale wszystko będzie dobrze, spotkamy się w Awinionie, bo nie chcę, byś jechał tam nie wiadomo po co... wiesz... trochę się wydarzyło i wiele teraz zależy ode mnie. Kto to jest potwór Laplace'a?"
    "Zawsze wiele zależało od ciebie" - posłałem ostatni uśmiech przeznaczony dla Bardzo Daleko Znajdujących się Córeczek. "Więc do zobaczenia w Awinionie, córeczko. Trzymaj się dzielnie, Myszko... A z potworów znam tylko Taraskę... może demon Laplace'a? Wyjaśnię ci to gdy wrócisz."
    "Może demon, ty przecież wiesz najlepiej... Wszystko będzie oki... będzie oki... oki... muszę umykać... mykać..." - dobiegło mnie z otchłani czasu i przestrzeni, i umilkło.
   
    cdn. (jeszcze troszkę poczekajcie...)
Praca została pobrana ze strony autora: http://www.opowiesc.republika.pl
Histeria posiada zgodę na publikację


Strona główna   Szuflada   Skomentuj   Strona autora